Krzywicka Irena

Gorszycielka
Skandalistka, moralistka, siłaczka i buntowniczka. "Byłaby zdziwiona, że ma takie udane życie pozagrobowe" – mówi o pisarce jej syn Andrzej Krzywicki.
Fragment portretu Ireny Krzywickiej pędzla Witkacego, 1928 r.
Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku/Materiały promocyjne

Fragment portretu Ireny Krzywickiej pędzla Witkacego, 1928 r.

Międzywojenna publicystka i pisarka jest dziś znowu modna, zwłaszcza w środowiskach feministycznych. Po trzydziestu latach milczenia w 1992 r., dwa lata przed śmiercią, ukazał się jej tom wspomnień „Wyznania gorszycielki”. Dziś nie sposób go znaleźć w bibliotece. Potem z roku na rok o Krzywickiej pisało się coraz więcej, ukazała się jej obszerna i ciekawa biografia „Długie życie gorszycielki” Agaty Tuszyńskiej, wyszła też przedwojenna publicystyka „Kontrola współczesności”, debiut powieściowy „Pierwsza krew”. A teraz ukazał się zbiór literackich portretów „Wielcy i niewielcy” (Wydawnictwo Nisza), w którym opisuje m.in. Witkacego, Boya, Korczaka, pisarzy francuskich, a nawet Georges’a Brassensa. Krzywicka fascynuje, a jednocześnie ciągle słyszy się głosy lekceważące: „to takie babskie pisanie”.

Skandalistka

Najpierw wywoływała zgorszenie. Kiedy w 1933 r. ukazała się „Pierwsza krew”, Paweł Hertz podobno żachnął się: „Tfu, ona ma krew na rękach”, inni zarzucali jej, że wymachuje majtkami jak sztandarem. W „Wiadomościach Literackich” poruszała tematy wtedy wstydliwe, takie jak menstruacja. Poza tym jako mężatka prowadzała się z Boyem-Żeleńskim, jak mówiono „zdobyła świat pod-boyem”. Świat, czyli przede wszystkim słynne pięterko Ziemiańskiej, gdzie bywali skamandryci. Ale i później, po wojnie, utarło się, że Krzywicka jako pisarka nie była zbyt ciekawa. Na lata przyczepiono jej łatkę skandalistki, która pisze tylko o seksie. „Wydaje mi się, że twórczość prozatorska matki jest trochę niedoceniona – mówił w biografii Tuszyńskiej Andrzej Krzywicki. – Może przyjdą czasy, w których to, co wydawało się słabością, nabierze innych znaczeń”.

Za słabość pisarstwa Krzywickiej uznawano to, że interesowały ją sprawy obyczajowe, badanie życia, a nie polityka, komunizm, idee. Dziś można docenić siłę pióra Krzywickiej, wielkie wrażenie robi tom opowiadań „Teraz się nie umiera” (dawny tytuł brzmiał: „Mrok, światło i półmrok”), który pojawi się w tym roku w wydawnictwie Nisza. Te opowiadania są w Polsce zupełnie nieznane, bo ukazały się w Londynie w 1969 r. Spotkały się wtedy z bardzo chłodnym przyjęciem emigracji. Zarzucano Krzywickiej, że ma chorą wyobraźnię, bo nawet w okupacyjnych opowiadaniach pojawiają się u niej najdziwniejsze ludzkie związki. Tymczasem wszystko czerpała z życia, miała słuch do rzeczywistości. W pisaniu była równie bezpretensjonalna co w poglądach i w swoim życiu.

Moralistka

„Teraz już nie jestem sobą, już dawno” – mówi ponaddziewięćdziesięcioletnia Irena Krzywicka w filmie dokumentalnym Marii Zmarz-Koczanowicz „Krzywicka jaka była i nie była” z 1993 r. Ma mocny głos, mówi piękną polszczyzną, w której nie znać, że mieszka we Francji od 1963 r. Jej historia to nie jest historia skandalistki, tylko kobiety potwornie doświadczonej przez los. Jej życie rozpada się na dwie części – cezurą była wojna. W dwudziestoleciu zdobyła wyjątkową pozycję, przy stoliku w Ziemiańskiej czuła się u siebie. Była drapieżną publicystką, która walczyła o niezależność kobiet. Przy okazji słynnej sprawy Gorgonowej (reportaże „Sąd idzie”) sprzeciwiała się dominacji mężczyzn w życiu społecznym. – Dzisiaj jej śmiałe poglądy należą do politycznej poprawności – mówi Andrzej Krzywicki. – Była do przodu o jakieś 30 lat.

Pisała o podwójnej moralności, innej dla kobiet i mężczyzn, i była orędowniczką związków partnerskich. Jako pierwsza pisała też otwarcie o homoseksualizmie. – Miała po prostu własne sądy na różne tematy i je śmiało wyrażała – mówi Krzywicki. – Ale nie nazwałbym jej gorszycielką, tylko moralistką. A w kwestiach obyczajowych była wręcz purytańska. Tak została wychowana przez matkę. Ponoć dopiero pisząc doktorat w wieku 24 lat odkryła z zadziwieniem, na rycinie przedstawiającej antyczne bachanalia, fallusy w stanie erekcji. Wcześniej niewiele wiedziała o męskich ciałach. – W rozmowach w kwestiach seksu też była dyskretna; byliśmy bardzo blisko, ale nigdy o nic z tej sfery mnie nie pytała – mówi jej syn.

Krzywicka często podkreślała, że miała powodzenie i nie stroniła od flirtów. W biografii Tuszyńskiej znalazł się też jej list do Iwaszkiewicza, w którym otwarcie proponowała mu poszerzenie doznań – wiedziała przecież, że ma upodobania homoseksualne. Jej sława skandalistki pochodziła stąd, że jednocześnie żyła z mężem, adwokatem Jerzym Krzywickim, i Tadeuszem Boyem-Żeleńskim, który też miał żonę. – Miałam dwu mężów, których bardzo kochałam – mawiała Krzywicka o tych związkach.

W filmie Krzywicka wspomina 1928 r., który był dla niej wyjątkowo dobry, czuła się znana, piękna, bogata, była w ciąży. Powiedziała swojemu mężowi, że jest szczęśliwa i spełniona jak nigdy dotąd. – Mój biedny Polikratesiku – odpowiedział jej Jerzy. Polikrates, władca Samos, opisany przez Herodota, był tak szczęśliwy, że postanowił wrzucić do morza pierścień, by poczuć jakąkolwiek stratę. Morze jednak zwróciło pierścień. I od tej chwili los się odmienił, Polikratesa zaczęły nękać nieszczęścia, w końcu zginął ukrzyżowany. – Jerzy jakby przewidział to, co miało nadejść.

Siłaczka

Krzywicka w czasie wojny straciła prawie wszystkich. Mąż zginął w Katyniu, Boy we Lwowie, syn zachorował i zmarł w ciągu kilku dni. Została sama z młodszym Andrzejem, który jako piętnastolatek zachorował na polio i przez długi czas był na granicy życia i śmierci. Krzywicka wynajęła się wtedy jako salowa w szpitalu, żeby być blisko niego. „Cierpienie nagłe, gwałtowne budzi w innych zryw solidarności. Cierpienie przewlekłe beznadziejnie odstrasza” – pisała w jednym z opowiadań w „Teraz się nie umiera”. Wiedziała o tym z własnego doświadczenia, bo podczas choroby syna została sama. „Wielu ludzi wspierała, ale nie pamiętam, by ktoś ją wspierał. Nie wiem, z czego to się bierze. Budziła rodzaj niechęci czy rozdrażnienia” – pisał Andrzej Krzywicki.

W Polsce powojennej Krzywicka zupełnie się nie odnalazła. Nie miała swojego środowiska, grupy i żadnego oparcia. Wiedziała tylko, że musi sama zarobić na dom. Ludzie z jej dawnego kręgu wracali do Polski: Julian Tuwim, Antoni Słonimski, ale nie czuła już dawnej bliskości z tym środowiskiem. Wspominała, że Słonimscy nie zapytali nawet o jej wojenne przejścia. Dawna uwodzicielka umarła – nowa Krzywicka była silna, męska, nie miała czasu na romanse. Całkowicie skupiła się na swoim ocalałym synu i pracy zarobkowej – pisała recenzje teatralne. Natomiast całkowicie straciła swój pazur publicystyczny, nie mogła już przecież pisać reportaży, sfera obyczajowa nie istniała w czasach stalinowskich. Zamówiono u niej książkę o jej teściu Ludwiku Krzywickim. Potem się jej wstydziła, bo częściowo napisali ją cenzorzy.

Była na marginesie. Nie wstąpiła do partii, mimo że Janina Broniewska ją usilnie namawiała. Ale też nie zgłosiła akcesu do środowiska opozycyjnego, do KIK. – Jak ja, Żydówka, niewierząca, mogłam się angażować w działalność Klubu Inteligencji Katolickiej? – mówiła. Dopiero po 1956 r. mogła wrócić do działalności publicystycznej i praw kobiet. Pisała i mówiła o świadomym macierzyństwie, o antykoncepcji. Janusz Minkiewicz kpił w „Szpilkach”: „Tu dwie panie w swym organie zachwalają ogumianie…”. Krzywickiej zarzucano, tak jak przed wojną, że nawołuje do rozwiązłości i legalnej prostytucji. Jej działalność była powtarzaniem argumentów sprzed lat, ale teraz nie była już ani jedyna, ani pierwsza.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną