Buba to był bardzo kochany kotek. Piszę to ze świadomością, że wiele osób w Polsce pomyśli: wariatka, bezdzietna lambadziara, „w głowach się poprzewracało”, „do czego ta cywilizacja zmierza”, „dzieci rodzić!”. Współczuję, widać nie zdarzyło im się nigdy zbudować bliskiej więzi ze zwierzęciem. Może nie chcą się zastanawiać nad swoimi emocjami albo się ich wstydzą.
Nie traktowałam Buby jako mojego dziecka, kotowatość w niej lubiłam i śledziłam. Znałam każde poruszenie pyszczka, każde miauknięcie, wszystkie sposoby patrzenia, leżenia, jedzenia, przychodzenia na głaskanie. Uczyłam się języka tego kocurka przez lata, a on uczył się mnie. Nie wiem, kim dla kogo byliśmy – ja i mój mąż. Rodzicami? Kotami? Kosmitami? To nie ma znaczenia, na pewno byliśmy dla siebie wzajemnie ćwiczeniem z inności.
Tyle złego wyrządzamy przyrodzie jako gatunek, że każda udana relacja człowieka ze zwierzęciem jest małym darem dla planety. Oczywiście czasem najlepsza relacja to zostawienie w spokoju, ale koty udomowiły sobie człowieka dosyć skutecznie i lubią relacje z tymi, których postanowią sobie wybrać. A my lubimy myśleć, że zwierzęta nas sobie wybierają, że widzą w nas kogoś dobrego, godnego zaufania. Kot, który do nas podejdzie, jest jak błogosławieństwo. Chce, to przy nas będzie, niew chce, to nie. Nawet w domowym kocim pupilu jest wolność, która co chwilę nas wybiera – albo nie.
Przeżyłam śmierć trzech naszych kotków. Nie żyły długo jak na kocie lata. Jeden zaledwie dwa, drugi i trzeci zmarły, kiedy miały około pięciu, sześciu lat. Tak, zmarły. W tym określeniu, które kulturowo przypisujemy ludziom, jest szacunek i tęsknota. W „zdychaniu” ich nie ma, bo tam jest pogarda dla zwierzęcego życia – kiedy człowiek ma „zdychać”, to znaczy, że nim pogardzamy.