Smooth jazz, czyli terror łagodności

Dyktatura łagodności
Muzyka z wind przeniosła się do salonów. A smooth jazz i chillout organizują nam życie – czy tego chcemy, czy nie.
Ive Mendes jest idealnym przykładem nowej konfekcji muzycznej, mieszającej egzotykę, smooth jazz i elektroniczne brzmienia.
Krzysztof Kuczyk/Forum

Ive Mendes jest idealnym przykładem nowej konfekcji muzycznej, mieszającej egzotykę, smooth jazz i elektroniczne brzmienia.

Wyobraźmy sobie wystawę w galerii sztuki współczesnej spiętą wspólnym mianownikiem malarstwa łagodnego. Albo festiwal filmowy prezentujący tylko filmy z wolnym montażem. Wreszcie książki, które mają nam nie przeszkadzać przy obiedzie. W muzyce nie trzeba sobie tego wyobrażać – od dawna towarzyszy nam przez cały dzień, wtapia się w tło i coraz częściej chodzi w niej o to, żeby nie angażowała zbyt mocno, tylko kreowała nastrój. Lounge, chillout i smooth jazz przeniosły znaną od wielu lat muzykę tła z wind i samolotów na salony.

Wszystkie razem coraz mocniej rozmazują się i tracą cechy gatunkowe, tworząc jedno szerokie zjawisko – nową muzykę użytkową. Ma ona swoje sukcesy na listach bestsellerów, ma swoje gwiazdy, a teraz także ogólnopolską imprezę. Smooth Festival w Bydgoszczy jest – jak piszą organizatorzy – „jednym z najbardziej eleganckich i wysmakowanych muzycznych wydarzeń roku”. Skąd się bierze ten sukces? I czy chodzi w nim jeszcze o cokolwiek poza aurą elegancji?

Na kanapę i do kanapki

Wiadomo, o co chodziło firmie Muzak, powstałej w latach 30. ubiegłego wieku – chciała zarabiać pieniądze na dostarczanej milionom, a potem setkom milionów ludzi na świecie muzyce tła. Sprzedawała ją przez lata do hoteli, poczekalni dentystycznych i fabryk. Do dziś nietrudno ją usłyszeć w samolocie, gdzie ma uspokajać nerwy pasażerów przed startem. Jej cechą szczególną jest to, że... nie ma żadnych cech szczególnych. Po prostu znika.

U amerykańskich dentystów w latach 80. zaczął ją zastępować smooth jazz, czyli jazz w odmianie łagodnej, zwykle grany na syntezatorach, saksofonach i gitarach. Ze swoją gwiazdą – Kennym G, saksofonistą lekkim, przebojowym i bezwzględnie skutecznym w relaksowaniu słuchaczy. „Jest jak UZI – żartowano. – Z jedną różnicą: w UZI z czasem kończą się naboje”.

W kolejnej dekadzie swoją muzykę relaksacyjną stworzyła scena klubowa. Imprezy house’owe i techno – w myśl tradycji wprowadzonej w Wielkiej Brytanii – obok sal z głośną muzyką do tańca zapewniały zwykle miejsce do odpoczynku po zabawie tanecznej – tak zwane chill-out roomy. Tu też puszczana była muzyka elektroniczna, ale o odpowiednio łagodnym charakterze. Chilloutowa, mówiąc krótko. Szybko pojawiły się miejsca, które proponowały już sam chillout, bez części tanecznej. I firmy, które próbowały na tym zarobić. Polskie chill-out roomy już w latach 90. służyły do tego, by sponsor imprezy mógł spokojnie prowadzić promocję swoich papierosów, herbaty albo drogich alkoholi.

Tu wraca ważny aspekt handlowy muzyki tła. Gdy szefowie firmy Muzak zabiegali o współpracę z fabrykami, powoływali się na badania mówiące o większej efektywności pracowników słuchających muzyki. A w latach 80. psycholodzy zbadali różne aspekty działania dźwiękowego tła na zamówienie agencji marketingowych. Okazało się, że muzyka puszczana w miejscach publicznych czyni cuda. Gdy jest utrzymana w odpowiednio wolnym tempie, spowalnia ruch klientów w supermarkecie (co wpływało na zwiększenie sprzedaży nawet do 38 proc.), a w restauracjach sprawia, że ludzie zostają dłużej i zamawiają więcej drinków.

Trudno się dziwić, że nowej rewolucji w dziedzinie muzyki tła dokonały nie sale koncertowe, tylko gastronomia. Najpierw Café del Mar – modny bar na Ibizie, w którym clubbingowa klientela zmęczona tańcem odpoczywała nad ranem, czekając na malowniczy wschód słońca. Sława serii składanek, zatytułowanych po prostu „Café del Mar”, wyszła daleko poza Ibizę. Amalgamat muzyki elektronicznej, akustycznej, medytacyjnej i smoothjazzowej okazał się hitem i do dziś wychodzą kolejne części (dotąd 16).

Nie gorzej było z rozpoczętą pod koniec lat 90. serią „Buddha-Bar” Claude’a Challe’a i Davida Visana (dotąd 11 odcinków), tworzoną najpierw dla snobistycznej paryskiej restauracji, w której New Age i buddyzm swobodnie mieszały się z etniczną i elektroniczną oprawą. Portugalskie fado brzmiało obok anglosaskiego trip-hopu, a cała mieszanka nadawała się doskonale jako tło do konsumpcji – choć z uwagi na egzotyczny charakter bardziej do sushi niż do kotleta.

Już podział płyt zestawu pokazywał, o co dokładnie chodzi: pierwsza opatrywana była podtytułem „dinner”, a druga „party” (w kolejnych edycjach: „drink”). Czyli pierwsza miała dobrze zagłuszać dźwięk sztućców i talerzy, nie utrudniając trawienia, a druga – skutecznie tłumić przy barze rozmowy sąsiadów. To do tego rodzaju elegancji i wrażliwości nawiązywali potem nowi twórcy muzyki użytkowej. „Lounge” – mówiono o tym stylistycznym miszmaszu. Świetny termin, angielski oryginał opisuje bowiem jednocześnie hol hotelowy, poczekalnię z kanapami, lotniskową salę odlotów – te wszystkie miejsca, gdzie rozbrzmiewał Muzak. Historia zatoczyła więc pełne koło, a korporacja Muzak doczekała się tak licznej konkurencji, że po 75 latach istnienia stanęła właśnie w obliczu plajty.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną