Zaprosili mnie ostatnio do telewizji jako eksperta od Ukrainy. W sezonie urlopowym biorą z łapanki każdego, kto został w mieście, więc staram się, żeby woda sodowa nie uderzyła mi do głowy. Niemniej jednak poczułem się uprawniony do napisania felietonu na modny ostatnio temat pogorszenia stosunków polsko-ukraińskich. Mój punkt widzenia jest zdeterminowany przez polską kulturę. Tak rozumiem swój patriotyzm – chcę, żeby rozkwitał kraj, w którym czytają w oryginale Lema, Dukaja, Sapkowskiego, Tokarczuk, Konwickiego, nie mówiąc już o tych wszystkich Mickiewiczach i Słowackich. Czuję się związany z tą kulturą, w końcu przez znaczną część życia pracowałem w dziale kultury. Potężnie tym kiedyś rozczarowałem swoje dzieci, bo gdy zabrałem je do pracy, bezskutecznie poszukiwały owego „działa”.
Cóż, metafora „armat ukrytych w kwiatach” jest starsza od nas wszystkich. To, że udawało nam się dotąd wrócić na mapę, nawet gdy niecne siły nas z niej wymazały, zawdzięczamy wyłącznie potędze naszej kultury. Były takie momenty, gdy nie mieliśmy nic poza nią. Od Mickiewicza po Żeromskiego nasza kultura niosła nam przede wszystkim jedno przesłanie – że zaryzykuję belferskie uproszczenie z serii „co poeta chciał przez to”. Że nasi wrogowie rozgrywają przeciwko nam nasze niesnaski, więc warunkiem sukcesu jest zgoda. „A Bóg wtedy rękę poda” i stanie się „jeden tylko, jeden cud – z polską szlachtą polski lud”. I tak dalej.
W „Panu Tadeuszu” niezgoda między zwaśnionymi rodami prowadzi do triumfu Moskali. Na szczęście chwilowego, bo oto do akcji wkracza niepozorny ksiądz Robak. Okazuje się – przepraszam tych, którzy nie uważali w szkole, że zdradzę im zaskakujący zwrot akcji – że to dawny awanturnik i szlachecki watażka Jacek Soplica, który przyjął taką tożsamość dla odpokutowania grzechów młodości.