Narodowa tragedia, jaką jest rządowa pomoc walczącej Ukrainie poprzez przekazanie jej na prośbę USA i szefa NATO pięciu rakiet Patriot, przybiera na sile. Niepokojąca informacja, że rząd Tuska oddał Ukraińcom za darmo coś nowoczesnego i w dodatku działającego, oburzyła opozycję i prezydenta Nawrockiego.
Nie wiadomo nawet, czy Ukraińcy okazali za ten gest należną wdzięczność. Znając ich, raczej nie okazali, tylko sprytnie udawali, że okazują, dlatego politycy opozycji zgadzają się z prezydentem, że temat należy wyjaśnić do spodu, a winni powinni zostać ukarani. Minister Przydacz zarzuca MON głupotę albo zdradę, bo od początku było jasne, że Ukraińcy się z rakiet ucieszą. Dlatego, jeśli już Kosiniak-Kamysz musiał im coś dać, mógł dać coś, co się do niczego nie nadaje albo nie działa, albo chociaż wymaga kosztownego generalnego remontu.
Jestem przekonany, że w rządowych magazynach znalazłyby się jakieś stare hełmy, wybrakowane kamizelki kuloodporne, przeterminowane szczepionki czy chińskie maseczki, które rządowi PiS zostały po covidzie. Przekazanie dzielnie walczącym Ukraińcom tych rzeczy w niczym by im nie pomogło, a jednocześnie nie osłabiłoby naszego bezpieczeństwa, dlatego nie wątpię, że spotkałoby się z szeroką społeczną akceptacją.
Szef MON upiera się, że Polska bez pięciu przekazanych rakiet i tak jest bezpieczna. Uważa, że ich oddanie to bardzo korzystny ruch, gdyż w razie niebezpieczeństwa Polska otrzyma „dziesięć razy więcej tego typu rakiet i systemów w ciągu pierwszej doby zagrożenia”. Możliwe, z tym że wiadomo, że Rosja jest nieobliczalna. Nie chcę krakać, ale czy Kosiniak-Kamysz zastanowił się, do czego może dojść, jeśli, nie daj Boże, żadnego zagrożenia dla Polski nie będzie? Wtedy za pięć rakiet, które oddaliśmy, nie dostaniemy ani jednej – i z tym całym brakiem zagrożenia zostaniemy jak Himilsbach z angielskim.