Dwa dni przed szóstą rocznicą wyroku Trybunału Julii Przyłębskiej Sejm przyjął dwie ustawy aborcyjne. Pierwsza z nich – wspólny projekt posłów Lewicy i KO – dotyczy zniesienia kar za pomoc w aborcji, czyli np. za opłacenie lub przekazanie kobiecie w niechcianej ciąży tabletek do aborcji farmakologicznej. Nie znosi jednak kar dla lekarzy za wykonanie aborcji z przyczyn innych niż przewidziane w ustawie. Druga ustawa przywraca przesłankę dopuszczającą terminację w przypadku ciężkiej wady płodu – to powrót do sytuacji sprzed wyroku zaostrzającego prawo.
Wyniki głosowania (pierwszą ustawę poparło 217 posłów, drugą – 233) są jednak zaskoczeniem. Po przegranym w 2024 r. głosowaniu nad ustawą częściowo dekryminalizującą aborcję projekty leżały zamrożone. Rok przed wyborami presja na realizację obietnic jest jednak większa. Zwłaszcza po skandalu, w którym ujawniono wysokość zarobków członkiń prezydium komisji nadzwyczajnej – łącznie 277 tys. zł za 800 dni bierności.
Poza politykami koalicji rządzącej, którzy świętowali „kolejny sukces na drodze działania na rzecz kobiet”, euforii po stronie społecznej nie było. Aktywistki Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, a także nowe pokolenie działaczek pro-choice, czyli Fundacja Widzialne, przyjęte ustawy nazywają „ochłapem”. Drobną korektą, która niewiele wnosi. Zamiast uspokojenia nastrojów wydarzyło się więc coś zupełnie innego: w rocznicę wyroku z 22 października 2020 r. w ponad 20 miastach odbyły się protesty, w czasie których wręczano rządowi „czerwoną kartkę” za brak obiecywanej legalnej aborcji do 12. tygodnia.
W demonstracjach uczestniczyło już kolejne pokolenie dziewczyn oraz kobiet: głównie zetki i pokolenie alfa. Pod Sejmem Zofia Marcinek, jedna z działaczek Aborcyjnego Dream Teamu, podkreślała: „Żadna ustawa nie może i nie powinna regulować dostępu do aborcji.