Polski triumf wiejskich seriali

Pod gruszą i z klapsem
Już nie szklane wieżowce Warszawy, ale zboża łan i ptaków śpiew. Bohaterowie polskich seriali ruszyli w Polskę, co bardzo się spodobało telewidzom.

 

„Pod gruszą i z klapsem” Aneta Kyzioł, Bartek Orlicki

Co łączy „Ranczo”, „Blondynkę”, „Dom nad rozlewiskiem” (i „Miłość nad rozlewiskiem”), „Ojca Mateusza” i „Szpilki na Giewoncie”? Sielskie klimaty, milionowe widownie (od ponad 6 mln średnio na odcinek w przypadku „Rancza” po 2,62 mln w przypadku „Szpilek”), o jakich seriale rozgrywające się w mieście, z bohaterami robiącymi kariery w wolnych zawodach, mogą tylko pomarzyć. Oraz fakt, że z większością ich bohaterów telewidzowie spotkają się ponownie wiosną. Często na własne życzenie. Przykładowo serial „Ranczo” miał – zgodnie z zamysłem twórców – zakończyć się na czwartej serii. Jednak będzie kontynuowany, ponieważ widzowie bombardowali telewizję prośbami o kolejne odcinki, a nawet przysłali 82 pomysły na rozwinięcie akcji. A przecież jeszcze kilka lat temu bohaterką masowej wyobraźni była warszawska prawniczka Magda M. i jej wielkomiejskie koleżanki. Co się stało?

Dzisiaj stolica ma w telewizyjnej ramówce jak najgorszy piar. To współczesne wcielenie piekła. Miasto makiawelicznych, stale knujących za plecami ludzi. Szefowie – zwykle są to przystojni, ale zimni jak stal mężczyźni – wykorzystują pracowników, a potem bez skrupułów ich zwalniają, wymieniając na nowszy i ładniejszy model (przypadek Małgosi z „Domu nad rozlewiskiem”, pracowniczki stołecznej agencji reklamowej). Koledzy z pracy molestują seksualnie i unikają kary, a molestowana bohaterka zostaje relegowana do prowincjonalnego oddziału firmy (przypadek Ewy ze „Szpilek na Giewoncie”, specjalistki od sprzedaży reklam w ogólnopolskim piśmie). Stolica to także miasto bezwzględnych komorników, którzy czyhają, aż prowadzącym lecznicę dla zwierząt ideowo nastawionym bohaterkom powinie się noga („Blondynka”). Miasto, w którym babcie giną w wypadkach, a mężowie i narzeczeni zdradzają z koleżankami z pracy.

Sielskie wsiomiasteczko

Warszawa to według polskiej telewizji (w większości publicznej, ale także Polsatu, producenta „Szpilek”) piekło, które ludzie zgotowali ludziom głównie po to, by dobre bohaterki seriali miały skąd uciec szukać szczęścia i spełnienia w sielankowych plenerach polskiej prowincji. Tam, wśród prostych, choć niepozbawionych wad ludzi, wrażliwe bohaterki odnajdą upragniony spokój i szczęście.

Życiową mądrością dzielą się z przyjezdnymi i widzami gosposie księży (zwykle wdowy), ostre w języku, szybkie w sądach, ale o złotym sercu: Michałowa z „Rancza” („Z niczym nie należy przesadzać, z niepiciem też”), Jasiunia z „Blondynki”, Natalia z „Ojca Mateusza” i Aniela, gospodyni pensjonatu, w którym mieszka bohaterka „Szpilek na Giewoncie” („Zawsze po zimie przychodzi wiosna, a po turystach trzeba sprzątać”). A także doświadczone przez los i historię złote rączki, księża, miejscowi kamieniarze, weterynarze, babki zielarki i filozofujący miłośnicy wina marki wino. Tu metafizyka jest na wyciągnięcie ręki, a jeśli przyjrzeć się uważniej, to i cud się wypatrzy („Kto umie patrzeć, ten może zobaczyć nawet rzeczy niewidzialne” – naucza pośród traw bohaterkę „Blondynki” grana przez Annę Dymną zielarka).

Mimo że wieś ma swoje problemy (alkoholizm, bieda, niski poziom edukacji, przemoc domowa, choroby), jej mieszkańcy posiadają wewnętrzną siłę, która płynie z poczucia zakorzenienia i życia w symbiozie z przyrodą. Więc choć czasem przegrywają, nigdy nie są przegrani do końca. Idealną scenerią dla serialowych sielanek jest wschód Polski – od Suwalszczyzny i Mazur przez Podlasie po Sandomierz, a od minionego sezonu począwszy także Zakopane. Na wschodzie świetnie fotografuje się senny klimat miasteczek i pozostałości PRL. Dobrze widziane jest śledzikowanie i śmieszne spolszczanie zagranicznych słów. W Zakopanem z kolei filmowcom najbardziej podoba się gwara góralska, folklor w ubiorze i muzyce oraz miś przechadzający się po Krupówkach. W obu miejscach czas zwalnia, można prowadzić długie i ważne rozmowy, co się widzom podoba, bo zupełnie odbiega od doświadczenia realnego życia, w którym na nic nie ma czasu.

Znamienne, że seriale rozgrywające się rzekomo na wsiach, kręcone są w istocie w miasteczkach. Scenerią „Rancza” jest Jeruzal, który co prawda dziś jest wsią, ale kiedyś miał prawa miejskie, czego dowodem rynek z kościołem i sklepem, główne miejsca akcji serialu. Majaki z „Blondynki” grane są przez Supraśl, miasteczko pod wschodnią granicą, „Dom nad rozlewiskiem” w podolsztyńskim Pasymiu, o Zakopanem i Sandomierzu nie wspominając.

Ekranowe wsiomiasteczko – jak nazwał serialową scenerię w felietonie w POLITYCE Mariusz Sieniewicz – jest oazą schludności, z wymuskanymi domostwami, czyściutkimi zwierzętami gospodarskimi, wypielęgnowanymi ogródkami, a kiedy trzeba, to i dizajnerskimi mieszkaniami. W tle łany zbóż, ruczaje, jeziora i wolne od turystów góry. „Jestem pod wielkim wrażeniem determinacji i refleksu, z jakim kultura popularna reanimuje prowincję po ustrojowej zapaści 1989 r. Co zepsuł Balcerowicz, popkultura naprawia. To najskuteczniejsza reformatorka, bo sentymentalny miraż czyni widzialnym, miejsca brzydkie i sprośne przesłania liściem łopianu, żeby kulturalny, wielkomiejski widz się nie zniesmaczył, a prowincjusz wreszcie odnalazł ładniejsze odbicie siebie” – ironizował Sieniewicz, sam mieszkaniec Olsztyna.

Siłaczka feministka

W taką oto sielską, choć lekko zapóźnioną w stosunku do wielkiego świata, rzeczywistość wkraczają bohaterki. I w tym momencie do mitu „wsi spokojnej, wsi wesołej” dołączają XIX-wieczny mit inteligenta napędzanego misją oświecania chłopstwa i pracy u podstaw oraz już zupełnie współczesny obraz emancypujących się kobiet. Kobiece bohaterki zmieniające w pocie czoła prowincję są z jednej strony odbiciem realnej sytuacji – kobiety są sołtysami, dyrektorkami szkół i domów kultury, więc mają wpływ na życie prowincji, z drugiej zaś – wynikiem konstatacji faktu, że kobiety stanowią większość serialowej widowni oraz są najbardziej pożądanymi odbiorcami reklam emitowanych przed i po odcinkach.

Zaczęło się od Lucy (Ilona Ostrowska) – Amerykanki polskiego pochodzenia, która przed czterema laty odziedziczyła po babci dworek we wsi Wilkowyje – tytułowe „Ranczo”. Przedsiębiorcza, konkretna, zakasała rękawy: uczyła dzieci angielskiego, założyła uniwersytet ludowy, wymusiła na mieszkańcach ekologiczne zachowania, uczyła kobiety, jak założyć i prowadzić własny biznes, zaprowadziła na wsi informatyzację. W końcu wystartowała w wyborach na wójta gminy. A po drodze zakochała się, urodziła dziecko i wyszła za mąż (w tej kolejności). W najnowszych odcinkach to mąż będzie w domu wychowywał dziecko, a ona w gminie, wraz ze swoimi doradczyniami: dawną wójtową i dyrektorką szkoły, będzie zmieniać świat Wilkowyj.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną