"Lourdes": sacrum pod mikroskopem

Sacrum pod mikroskopem
Kino europejskie odwykło od podejmowania tematyki religijnej na serio. Wchodzący na nasze ekrany dramat „Lourdes” jest wyjątkiem.
'Lourdes' - kadr z filmu
Materiały promocyjne

"Lourdes" - kadr z filmu

Sprawczyni sensacji, młoda jeszcze reżyserka (38 lat), jest ateistką, a może agnostyczką, w każdym razie oficjalnie odżegnuje się od przynależności do jakiejkolwiek wspólnoty wyznaniowej. Jej film łatwo określić jako prowokację wymierzoną w odpustową religijność i ludowy katolicyzm, napędzany m.in. kultem maryjnym w sanktuarium w Lourdes. Ambicje autorki, uczennicy i współpracowniczki Michaela Haneke (pomagała mu przy scenariuszu „Funny Games”), sięgają jednak głębiej.

„Lourdes” jest jednym z odważniejszych głosów, jakie ostatnio padły w kinie na temat bezsilności i osamotnienia człowieka w pozornie religijnym świecie, w którym rutyna, puste gesty, jałowa obrzędowość, raz na zawsze wyznaczone role społeczne znaczą więcej od prawdy. Hausner zrywa z pielgrzymujących maskę naiwnej pobożności, zagląda pod podszewkę uświęconych rytuałów i stara się dociec, co się za nimi kryje. Pokazuje sacrum tak, jakby badał je naukowiec pod mikroskopem. W laboratoryjnie sterylnych warunkach, z okrutnym dystansem, dowierzając bardziej zdrowemu rozsądkowi aniżeli „gusłom i czarom”, gorącym modłom nieszczęśników wyczekujących niepojętych zjawisk.

W ascetycznym, pięknie filmowanym dramacie, który wywołał zamieszanie w Wenecji (był typowany do głównej nagrody, lecz w końcu jej nie dostał, wygrał za to nasz festiwal warszawski), mówi się o religijności oraz wydarzeniach przeczących porządkowi naturalnemu z perspektywy niewierzącego. Na tym polega kontrowersja. Chora na stwardnienie rozsiane, niemal całkowicie sparaliżowana dziewczyna wstaje nagle z wózka. Zaczyna swobodnie poruszać rękoma, może chodzić, co wywołuje konsternację.

Głowiąc się nad jej przypadkiem, lekarze przypuszczają, że mają do czynienia z okresowym cofnięciem choroby. Opiekujące się nią siostry zakonne wierzą, że to cud, nie taki jednak, jakiego oczekiwały w sanktuarium Matki Bożej – światowym centrum kultu maryjnego, w którym w 1858 r. 14-letnia Bernadetta doznała 18 objawień. Maryja w białej sukni, przepasana błękitną wstęgą i w białym welonie na głowie, wskazała niepiśmiennej pastereczce źródło w grocie i wyjawiła, kim jest („Ja jestem Niepokalanym Poczęciem”). Od tego momentu wodom z Lourdes przypisano właściwości uzdrawiające, a mała wiejska osada zamieniła się w prężnie działający ośrodek religijno-handlowo-turystyczny, nastawiony na sprawną obsługę wycieczek z całego świata (rocznie ok. 6 mln pielgrzymów).

Cud mniemany - zdemitologizowany

Sęk w tym, że uzdrowiona w filmie dziewczyna nie jest katoliczką. Jej wiara, jeśli w ogóle ją posiada, sprowadza się co najwyżej do nadziei na wyleczenie i na powrót do normalnego życia. Nie modli się. W zasadzie o nic Boga nie prosi. Przed zaśnięciem nie wpatruje się błagalnie w figurkę Madonny. Pielgrzymuje do Lourdes bardziej z ciekawości aniżeli z potrzeby serca. Prawdę mówiąc, jedynym powodem, dla którego tam jedzie z innymi chorymi, jest pragnienie przebywania z ludźmi. Zamiast siedzieć sama w czterech ścianach, przykuta do inwalidzkiego wózka, woli zwiedzać święte miejsca (marzy, żeby drugi raz pojechać do Rzymu), licząc, że zamiast wzbudzać litość, wreszcie pozna kogoś, kto się nią zainteresuje, dostrzeże w niej kobietę, a nie tylko ułomne ciało.

Hausner demitologizuje potoczne wyobrażenia o cudzie, o jaki proszą cierpiący (uzdrowienie ma być całkowite i natychmiastowe). W filmie cud przychodzi stopniowo. Najpierw bohaterka porusza dłonią w basenie. Później bez trudu unosi rękę, aby dotknąć ściany w grocie. Wreszcie wstaje z łóżka. Co znamienne, pierwszą czynnością, jaką samodzielnie wykonuje – poza przyjrzeniem się sobie w lustrze – jest sięgnięcie po szczotkę i ułożenie włosów. Żadnych dziękczynnych modłów. Bicia w dzwony. Polepszenie stanu zdrowia nie prowadzi do wybuchu religijnej ekstazy. Nie powoduje nagłego nawrócenia.

Sposób myślenia cudownie uzdrowionej w ogóle się nie zmienia. Spokojna, zrównoważona reakcja bohaterki bardzo kontrastuje z dokumentalnym zapisem cudu, pokazywanym pielgrzymom na wieczornym seansie, mającym umacniać ich wiarę w wyjątkowość tego miejsca. Starszy człowiek, który doświadczył łaski uzdrowienia, mówi z ekranu w uniesieniu o nagłym błysku przeszywającym jego ciało. O głębokiej wdzięczności żywionej do Boga. O umocnieniu wiary. Ufności. I poczuciu wybrania, choć – jak zauważa pewien niedowiarek – zdając relację ani razu nie wstaje na dowód, że istotnie może się poruszać.

Dlaczego ja – zastanawia się dziewczyna, dziwiąc się, że to właśnie jej, a nie innym proszącym, którzy bardziej sobie zasłużyli, coś podobnego się przytrafiło. To pytanie, być może najważniejsze, jakie sobie zadaje, pozostaje bez odpowiedzi. „Bóg ma wolną wolę, jego decyzja to tajemnica” – tłumaczy bezradnie ksiądz, podpierając się porównaniem, że całe ludzkie istnienie jest igraszką w rękach Opatrzności: ktoś umie grać na pianinie, inny ma zdolności językowe. Ktoś jest bogaty, reszta pozostaje biedna. Nie wiadomo, dlaczego tak jest. Ani czym się Bóg kieruje, obdarzając jednych talentami, a drugim odmawiając łask. Jest to smutna refleksja, którą uświadomił nam święty Augustyn, a Hausner ją powtarza, zwracając uwagę na oczywistą sprzeczność idei predestynacji z nauką głoszoną przez siostry zakonne oraz duchownych w Lourdes, którzy bezustannie pocieszają pielgrzymów maksymą świętego Pawła, iż najpierw trzeba uzdrowić własną duszę (jak należy się domyślać, wydaje się to możliwe bez wspomagania Boga). Bo tylko pod takim warunkiem może być uleczone ciało.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną