Za dużo lewic
Grzegorz Napieralski zrobił, co zamierzał. Będzie własna lista SLD w wyborach do PE, a nie szeroka międzypartyjna

Grzegorz Napieralski zrobił, co zamierzał. Będzie własna lista Sojuszu w wyborach do Parlamentu Europejskiego, a nie szeroka międzypartyjna, firmowana przez Włodzimierza Cimoszewicza. Z punktu widzenia Napieralskiego obrona szyldu SLD jest racjonalna. Broniąc go wygrał przecież rywalizację z Wojciechem Olejniczakiem, a więc jest konsekwentny.

Racjonalne zachowania mogą jednak przynosić zupełnie nieracjonalne skutki. Wszystko wskazuje na to, że w czerwcowych wyborach będą przynajmniej dwie lewicowe czy też centrolewicowe listy. Jedna, eseldowska, wsparta budżetowymi pieniędzmi, ale uboga w ważne i znane nazwiska, druga – centrolewicowa, bez solidnej podpory finansowej, ale być może skrząca się nazwiskami znanych i sprawdzonych już w PE parlamentarzystów. Kto wygra? Poprzednie wybory pokazały, że ważne są nazwiska, a Napieralskiemu kandydaci się wykruszają. Nawet Wojciech Olejniczak nie zamierza udawać się do Brukseli i Strasburga, zapewne trzeba będzie sięgnąć po Millera i Oleksego. Może wręcz pojawić się kłopot z samym ułożeniem list. Jeśli centrolewicowcy i demokraci zdołają zebrać większe grono znanych nazwisk, jeśli wesprze ich Paweł Piskorski z zasobnym finansowo Stronnictwem Demokratycznym, Sojusz może polec. Albo polegną obie listy.

W tych wyborach 5-procentowy próg jest tylko formalny. Aby wprowadzić swoich kandydatów do PE, trzeba, przy obowiązującej ordynacji, zdobyć ponad 10-procentowe poparcie. To może zniechęcać do startu potencjalnych kandydatów, którzy na finansowanie kampanii muszą wyłożyć środki także z własnej kieszeni. Gry na lewicy mogą skończyć się ogólną wielką przegraną.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj