Rozmowa z Jane Campion

Poeta przy moim stole
"Im większa różnorodność w postrzeganiu świata, tym lepiej dla kina" - mówi słynna nowozelandzka reżyserka, której film „Jaśniejsza od gwiazd” właśnie wszedł na ekrany naszych kin.
Jane Campion na krakowskiej konferencji podczas festiwalu Off plus camera
Piotr Szymaszek/BEW

Jane Campion na krakowskiej konferencji podczas festiwalu Off plus camera

Mariola Wiktor: Zawsze lubiła pani poezję?

Jane Campion: W młodości jej nie znosiłam, raziła mnie sztucznością. Tak jak większość ludzi bałam się, że wiersze są dla mnie zbyt mądre, wyrafinowane, trudne. Tymczasem poezja nie odwołuje się do intelektu, ale do emocji i wrażliwości. W moim przekonaniu najlepszy odbiorca poezji to ktoś, kto potrafi całkowicie poddać się jej klimatowi, dźwiękom słów, rytmiczności mowy. Trzeba dać się zaczarować, by odnaleźć przyjemność z jej głośnego czytania. To z czasem przeradza się w nawyk, uzależnia, wciąga.

W pani filmach poezja wydaje się rodzajem schronienia przed światem. Dzięki poezji człowiek przetrwa najgorsze, nawet śmierć, chorobę i samotność.

Bo tak jest. W filmie „Anioł przy moim stole” poezja staje się nawet synonimem szczęścia. Bohaterka tej historii, inspirowanej autobiografią poetki Janet Frame, jest brzydka, pochodzi z ubogiej prowincji, nikt jej nie akceptuje, popada w chorobę psychiczną i przechodzi przez piekło barbarzyńskich metod leczenia. Dzięki poezji zapomina o cierpieniach, traumach przeszłości, odzyskuje siłę do życia.

W najnowszym pani filmie „Jaśniejsza od gwiazd” w świat poezji romantycznej (Anglia w I połowie XIX w.) wkracza także 18-letnia Fanny Brawne, która zakochuje się w starszym o kilka lat poecie Johnie Keatsie. To raczej mało filmowy temat. Skąd pomysł, by zrobić o tym film?

Wszystko zaczęło się od lektury książki biograficznej Andrew Mortona o Johnie Keatsie. Kiedy dotarłam do opisu pierwszego spotkania Fanny z Johnem, ogarnęło mnie wzruszenie. Historia ich miłości, zakończonej tragiczną śmiercią poety, który zmarł na gruźlicę w wieku 25 lat, zafascynowała mnie swoją czystością, czułością i niewinnością. Zaczęłam czytać i poznawać poezję Johna. Zakochałam się w niej. Pisał o swoich przeżyciach, samotności, braku zrozumienia przez otoczenie, przeczuciu śmierci. Dopiero po kilku latach znalazłam pomysł na film. Pomogła mi lektura listów obojga kochanków. Zdecydowałam, że to będzie opowieść o Keatsie, ale widzianym oczyma Fanny, zaś tytuł filmu zaczerpnęłam z wiersza, który John zadedykował ukochanej.

Dzięki nowoczesnej narracji nawet wydawałoby się banalne, niefilmowe wątki „Jaśniejszej od gwiazd” ogląda się z przyjemnością.

Zawsze staram się oddawać obrazem i ruchem kamery stany emocjonalne moich bohaterek. Niektórych dziennikarzy, po pokazach w Cannes, irytowało na przykład niespieszne tempo narracji filmu. Tymczasem mnie chodziło o znalezienie wyrazu dla powściągliwości Fanny. Kobieta w owych czasach nie miała, jak teraz, wielu możliwości realizacji. Właściwie jedyne, co jej pozostawało, to cierpliwe czekanie na odpowiedniego kandydata i robótki ręczne, ale z drugiej strony, taki ekspresyjny minimalizm tym mocniej podkreślał niezwykłą siłę skrywanej pod maską chłodu namiętności dziewczyny. Proste, spokojne zdjęcia, łagodne ruchy kamery potęgują zmysłowy i intymny charakter znajomości bohaterów. Tak jak w poezji, wiele sytuacji jest w filmie niedopowiedzianych. Widz musi uruchomić własną wyobraźnię. Jest w filmie taka scena, kiedy Fanny spaceruje po polu z ukochanym w towarzystwie młodszej siostrzyczki. Za każdym razem, gdy dziewczynka ogląda się za siebie, próbując ich podejrzeć, oboje zastygają bez ruchu. Tym samym podsycając ciekawość dziecka i dorosłego widza. Abbie Cornish i Ben Whishaw, którzy rewelacyjnie wcielili się w swoje postaci, znakomicie się w tej scenie odnajdywali i bawili.

A jednak na tle pani poprzednich filmów ten ostatni jest najmniej feministyczny.

Może po prostu się starzeję i stępiło się moje feministyczne ostrze? Co ciekawe, film bardziej podoba się mężczyznom niż kobietom, więc widać z tego, że coś jest na rzeczy. Mówiąc serio, Fanny też jest zbuntowana, ale jej rebelia przebiega łagodniej. To nie jest ekranizacja powieści Jane Austen. Moja bohaterka nie jest aż tak skrępowana konwenansami, choć istnieją one i w jej świecie. Wie, że nie wyjdzie za Keatsa, nie dlatego nawet, że jest chory, ale dlatego przede wszystkim, iż życie z poetą nie zabezpieczy jej materialnie. Postanawia jednak być z nim jak najdłużej i opiekować się nim, co już samo w sobie było gestem odważnym i niezwykłym. Poza tym – podobnie jak silne kobiety z moich poprzednich filmów, walczące o swoją niezależność, wyłamujące się z narzuconych im ról społecznych – Fanny przechodzi metamorfozę. Dzięki poezji i namiętności odkrywa nowy wymiar i sens życia.

Podobno nie lubi pani, gdy mówi się o pani feministka.

Nie lubię etykiet, bo one zawsze są za ciasne i uwierają. Zawsze uważałam, że im większa różnorodność w postrzeganiu świata, tym lepiej dla kina.

Była pani pierwszą kobietą reżyserem, która w 1993 r. odebrała w Cannes Złotą Palmę – za „Fortepian”. Była też pani nominowana do Oscara za reżyserię, wówczas jako jedna z trzech kobiet w całej historii nagród Akademii Filmowej.

Hollywood jest, i pewnie jeszcze na długo zostanie, zdominowane przez mężczyzn, chociaż mówimy w tej chwili o mainstreamie, bo już w amerykańskim kinie dokumentalnym i niezależnym kobiety radzą sobie o wiele lepiej. Jeśli jednak chodzi o Hollywood, to obecnie zaledwie 6 proc. reżyserów stanowią tam kobiety. Pozycja mężczyzn jest tak silna, że mało której kobiecie udaje się wybić, no chyba że nosi się sławne nazwisko, jak np. Sofia Coppola, która oprócz wspaniałego talentu ma zaplecze w postaci ojca Francisa Forda Coppoli.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną