Kultura

Męka i zmartwychwstanie (na ekranie)

Jak kino pokazuje śmierć Jezusa

Kadr z filmu Kadr z filmu "Pasja" w reż. Mela Gibsona materiały prasowe
Życie i śmierć Chrystusa oraz jego zmartwychwstanie to temat w kinie arcytrudny, ale dający spore gwarancje sukcesu. Dlatego próbowało tego już wielu reżyserów, niestety z różnym skutkiem.
Plakat do filmu 'Ostatnie kuszenie Chrystusa' w reż. Martina Scorsesemateriały prasowe Plakat do filmu "Ostatnie kuszenie Chrystusa" w reż. Martina Scorsese
Jezus z Montrealu - schodami do niebamateriały prasowe Jezus z Montrealu - schodami do nieba
Max von Sydow jako Jezus w 'Opowieści wszech czasów'materiały prasowe Max von Sydow jako Jezus w "Opowieści wszech czasów"
Plakat do filmu 'Jesus Christ Superstar'materiały prasowe Plakat do filmu "Jesus Christ Superstar"
Jezus z 1964 r., według Pasoliniego ('Ewangelia według św. Mateusza')AISA/BEW Jezus z 1964 r., według Pasoliniego ("Ewangelia według św. Mateusza")

Gdy Mel Gibson ogłosił plan nakręcenia wiernej ekranizacji męki Chrystusa, mało kto wróżył mu sukces. „Pasja” zrealizowana w 2004 r. jako niezależna produkcja w języku staroaramejskim i niemal bez znanych aktorów, miała wszelkie przesłanki do bycia spektakularną klapą. Tymczasem stało się przeciwnie. Czy ów sukces należy tłumaczyć religijnością publiczności lub aurą skandalu towarzyszącą produkcji? Niekoniecznie. Gibson sięgnął bowiem po historię, która dla kina od zawsze prezentowała się atrakcyjnie. „Pasja" wpisuje się przecież w tradycję podchodów reżyserów do arcytrudnego - ale dającego spore gwarancje sukcesu – tematu. Tradycję sięgającą początków ruchomych obrazów. Według IMDb, spośród postaci historycznych pokazanych w filmach fabularnych Jezus zajmuje drugiej miejsce (ponad 300 produkcji). Wyprzedza go tylko Napoleon (327).

Pierwsze przedstawienia

Przypuszczalnie jednym z pierwszych filmów o Chrystusie był francuski krótkometrażowy „La Vie et la passion de Jésus Chris” z 1905 r. (rzecz jasna niemy). Następna - „Od żłóbka do krzyża” z 1912 r., siłą rzeczy była zaledwie kalejdoskopowym szkicem biografii. W dziejach kina silniej utkwiły sceny z nakręconej cztery lata później, epickiej „Nietolerancji". Twórca tego epokowego dzieła D. W. Griffith, chciał za pomocą kilku przeplatających się opowieści, unaocznić, w jaki sposób nieposzanowanie poglądów innych oraz zawiść prowadzą do tragedii. Zarówno w skali mikro i makro. Męczeństwo Chrystusa było w tym przypadku, podobnie jak np. upadek Babilonu czy rzeź Hugenotów, obrazem eskalacji okrucieństwa wobec drugiego człowieka.

Perspektywa dramatu jednostki postawionej pod pręgierzem tłumu na długo zdominowała hollywoodzki portret Jezusa (np. „Król królów" z roku 1927). Być może dlatego pierwsza znacząca kinowa prezentacja dziejów Chrystusa powstała nie w Hollywood, lecz w Europie. Co więcej „Golgota" z 1935 r., w reżyserii Juliena Duviviera, to pierwszy dźwiękowy film na ten temat. Nie przypadkiem krytycy przypomnieli o nim sobie przy okazji gibsonowskiej „Pasji". Albowiem dzieło francuskiego filmowca to pieczołowite przedstawienie ostatnich dni życia Chrystusa, z uwzględnieniem roli Faryzeuszy oraz dylematów Piłata. Duvivier, inaczej niż twórca „Pasji", nie koncentruje się wyłącznie na martyrologicznym spektaklu. W jego obrazie liczy się również tło społeczne.

Kontrowersyjne prezentacje

Poszukiwanie nowych przedstawień dziejów Chrystusa stało się dla kina drugiej połowy XX w. kierunkiem modnym. Interpretacja męczeństwa na krzyżu poza sztywną wykładnią kościelną była bowiem bardziej atrakcyjna dla laickiego odbiorcy. Stąd swoiste przesunięcie akcentu w stosunku do wspomnianego „Króla królów", w superprodukcji z 1961 r. pod takim samym tytułem (ale nie był to remake). Powstała ona pod reżyserską pieczą Nicholasa Ray'a. Chrystusowe męczeństwo zostaje tu przedstawione przez pryzmat konfliktu idei. Pokojowe nauczanie Jezusa stoi w opozycji do politycznych, wywrotowych działań ruchu oporu walczącego z rzymską okupacją. Na jego czele stoi... Barabasz. Ukrzyżowanie Jezusa wynika zatem głównie z faktu nieprzyjęcia przez Mesjasza metod walki obranych przez bojowników z Barabaszem i Judaszem (!) na czele.

W tym samym roku, co film Ray’a powstała inna spektakularna produkcja Hollywood, rzucająca światło na postać Barabasza. „Barabasz" (1961) oparty na książce szwedzkiego noblisty Pära Lagerkvista, proponował nader oryginalną wykładnię dziejów tej biblijnej postaci drugiego planu. Jego wyzwolenie przez tłum miało być początkiem drogi do religijnego nawrócenia zwieńczonego śmiercią na krzyżu (w tytułowej roli wystąpił Anthony Quinn).

Z 1965 r. pochodzi też najbardziej wystawne dzieło hollywoodzkie o tej tematyce - „Opowieść wszech czasów”, nakręcona za 20 ówczesnych milionów dolarów. w roli Jezusa zobaczyć można było Maxa von Sydowa. Parę lat wcześniej przebywający na emigracji w Meksyku Luis Buñuel zrealizował swoje kolejne arcydzieło. Stał się nim „Nazarín” (1959) opowiadający o swoistym wcieleniu Jezusa w osobie tytułowego księdza.

Dzieło wybitne

Choć konteksty polityczne i społeczne, zaczęły odgrywać w połowie lat 60. coraz ważniejszą rolę w filmach o biblijnym podłożu, to paradoksalnie najwybitniejszym dokonaniem chrystianicznej kinematografii okazało się dzieło wolne od podobnych spekulacji. „Ewangelia według św. Mateusza" z 1964 r. - zadeklarowanego komunisty, ateisty i homoseksualisty Piera Paolo Pasoliniego - przełamała obowiązujące schematy. A stało się tak dlatego, iż Pasollini twórczo podjął dialog z dziejami Jezusa, dostrzegając w nich materiał o jednostkowym poświęceniu i indywidualnej drodze życiowej. Film włoskiego obrazoburcy nie tylko trafił na listę arcydzieł kinematografii, ale zyskał pełną akceptację władz kościelnych!

Pasollini adaptując treść tytułowej ewangelii, od narodzin Chrystusa do zmartwychwstania, przekornie zlekceważył to, co dla hollywoodzkich ekranizacji stanowiło walor. Zamiast efektownych scen zbiorowych, egzemplifikacji cudów czy długich scen męczeństwa, zaproponował bardzo ascetyczny traktat o religijnym wtajemniczeniu. Z kamerą skupioną na Jezusie, wytrwale realizującym swą duchową misję. Misję, która jest wielką metafizyczną zagadką. Respekt włoskiego reżysera wobec postaci Mesjasza, sprawił, że ów film - co unikalne - stał się inspirujący zarówno dla widzów wierzących, jak i agnostyków.

Jezus u Pasolliniego mógł być w równym stopniu religijnym posłańcem kontaktującym się z absolutem, co samotnym bojownikiem własnych etycznych reguł. To ostatnie skłaniało niektórych odbiorców do identyfikowania Chrystusa z kontestatorem, rewolucjonistą, banitą. Pod koniec lat 60. owo wywrotowe oblicze Mesjasza mogło wszak liczyć na szeroki odzew publiczności identyfikującej się z hasłami hippisowskiej subkultury.

 

 

Z myślą o hippisach

Z myślą o takiej publice powstał angielski musical „Jesus Christ Superstar”, przeniesiony na ekrany w 1973 r. O ile u włoskiego reżysera portret Chrystusa był efektem osobistej identyfikacji niezależnego artysty ze spuścizną równie niezależnego działacza religijnego, to w przypadku fenomenu „Jesus Christ Superstar” należy mówić o bardzo powierzchownej interpretacji mitu Zbawiciela. Chrystus staje się w niej ideałem pacyfistycznego młodzieńca, a dramaturgicznym nerwem – tragiczna postać Judasza.

Ta rock opera nie była zresztą jedyną w tym czasie próbą uaktualniania biblijnych wątków w oparciu o konwencję „flower power”. Również w 1973 r. miało premierę filmowe przeniesienie innego musicalu - „Godspell”. Filmowym miejscem akcji stał się współczesny Nowy Jork.

Radosna pauperyzacja ewangelicznej historii, mimo nieco kiczowatej osnowy, pozwoliła przetrwać postaci Jezusa w popkulturze w gorącym okresie obyczajowej kontestacji, kwestionującej przecież większość kościelnych dogmatów. Powstające już po hippisowskim przesileniu ekranizacje losów Zbawiciela, nie były jednak w stanie uchwycić natchnionej impresji, kojarzonej ze wspomnianym arcydziełem Pasolliniego. Dotyczy to nawet starannie zrealizowanego, telewizyjnego miniserialu „Jezus z Nazaretu” (1977), wyreżyserowanego przez włoskiego mistrza Franka Zeffirellego.

Chrystus u Wajdy

Wyjściem z pułapki prezentacji robionych „po bożemu” mogło być tylko sięgnięcie do apokryficznych lub fikcyjnych dygresji biblijnych. Zaczynem stała się powieść Michaiła Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata". W pomniejszym wątku przedstawia ona bowiem interesujące spojrzenie na męczeństwo Chrystusa oraz postać Piłata. Andrzej Wajda rozwinął ów wątek na potrzeby swojego „Piłata i innych", zrealizowanego dla telewizji RFN w 1971 r. Tytułowy prokurator z Judei, poddawany naciskom i zagrożony buntem arcykapłanów, musi podjąć decyzję w sprawie czyniącego cuda Jeszui Ha-Nocri. Nie widzi w nim winy, ale wskutek nacisków skazuje go na śmierć. Później stara się potajemnie zemścić na tych, którzy wydali tajemniczego cudotwórcę.

Film Wajdy stanowi nieszablonowe spojrzenie na okoliczności chrystusowej męki. Sam Mesjasz w długiej scenie dysputy z Piłatem, jest ukazywany nie tyle jako osoba święta, co potrafiąca siłą wewnętrznej dobroci zmienić drugiego człowieka. Wajda ukazuje całość skomplikowanych relacji w bardzo umownej scenerii, oderwanej od kontekstu historycznego; na frankfurckich ulicach, wysypisku śmieci i w ruinach hali. Z wielu innych adaptacji powieści Bułhakowa (m.in. o rok późniejszej wersji autorstwa Jugosłowianina Aleksandra Petrovica), wersja Wajdy zdaje się najpełniej oddawać jej religijny - niekiedy postrzegany jako i bluźnierczy - aspekt.

Ostatnie kuszenie

Inny twórca, któremu udało się odjeść daleko od przyjętych hagiograficznych wzorców, to Martin Scorsese. Jego przeniesienie powieści greckiego pisarza Nikosa Kazantzakisa „Ostatnie kuszenie Chrystusa" (1988 r.) na ekran zbulwersowało katolickie organizacje. Ale z czasem - po wygaśnięciu emocji – obraz Scorsese zyskał ostrożne uznanie z racji niebanalnych refleksji nad powołaniem i świętością Zbawiciela. Scorsese poza sferą boskości dostrzegał w Jezusie ludzkie słabostki. Chrystus (Willem Dafoe) musiał stawić czoła nie tylko niechętnemu otoczeniu, ale też wizualizowanym dosłownie pokusom Szatana. Jedną z nich był - co wywołało skandal - opcjonalny związek małżeński z Marią Magdaleną. Dosłowność sugestii Scorsese (Jezus wyobrażający sobie seks z kobietą!) mimo heretyckiego wydźwięku, sprawiła, iż wizerunek tej postaci zyskał na problematyczności.

Tropem antysakralnej poetyki próbowało podążać wielu filmowców. Obok Scorsese najciekawsze efekty uzyskał kanadyjski reżyser Denys Arcand. Jego autorski „Jezus z Montrealu" (1989 r.) sumuje dwa bieguny ujęć mitu Zbawiciela: przekaz jednostkowego istnienia charyzmatycznego Mesjasza oraz obraz zdegenerowanej rzeczywistości, która owego Mesjasza wręcz wyczekuje. Tytułowym bohaterem jest aktor, wcielający się w biblijną postać na deskach montrealskiego teatru w pasyjnym przedstawieniu. Stopniowo odtwarzana rola i osobiste życie zazębiają się.

Równie prowokujących przeniesień biografii Chrystusa trudno zapewne oczekiwać po przygotowywanych obecnie filmach o biblijnej tematyce. Wspomniana na początku „Pasja" jest na tym tle skrajnym przykładem artystycznej porażki, przy jednoczesnym statusie kasowego hitu, zwycięstwa dosłownej translacji nad kreatywnym odczytaniem. Mel Gibson ukazuje męczeństwo Zbawiciela w strugach przelewanej krwi i sadystycznego okrucieństwa, ale brakuje mu inwencji, by z historii Mesjasza uczynić coś więcej niż dosłowną ilustrację mordu. Niemniej „Pasja” zarobiła prawie 612 mln. dolarów przy budżecie zaledwie ok. 30 mln. To jeszcze jeden dowód, że na religii można świetnie zarobić. Szczególnie gdy z prawdziwym jej zgłębianiem nie ma to wiele wspólnego.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Motywacja wewnętrzna może zdziałać cuda

Co ludzi motywuje do nadludzkiego wysiłku.

Grzegorz Gustaw
21.11.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną