Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Kultura

Jazzgot z Polski

Młodzi polscy jazzmani atakują

Mikrokolektyw Mikrokolektyw materiały prasowe
Mieliśmy wielkie sukcesy indywidualistów: Komedy, Stańki, Namysłowskiego. Ale nie było w polskim jazzie i jego okolicach generacji zespołów, które za granicą poruszałyby się równie swobodnie co te dzisiejsze.
Pink Freudmateriały prasowe Pink Freud

Kiedy w telewizji mówili o potencjalnych sukcesach disco polo w Chinach, w cieniu „Majteczek w kropeczki” rozgrywała się prawdziwa eksportowa historia. W lipcu ukazał się w Ameryce pierwszy album wrocławskiego duetu Mikrokolektyw. Kuba Suchar i Artur Majewski, perkusista i trębacz, znani wcześniej z grupy Robotobibok, która sporo koncertowała na świecie, pracowali na ten sukces ponad 10 lat. Przydały się wspólne koncerty z Robem Mazurkiem, jednym z najlepszych dziś amerykańskich trębaczy jazzowych.

To jest chyba jeden z najzdrowszych przypadków współpracy międzynarodowej, Mazurek regularnie przyjeżdża do naszego Ośrodka Postaw Twórczych we Wrocławiu – mówi Kuba Suchar. – A zaczęło się od tego, że dostałem wiadomość o okienku w trasie koncertowej jego grupy i zaprosiliśmy ich natychmiast. Brakowało nam pieniędzy, ale zagraliśmy wtedy kolejno na jednej scenie i za naszą gażę sfinansowaliśmy koncert Chicago Underground, grupy Mazurka. W ten sposób „kupiliśmy” sobie przyjaźń – żartuje perkusista Mikrokolektywu.

Zupełnie przypadkiem członkowie Mikrokoletywu poznali w Polsce Raymonda Salvatore Harmona, artystę wizualnego z Chicago, który zaprezentował ich nagrania tamtejszym wydawcom – mogli wybierać, więc podpisali kontrakt z tym, który oferował najkrótsze terminy. Harmon nakręcił też film z koncertu grupy we wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych.

Z Szubina do Japonii

To jazz kalibru nagrań Dona Cherry’ego i Maxa Roacha – uważa Harmon. O Donie Cherrym, wybitnym awangardowym trębaczu, mówiło się w kontekście polskich muzyków wielokrotnie. Choćby wczesne nagrania Tomasza Stańki uważano za inspirowane Cherrym. Ale nawet jemu nie udało się osiągnąć tego, co ma na koncie Mikrokolektyw. Duet zadebiutował właśnie w barwach legendarnej wytwórni Delmark. Tej samej, która wydawała płyty Dona Cherry’ego, a także Art Ensemble of Chicago czy Sun Ra. Wrocławscy muzycy są w dodatku pierwszymi Europejczykami, którym udało się trafić do katalogu Delmarku. I to od razu w dwóch wydawnictwach, bo koncertowy film został opublikowany na DVD.

Za chwilę to samo czeka zapewne Slug Duo, inny duet, w którym gra Kuba Suchar – przewiduje Michał Hajduk z Instytutu Adama Mickiewicza, koordynujący działania wokół polskiej muzyki za granicą i śledzący zagraniczną karierę młodej polskiej sceny improwizowanej. To ona była jednym z najważniejszych nurtów prezentowanych na kompilacyjnych płytach „Exploratory Music From Poland”, które dołączono w dwóch kolejnych latach do najbardziej prestiżowego pisma świata nowej muzyki „The Wire”, między innymi dzięki staraniom IAM. Znalazł się na nich m.in. utwór „Slug Duo”.

Kolejny ciekawy przypadek to grupa Contemporary Noise Quintet z Szubina. Grają od kilku lat muzykę instrumentalną, mocno osadzoną w tradycji jazzowej. Długie, melodyjne tematy, filmowy klimat, a jednocześnie dynamika niemal rockowa – bo w końcu to muzycy, którzy zaczynali właśnie jako zespół rockowy w formacji Something Like Elvis. Debiut CNQ „Pig Inside the Gentleman” nieźle przyjmowano w Polsce, ale mało kto spodziewał się, że trafi też na wymagający japoński rynek.

Tymczasem Japończycy zgłosili się sami – wytwórnia Zankyo Records dotarła do albumu, który muzycy dystrybuowali na początku własnymi siłami, i zaproponowała kontrakt. Dziś w Japonii dostępne są wszystkie trzy wydawnictwa zespołu. – Contemporary Noise dobrze się tam przyjął, nawet sprzedaje się nieźle na tle innych wydawnictw z Zankyo – mówi Bartek Kapsa, perkusista zespołu, a jednocześnie jego menedżer.

Gdyby szukać ilustracji dla hasła „Myśl globalnie, działaj lokalnie”, jego formacja byłaby idealnym przykładem. W rodzinnym mieście zbudowali studio nagraniowe, założyli własną oficynę wydawniczą, a jednocześnie ze swoją muzyką swobodnie poruszają się po całym świecie. Winylowe wydanie „Pig Inside the Gentleman” opublikowała londyńska firma Lanquidity, a teraz niemiecka Denovali Records wyda na licencji wszystkie wydawnictwa grupy z Szubina w specjalnej kolekcjonerskiej edycji. – Ci niemieccy wydawcy zajmowali się dotychczas przede wszystkim nagraniami metalowymi, ale tak bardzo spodobały im się nasze płyty, że postanowili zrobić wyjątek – mówi Kapsa.

Płytom towarzyszą występy. Wiosną CNQ zagrali trasę koncertową w Japonii. W małych klubach, ale też na prestiżowym Arabaki Festival. Tam CNQ odbierano nie w kontekście polskiego jazzu, tylko jako zespół grający nowoczesną muzykę, atrakcyjną dla różnego typu publiczności. Chwaliła ich wybitna japońska pianistka Satoko Fujii. W klubach też mieszała się publiczność rockowa i jazzowa. – Nasz techniczny na japońskiej trasie koncertowej znał Komedę, ale to wszystko, z czym do tej pory kojarzył polski jazz, inni wiedzieli jeszcze mniej o naszej muzyce – wspomina Kapsa.

Sukcesy w Japonii zaliczyła też grupa Levity. Autorzy sensacyjnej płyty „Chopin Shuffle” – jednej z najlepszych pozycji wydawniczych, jakie ukazały się przy okazji Roku Chopina – nagrywali ją w Polsce, ale z gościnnym udziałem znakomitego japońskiego trębacza Toshinori Kondo. W Japonii trafili na największy miejscowy festiwal jazzowy – Tokio Jazz Festival.

 

 

Wieści o zagranicznych występach polskich jazzmanów rzadko trafiają do mediów – głównie dlatego, że traktuje się ich jako hermetyczne środowisko. Tymczasem właśnie nowe polskie zespoły świetnie zacierają wszelkie różnice gatunkowe. Mikrokolektyw, Contemporary Noise Quintet, Paristetris czy Pink Freud to generacja wychowana na scenie yassowej – otwartej i ze swobodą przechodzącej od rocka do jazzu poprzez pastisz i kabaret. Mówią własnym językiem, nie bacząc na podziały gatunkowe – i stąd też ponadgatunkowy odbiór ich muzyki za granicą.

Przykładem jest właśnie grupa Pink Freud, której – dzięki wsparciu miejscowych ambasad – udało się odbyć trasę koncertową po Ameryce Południowej. – W Meksyku zagraliśmy olbrzymi koncert, na który przyszło 4 tys. osób. To był szok. Kompletnie nie wiedzieliśmy, co się dzieje, zostaliśmy powitani jak gwiazdy, niemalże limuzyną wjechaliśmy na teren kampusu, byli tam dziennikarze z różnych stacji – opowiada Marcin Masecki, pianista okazjonalnie wspomagający Pink Freud. – Wyszliśmy na scenę i zobaczyliśmy młodą publiczność, poniżej dwudziestego roku życia. Ale trzeba pamiętać, że w Mexico City mieszka 30 mln ludzi, więc to są inne proporcje. Poza tym jakiś prezenter z radia uniwersyteckiego zrobił wcześniej szum wokół naszej płyty.

Jak równy z równym

Muzycy pokolenia yassu w latach 90. też mieli kontakty światowe, ale nigdy nie zamieniły się one w regularną obecność za granicą. Wspólne koncerty grupy Miłość z Lesterem Bowie, trębaczem Art Ensemble Of Chicago, były – co widać dobrze z dzisiejszej perspektywy – punktem zwrotnym w historii polskiego jazzu w ogóle. Ale tamtemu pokoleniu nie udało się pójść dalej za ciosem. Wyjątkiem okazał się tu saksofonista Miłości Mikołaj Trzaska, który stale grywa z muzykami ze Skandynawii i z USA. Występował za Atlantykiem z tamtejszymi muzykami w składzie Mikołaj Trzaska Quartet, w którym to on był liderem. W Chicago polubili polski jazz, i to nie w środowiskach polonijnych. Ken Vandermark i Rob Mazurek – dwie bardzo różne, ale niezwykle cenione postaci tamtejszej sceny – stale współpracują z naszymi muzykami na równych prawach.

Polscy muzycy mają dziś kontakt z najlepszymi z zagranicy i dzięki temu polepsza się poziom na miejscu. Dzieje się tak między innymi dlatego, że muzyka improwizowana jest miłą dziedziną, nie ma tu miejsca na gwiazdorstwo, muzycy traktują się jak równy z równym, znaczenie ma nie to, czy ktoś jest znany, ale to, czy ktoś jest dobry – ocenia Michał Hajduk. To grono demokratyczne – i w większości skoncentrowane na muzyce, nie na pieniądzach. – Może trudno w to uwierzyć, ale Jason Adasiewicz, wybitny wibrafonista z chicagowskiego środowiska, na co dzień jest barmanem. Noel Kupersmith, świetny kontrabasista, jeszcze niedawno pracował na budowie – mówi Kuba Suchar. – Ci muzycy są bezkompromisowi, nie szukają łatwego życia z dotacji.

To będzie dobry rok

Polska muzyka popowa i rockowa nie od dziś ma problem z przebiciem się na zewnątrz. Edyta Górniak, mimo dużych nakładów, nie zrobiła międzynarodowej kariery. Myslovitz zaznaczyli swoją obecność za granicą, ale pewnie zbyt późno i w trudnej, bo opanowanej przez Anglosasów dziedzinie. Paradoksem jest to, że w tym samym czasie dużą karierę zrobiły na świecie metalowe grupy Behemoth i Vader, prestiżową nagrodę BBC zdobywała oryginalna world music w wykonaniu Kapeli Ze Wsi Warszawa, a świetne recenzje zbierała ostatnio grająca ekstremalnie ostrą odmianę punka Antigama. Furorę na zeszłorocznym londyńskim festiwalu awangardy zrobił stołeczny zespół Cukunft, klarnecista Wacław Zimpel grywa z Vandermarkiem i Timem Daisym. Duet Skalpel, wykorzystujący jazzowe brzmienia ze starych polskich winyli, regularnie wydaje płyty dla cenionej, choć niszowej, wytwórni Ninja Tune. Teraz nowy album Igora Pudło ze Skalpela także trafi do publiczności na całym świecie. Materiał ze swojej nowej płyty artysta prezentował w Koko – najmodniejszej sali koncertowej w Londynie. Edyta Górniak tam nie grywa.

Zespoły metalowe, hardcore’owe, projekty minimal techno, a teraz grupy grające muzykę improwizowaną są ambasadorami polskiej muzyki – komentuje Hajduk. – W naszej muzyce pop przez 20 lat nie udało się wypracować żadnego takiego artysty, który byłby rozpoznawalny na świecie, zapraszany wszędzie. To się dzieje od jakichś 10 lat, ale na gruncie muzyki niszowej.

Przyszły rok może się okazać przełomowy. Jest szansa na to, by w programie Warsaw Summer Jazz Days pojawił się oddzielny pokaz możliwości polskiej sceny jazzowej. Suchar wyda album z Mazurkiem pod szyldem Forest Underground, prawdopodobnie uda się też zorganizować oddzielny przegląd polskiej muzyki improwizowanej w Chicago. Będą nowe płyty i koncerty – większość artystów, o których mowa powyżej, to ludzie w okolicach trzydziestki, pełni energii, dopiero na początku artystycznej drogi. Wszystko wskazuje na to, że cała ta scena jest blisko osiągnięcia pewnej masy krytycznej. Dojścia do momentu, gdy dodatkowym atutem dla pojawiających się za granicą młodych polskich instrumentalistów będzie już sam kraj pochodzenia.

Polityka 46.2010 (2782) z dnia 13.11.2010; Kultura; s. 92
Oryginalny tytuł tekstu: "Jazzgot z Polski"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Co z tymi czołgami? Niemiecka prasa o kolejnym sporze Warszawy i Berlina

Spór o Leopardy, obiecane ponoć Polsce w ramach „zamiany okrężnej”, zmienił się w kolejny punkt zapalny. Sprawa rozgrywana jest przez rząd PiS jak zwykle w pełnym świetle jupiterów.

Adam Krzemiński
07.08.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną