Trzy miesiące spędzi w areszcie Radosław Piesiewicz, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Prokuratura postawiła mu zarzuty płatnej protekcji oraz faworyzowania wierzycieli. Pod koniec ub.r. Piesiewicz triumfalnie oznajmiał pozyskanie dla PKOl sponsora, giełdy kryptowalut Zondacrypto. Ale w kwietniu giełda upadła, jej prezes Przemysław Kral się ulotnił, a straty klientów wstępnie podliczono na 350 mln zł (o Piesiewiczu i Zondacrypto pisałem pierwszy raz w „Polityce” 44/25 i w tekście „Kryptol”, wracałem do sprawy w polityka.pl). Teraz Kral, który przejął ten biznes kilka lat temu w bardzo niejasnych okolicznościach po zaginięciu Sylwestra Suszka, twórcy giełdy BitBay, poprzedniczki Zondy, poszedł na współpracę z prokuraturą, licząc na złagodzenie kary.
Piesiewicz miał obiecać Kralowi interwencję w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który przyglądał się działalności Zondy. Dostał za to od Krala zegarek wart 40 tys. euro. To podpada pod płatną protekcję. Piesiewicz odzyskał też zainwestowane na giełdzie 200 tys. euro już po tym, jak innym klientom zablokowano wypłaty, czyli stał się wierzycielem uprzywilejowanym, na co również jest paragraf.
To spektakularny koniec jednej z najbardziej bezczelnych karier z czasów rządów PiS i symbolu kleptokratycznej natury tej władzy. Ponad trzy lata temu „Polityka” jako pierwsza ujawniła, że Piesiewicz został wszechwładnym prezesem w koszykówce po to, by wyprowadzać w formie prowizji od umów sponsorskich miliony złotych, przy których ów zegarek to błahostka.