Kultura

PRL kolor

Zastanawiająco wielu twórców teatralnych, zwłaszcza młodych, wraca dziś do czasów Polski Ludowej.

Baśniowa powieść „Wroniec” Jacka Dukaja, autobiograficzno-surrealistyczne opowiadania z tomu „Cień pod blokiem Mirona Białoszewskiego” Juliusza Strachoty, nostalgiczne filmowe „Wszystko co kocham” Jacka Borcucha, thriller „Dom zły” Wojtka Smarzowskiego, multimedialny album L.U.C. „39/89 Zrozumieć Polskę” – żeby wymienić tylko najgłośniejsze tytuły. Również teatr odkrywa PRL na nowo.

Im dalej od Polski Ludowej, tym jej obraz bardziej sielankowy. Politykę wypiera perspektywa osobista. Pamięć – także w odruchu obronnym – zaciera złe i brzydkie wspomnienia, wyostrza dobre i piękne. I staje się tak, jakby cały PRL wyreżyserował nam Stanisław Bareja. Jak w ironicznej piosence Kazika pod znamiennym tytułem „Amnezja”: „To były takie superchwile/Nie złodzieje rządzili, lecz debile”.

W Teatrze w Koszalinie wielkim powodzeniem cieszy się spektakl złożony z piosenek Wojciecha Młynarskiego „Jesteśmy na wczasach, czyli polska miłość”. Przenoszą widzów do pensjonatu „Orzeł”, gdzie dzielny kaowiec prowadzi wieczorek zapoznawczy dla kolejnych turnusów wczasowiczów zwiezionych tu przez legendarny Fundusz Wczasów Pracowniczych. Bryluje oczywiście panna Krysia, jest zakochany kontrabasista i multimedialne projekcje symbolizujące kolejne polskie dekady: kartki żywnościowe, Fiat 126p, Dziennik telewizyjny, stare banknoty, a dla kontrastu: nowe dowody osobiste, logo NATO, flaga UE, telefony komórkowe.

Nie ześwinić się

Sielską, pozytywną wersję naszej niedawnej historii snuje od lat w legnickim teatrze Jacek Głomb. Jego metoda polega na skupianiu się na pozytywach – wartościach, postawach i ludziach, dzięki którym przetrwaliśmy jako społeczeństwo w jakiej takiej przyzwoitości. Nawet kiedy wyreżyserował, najpierw w wersji scenicznej, potem filmowej „Operację »Dunaj«” – opowieść o udziale naszej armii w inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w 1968 r. – ubrał ją w konwencję czeskiego kina. Niby jest inwazja, ale polski czołg gdzieś w czechosłowackich lasach gubi drogę i zamiast na Pragę, jedzie na Berlin.

Część spektakli z tego nurtu to reakcja na politykę historyczną PiS. Całe rzesze ludzi poczuły się dotknięte unieważnieniem ich życia tylko przez fakt, że toczyło się w brzydkiej epoce. Zaczęli wlewać kolory do czarno-białej wizji Kaczyńskich.

Poznańskie Ósemki – jeden z najbardziej zasłużonych i najbardziej represjonowanych polskich teatrów alternatywnych – w dokumentalnym spektaklu czytały swoje „teczki”, akta SB, wyśmiewając zawarte w raportach idiotyzmy funkcjonariuszy. Można było żyć w PRL i się nie ześwinić – udowadniali. (W najnowszym spektaklu zatytułowanym „Paranoicy i pszczelarze” zderzają żyjących swoim małym, ale pożytecznym życiem zwykłych ludzi z politykami – opętanymi manią przeszłości, tropieniem spisków i afer, nadużywającymi narodowej retoryki).

W warszawskim Współczesnym Maciej Englert, Marek Nowakowski i Krzysztof Zaleski firmują śpiewogrę „To idzie młodość”. Szarość partyjnego betonu zderzona zostaje z kolorową młodością uczestników zorganizowanego w Warszawie w 1955 r. Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów. Impreza – według twórców – stała się przeżyciem pokoleniowym, rozbudziła nadzieje na liberalizację systemu i była jednym z motorów późniejszych zmian.

Z kolei młoda aktorka i debiutująca reżyserka Lena Frankiewicz, w wystawionym w warszawskim Teatrze Wytwórnia spektaklu „60/09”, zachwycała się polskim kinem lat 60. – elegancją przedstawionych w nim ludzi, ich dystansem do siebie i świata, zmysłem ironii, na które nie stać współczesnych. Różne odcienie peerelowskiej szarości okazały się bardziej pociągające od dzisiejszych krzyczących kolorów.

Trochę szacunku!

Inny młody reżyser Remigiusz Brzyk sięgnął po „Brygadę szlifierza Karhana” – produkcyjniak Vaška Kani z 1949 r. Okrucieństwo i absurd uzależnienia wartości życia ludzkiego od ilości wyprodukowanych śrubek sąsiaduje w tym spektaklu z szacunkiem dla ludzkiej pracy, pamięcią o tym, że poprzedni system dla wielu ludzi oznaczał szansę na edukację i awans społeczny, w końcu – podziwem dla idei kolektywu: grupy ludzkiej połączonej wspólną misją.

Perspektywę tzw. prostego człowieka próbują oddać także spektakle, które powstały jako polski wkład w pilotowany przez Goethe Institut projekt portretujący kraje Europy Środkowo-Wschodniej dwadzieścia lat po upadku muru berlińskiego. Bohaterami groteski Andrzeja Stasiuka „Czekając na Turka” (reż. Mikołaj Grabowski, Stary Teatr w Krakowie) są „sieroty po Schengen”: emerytowany pogranicznik Edek i eksprzemytnicy. Wejście Polski do Unii Europejskiej i zniesienie granic nie tylko odebrało im chleb, ale też mocno zachwiało ich poczuciem tożsamości, zbudowanym na prostym i namacalnym podziale: my tu – oni tam. W „F (V) ICD – 10. Transformacje” Artura Pałygi i Pawła Łysaka (Teatr Polski w Bydgoszczy) grupa niepełnosprawnych staje się metaforą tych wszystkich, którzy nie nadążają za tempem zmian, nie przystosowali się do nowego, nie spełniają wymagań – wykluczonych z systemu kapitalistycznego rozdziału dóbr. Drogę, jaką Polska przebyła przez ostatnie dwie dekady, symbolizuje centrum handlowe – z perspektywy mieszkańca PRL jest jak inna planeta.

Starsza pani w spektaklu „Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami” Artura Pałygi w reż. Piotra Ratajczaka z Teatru Polskiego w Bielsku-Białej, dotknięta buntem młodych wobec PRL, ich wspomnieniami szarości i duchoty tamtych czasów, z wyrzutem opowiada o swoim ówczesnym zwyczajnym, ale satysfakcjonującym życiu, rodzinie, znajomych, pracy, patriotyzmie. „Trochę szacunku!” – kończy z goryczą.

W stylu koszuli non-iron

Jednak w świadomości wielu twórców PRL funkcjonuje już jako epoka kostiumowa. Tak jak za czasów PRL używano kostiumu historycznego, żeby o sprawach aktualnych nie mówić wprost, tak dziś twórcy o naszej rzeczywistości opowiadają za pomocą paździerzowych meblościanek, koszul non-iron, bistorowych spodni z rozszerzanymi nogawkami, garniturów w pepitkę, relaksów, teksasów, pekaesów i wąsów. Odwołania do PRL pozwalają uzyskać dystans, budują rodzaj metafory, jednocześnie obnażają to, co niezmienne: ludzką mentalność, narodowe wady czy ukształtowane przed laty i wciąż aktualne mechanizmy robienia kariery. A przy tym bawią swoją badziewnością.

Tandem dramaturgiczno-reżyserski Artur Pałyga–Piotr Ratajczak wziął na warsztat scenariusze filmów Feliksa Falka: „Wodzireja” i „Bohatera roku”. Posłużyły jako materiał do teatralnego serialu o mechanizmach robienia kariery także we współczesnych mediach, ale też o polskiej prowincji. Bohater wystawionego w Teatrze w Koszalinie przedstawienia „Wodzirej. Koszalin Kulturkampf”, Tomek Danielak, prowadzi lokalne imprezy i marzy, żeby tropem Reni Jusis i Kasi Cerekwickiej wyrwać się z zadupia do Warszawy. Okazja nadarza się, gdy TVN organizuje w koszalińskim hotelu Arka bal z udziałem gwiazd i gwiazdek rodzimego show-biznesu. Prowadzącej Grażynie Torbickiej partnerować ma jakiś miejscowy. Danielak z XXI w., podobnie jak jego poprzednik z PRL, nie cofnie się przed żadnym świństwem, by osiągnąć swój cel. Aktorzy, schodząc na widownię, pytają mieszkańców Koszalina o ich stosunek do swojego miasta, ich reakcje na hasło „prowincja”. Obrywa się lokalnym władzom i cynicznym mediom. Całość zaś kończy scena chocholego tańca z „Salta” Konwickiego.

„Bohater roku” grany jest w Wałbrzychu. Danielak, który zdążył już nauczyć się, że w telewizji rządzą słupki oglądalności, wymyśla program, który ma szansę zdobyć milionową publiczność. Wystarczy wybrać prostego człowieka, wylansować go na bohatera roku i obwozić w świetle kamer po kraju. Pada na Zbyszka Tataja, kierownika magazynów Fabryki Porcelany Książ w Wałbrzychu. Prostolinijny ideowiec zderza się z cynicznym światem mediów.

Kostiumy i przedmioty z lat 70. tworzą urodę świata przedstawionego w spektaklu „Pijacy” w reż. Barbary Wysockiej (Stary Teatr w Krakowie). Reżyserka akcję oświeceniowej komedii księdza Bohomolca umieściła w blokowisku, między trzepakiem a blaszanymi garażami.

My z przełomu

Najciekawszą grupę spektakli odwołujących się do PRL stanowią te zrealizowane przez najmłodszych, których osobista pamięć epoki sztukowana jest marzeniami, wyobrażeniami, jej medialnymi wizerunkami i kliszami myślowymi. Dla ludzi urodzonych na przełomie lat 70. i 80. PRL równa się dzieciństwo, zaś wolna RP – dorosłość. Mitologizują więc na potęgę.

Jeszcze do niedawna nie mieliśmy własnej dramaturgii opisującej przeżycia pokolenia przełomu. Reżyserzy wystawiali więc dramaty opowiadające o ich rówieśnikach: w Rosji – „Sny” trzydziestopięciolatka Iwana Wyrypajewa, zbiór poetyckich portretów ostatniego pokolenia radzieckich pionierów wrzuconych nagle w rzeczywistość wilczego kapitalizmu. Czy sztuki Fritza Katera (dramaturgiczny pseudonim niemieckiego reżysera Armina Petrasa): „Czas kochania, czas umierania” i „We are Camera/Rzecz o Jazonie” – mieszające fakty z życia w NRD ze stereotypami na jego temat, nostalgię z obrzydzeniem i przebojami z lat 70.

Dopiero niedawno polskie trzydziestolatki zaczęły snuć własne historie. W odstępie kilku miesięcy powstały dwa spektakle, oba utkane z osobistych wspomnień aktorów, dramaturgów i reżyserów, pokazujące siłę osobistej pamięci (i zapominania), wspomnień czar.

Pierwsi wystartowali Artur Pałyga i Piotr Ratajczak, urodzeni na początku lat 70. W Teatrze Polskim w Bielsku-Białej wystawili spektakl o tytule zaczerpniętym z przemówienia generała Jaruzelskiego z 13 grudnia 81 r.: „Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami”. Szkolna klasa. Siedmioro aktorów, występujących pod swoimi szkolnymi pseudonimami, wspomina lata 70. i 80. Podstawówka w niebieskich mundurkach z białymi kołnierzykami, z akademiami, podczas których recytowało się „Bagnet na broń” Broniewskiego, nauką skakania przez kozła na lekcjach wf, zbieraniem historyjek z gum balonowych Donald.

Z kolei liceum to: dżinsowe katany pobazgrane nazwami ulubionych kapel, lekcje przysposobienia obronnego z majorem, który uczył, jak się ochronić przed atakiem jądrowym (patrzymy na Zachód, skąd przybędzie zagrożenie, następnie padamy na ziemię i zakrywamy rękami głowę), wymuszony przez milicję donos na kolegę, mała konspiracja (utworzenie MOST – Młodzieżowej Organizacji Sadystyczno-Terrorystycznej z planem wysadzenia w powietrze KW PZPR w Bielsku-Białej). Stan wojenny jako powtarzany mechanicznie układ choreograficzny, w rytm którego opowiada się historie o szarości i beznadziei, przerywane skandowaniem: „Dokumenty! Przechodzimy!”.

Jest także uczestnictwo w Solidarnościowych demonstracjach rozpędzanych gazem łzawiącym. Pierwsze papierosy, wino, miłość, dyskoteka, wyjazd psującym się Polonezem do NRD i marzenia o ucieczce z tego chorego kraju. Jak patrzą z dzisiejszej perspektywy – to był najbardziej intensywny czas w ich życiu; potem wiadomo: praca, rodzina, dorosłość. Wolna Polska nie jest ani gorsza, ani lepsza od tej, o której marzyli. Jest po prostu inna.

Generacja codzienności

Młodsi: Paweł Demirski i Michał Zadara (roczniki: 1976 i 1979) wystawili w Starym Teatrze w Krakowie spektakl zatytułowany ironicznie „Utopia będzie zaraz”. Toczy się w latach 80., w scenerii zakładu fryzjerskiego. Ich PRL to także seria „pierwszych razów”, jednak widać wyraźną zmianę. Zamiast buntu jest czekanie na bunt, zamiast walki o swobody obywatelskie na ulicach są kłótnie z rodzicami, żeby pukali, zanim wejdą do ich pokoju. Strach – nie przed milicją, ale przed pójściem na wagary. Symbolem marzenia o prawdziwym buncie jest marzenie o grze w ostrym punkrockowym zespole, o imprezowaniu, wyjeździe na festiwal do Jarocina. W rzeczywistości zaś gra się „Dmuchawce, latawce, wiatr” Urszuli w szkolnej orkiestrze i przeżywa katusze na myśl, że zaproszeni na imprezę goście zniszczą dywan.

Podczas gdy Pałyga i Ratajczak sportretowali ostatnie pokolenie napędzane romantycznym buntem, wiarą w rewolucję i lepszy świat, który przyniesie, Zadara z Demirskim szkicują zbiorowy portret pierwszej generacji bez mitologii, bez etosu walki z systemem – generacji codzienności. Ze spektaklu pobrzmiewa równocześnie i żal, i ulga.

Wiele wskazuje na to, że PRL, epoka jednocześnie na tyle bliska, że jeszcze zrozumiała, i na tyle daleka, że stwarzająca wyraźny dystans – zagości na dłużej na polskich scenach. W marcu w Operze Narodowej odbędzie się premiera „Orestei” w reż. Michała Zadary, z akcją umieszczoną w Polsce stanu wojennego. Zaś Jan Klata wraz z dramaturgiem Sebastianem Majewskim pracuje nad adaptacją „Autobiografii” Jacka Kuronia. Premiera w Starym Teatrze w Krakowie.

Aneta Kyzioł

Polityka 7.2010 (2743) z dnia 13.02.2010; Kultura; s. 56
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Polska jako jedyna w Unii nie udostępnia szczepionki HPV

Szczepionka, którą od 12 lat uznaje się na świecie za wybawienie od raka szyjki macicy, w Polsce jest nadal moralnie podejrzana. Wyparowała też z naszego rynku, za co sami jesteśmy sobie winni.

Paweł Walewski
26.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną