Stare recepty doktora Tuska
Stare recepty doktora Tuska. Ma siłę znów walczyć o władzę? A może raz jeszcze wywróci stolik
Są tacy lekarze, którzy nie lubią przepisywać leków. Boją się ryzyka błędnej diagnozy, skutków ubocznych, a i tak pacjent może za miesiąc przyjść z pretensjami, że czuje się gorzej, a nie lepiej. Bezpieczniej więc zalecić delikwentowi długie spacery po lesie, poradzić, żeby mniej się denerwował, zmienił dietę, a przy odrobinie szczęścia dolegliwości same przejdą.
Dziś taką terapię proponuje schorowanej koalicji 15 października premier Donald Tusk: obóz władzy osłabiony skandalem w Szpitalu Południowym przyjął kurs na przeczekanie. To taktyka o tyle kusząca, że sondaże nie są nadzwyczajnie alarmujące, a potencjalny konflikt z lekarzami o wysokość ich zarobków będzie dla rządu wizerunkowym prezentem: oto władza staje po stronie zwykłych obywateli w sporze z milionerami wykorzystującymi luki systemu.
Diabelska alternatywa
Po eskalacji afery Donald Tusk w swoim stylu przyjął marsową minę, postawił ultimatum osobom odpowiedzialnym za ochronę zdrowia i zagroził radykalną operacją, z dymisjami włącznie, jeśli natychmiast nie dostanie na biurko satysfakcjonujących rozwiązań. Ostatecznie jednak skończyło się tylko na kuracji ziołowej. Zaproponowane przez Ministerstwo Zdrowia działania być może będą skuteczne, ale z całą pewnością nie można ich uznać za coś nowego i przełomowego. Premier stwierdził jednak, że jest zadowolony.
Od początku zresztą było jasne, że Tusk nie pali się do gwałtownych ruchów – za dymisje w rządzie musiałby bowiem wziąć odpowiedzialność, angażując się bezpośrednio w rozwiązanie problemów w systemie ochrony zdrowia, bez żadnej gwarancji, że wymiana personalna przyniosłaby cokolwiek pozytywnego.