Kilka przekazanych Ukrainie wiosną pocisków przechwytujących odpaliło w Polsce salwę politycznego krętactwa, hipokryzji i hejtu. Do zaognionej atmosfery między Warszawą a Kijowem dolano rakietowego paliwa. Opozycja zmusiła rząd do przyznania, że wbrew wcześniejszym zapewnieniom przekazał Ukrainie – na wyraźne życzenie USA i NATO – cenne pociski. To, że kosztują prawie 6 mln dol. za sztukę, to jedno, ważniejsze, że są naprawdę jedyną bronią o potwierdzonej skuteczności przeciwko rosyjskiej „balistyce”, rakietom Iskander i Kindżał.
Jednak decyzja władz była wynikiem strategii przyjętej przez poprzednią władzę: wspierania ukraińskiej walki zasobami własnymi i uczestniczenia w wielonarodowej pomocy, która od czasu do czasu przybiera postać „zrzutki”. Choć fabryki Patriotów przyspieszają produkcję, nie są w stanie pokryć potrzeb USA, Bliskiego Wschodu, Europy i Ukrainy. Ten system to globalna marka z 20 użytkownikami na świecie, dziś na wyścigi kupującymi pociski. Ich produkcja to mniej niż dwie rakiety dziennie, wyłącznie w USA i Japonii, która nie ma praw do eksportu.
Powstająca fabryka w Niemczech wypuści pierwsze rakiety w przyszłym roku; uruchomienie obiecanej Ukrainie przez Donalda Trumpa licencji to kwestia kilku lat. Na razie trzeba więc sięgać do zapasów, dokładnie tak, jak robił to rząd PiS w pierwszych miesiącach wojny.
Zagoniony do narożnika MON pokazał dane: za rządów PiS na Ukrainę trafiła pomoc wojskowa warta 16 mld zł, podczas gdy obecna władza przekazała sprzęt wart 1,5 mld zł. Lista i wycena wciąż są ogólne; analitycy toczą spory o dokładną wartość. Były premier Mateusz Morawiecki mówi dziś o „pozbywaniu się złomu”, choć za jego rządów ten „złom” miał być dla Ukrainy bezcenną bronią.