Prawie 40 zabitych w rosyjskim uderzeniu na podkijowską wieś Myła to bilans tragiczny w wielu wymiarach. Słabnąca obrona ukraińskiej stolicy nie strąciła nadlatującego drona, mimo że z podobnymi wcześniej dobrze sobie radziła. Wieczorny nalot z piątku na sobotę nie był nadzwyczajny, jeśli chodzi o liczbę wykorzystanych rakiet i dronów, ale Rosja używa coraz doskonalszej broni – pocisków balistycznych i napędzanych odrzutowo Szahedów.
Prawdopodobnie taki dron uderzył w niepozorny magazyn na zachód od Kijowa, a potem rozpętało się piekło. Ani miejscowa ludność, ani – jak się również okazało – cywilne władze nie wiedziały, że w magazynie były przechowywane materiały wybuchowe, paliwo rakietowe, a także głowice bojowe i amunicja. Wszystko naraz zaczęło eksplodować, pożar przeniósł się na 50 pobliskich budynków, w tym dom opieki. Większość zabitych to jego pensjonariusze.
Wołodymyr Zełenski nie krył wściekłości, gdy z marsową miną i zaciśniętymi zębami opisywał skutki ataku. Wstępnie obciążył odpowiedzialnością siły zbrojne, ale szczegóły ma wyjaśnić śledztwo.
Wiadomo, że magazyny i wytwórnie broni w Ukrainie ukrywa się wśród cywilnej infrastruktury. Nawet w Kijowie bywają trafiane przez rosyjskie rakiety. Ale skala tragedii w Myłej przekroczyła akceptowalne koszty wojny, rosnące z tygodnia na tydzień przez kryzys z Patriotami. Z okazji święta niepodległości Ukraina miała dostać „pewną ilość” rakiet od zachodnich sojuszników, ale oni sami zmagają się z brakami, których nie ma jak wypełnić. Niedobór najważniejszych systemów antyrakietowych jest krytyczny – przekazali mediom wojskowi NATO, którzy w ubiegłym tygodniu spotykali się w Brukseli z wysłannikiem Pentagonu. Elbridge Colby wie o tym, bo wydrenowanie zapasów przez wojnę z Iranem blokuje wojskowe działania USA, nie tylko na Bliskim Wschodzie.