Dwie twarze Xawerego Dunikowskiego

Niepokorny prowokator
Można się spierać, czy Xawery Dunikowski był najwybitniejszym polskim rzeźbiarzem XX w., ale nie ulega wątpliwości, że był najbardziej znanym. Jego postać i dorobek przypomina monograficzna wystawa w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku.
Dorobek Dunikowskiego domaga się świeżego spojrzenia. Jak broni się dziś, w XXI w.?
Tadeusz Rolke/Agencja Gazeta

Dorobek Dunikowskiego domaga się świeżego spojrzenia. Jak broni się dziś, w XXI w.?

Xawery Dunikowski między „Kobietami brzemiennymi IV i III”, ok. 1907 r.
Ligier Piotr/Muzeum Narodowe w Warszawie/Centrum Rzeźby Polskiej, Orońsko/Materiały promocyjne

Xawery Dunikowski między „Kobietami brzemiennymi IV i III”, ok. 1907 r.

Autoportret („Idę ku słońcu”), drewno dębowe polichromowane, 1917 r.
Ligier Piotr/Muzeum Narodowe w Warszawie/Centrum Rzeźby Polskiej, Orońsko/Materiały promocyjne

Autoportret („Idę ku słońcu”), drewno dębowe polichromowane, 1917 r.

„Macierzyństwo”, drewno pozłacane, przed 1908 r.
Ligier Piotr/Muzeum Narodowe w Warszawie/Centrum Rzeźby Polskiej, Orońsko/Materiały promocyjne

„Macierzyństwo”, drewno pozłacane, przed 1908 r.

Swoimi losami mógłby obdarzyć ze dwa życiorysy. Nie tylko dlatego, że żył długo, ale przede wszystkim dlatego, że prowadził żywot niejako podwójny. Pierwszy – spełniony, z sukcesami, sławą i chwałą, oraz drugi – pełen rozczarowań, problemów, gorzkich doświadczeń. A oba splatały się ze sobą od lat najmłodszych po wiek sędziwy.

Urodził się w Krakowie w roku 1875. Uczył się kiepsko i dość szybko zaczął terminować jako pomocnik w pracowniach rzeźbiarskich. Trafił nieźle, bo nastolatkiem ledwie będąc pracował przy rzeźbach do panoramy Jana Styki „Golgota”. Tak mu się to spodobało, że mając lat 20 wystawił swoje własne prace w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych, zaś rok później zdecydował się na studia.

Kolejne lata to niemal kosmiczne przyspieszenie kariery rzeźbiarskiej Dunikowskiego: wyróżnienia, nagrody, złote medale. Ledwie sześć lat po rozpoczęciu studiów doczekał się własnej indywidualnej ekspozycji w Krakowie i zaproszenia na Jesienną Wystawę Secesji do Wiednia. Gdy miał 29 lat, został profesorem warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych, a gdy osiągnął 34 – krytyk Jan Kleczyński uznał go za jednego z najwybitniejszych, obok Rodina i Vigelanda, rzeźbiarzy współczesnych. Wydłużała się lista wystaw, a dalsza droga kariery wydawała się prosta i szeroka jak australijska autostrada. Ale oto przypomniała o sobie ciemna strona mocy...

Typowy szlachciura

Jeszcze jako student Dunikowski trafił na pewien czas do austriackiego aresztu za nielegalny pojedynek. Już wówczas można było podejrzewać, że jego losy nie będą raczej stawiane za wzór chłopcom z tzw. dobrych domów. Niski, sepleniący, niepozorny (kompleksy?), nadrabiał kłótliwością, złośliwością, nadto pamiętliwy, ot taki typowy polski szlachciura. „Niełatwo było z nim rozmawiać – uparty był, sarkastyczny (...). Zrażał się łatwo. Nie był wobec kolegów, a nawet przyjaciół sprawiedliwy” – wspominał po latach, generalnie bardzo mu przychylny, peerelowski minister kultury Włodzimierz Sokorski.

5 stycznia 1905 r. Dunikowski wraz z Janem Krywultem, w którego galerii miał następnego dnia otworzyć swą dużą wystawę, jadł obiad w jednej z warszawskich restauracji. W pewnym momencie do ich stolika podszedł malarz Wacław Pawliszak. Podobno podniósł rękę, by uderzyć Dunikowskiego w twarz, a ten, niewiele się zastanawiając, wyciągnął pistolet i po prostu zastrzelił adwersarza. Jesienią odbył się proces, w wyniku którego artysta został uniewinniony (uzasadnienie: obrona konieczna). Ale całe wydarzenie mocno podzieliło opinię publiczną i przysporzyło mu wielu wrogów wśród zwykłych ludzi, ale też w środowisku twórców. Warszawską profesurę mógł spisać na straty, ale w Krakowie przyjęto go z otwartymi ramionami.

Co ciekawe, skłonność artysty do konfliktów i „produkowania” sobie osobistych wrogów (miał ich jeszcze w życiu wielu) nałożyła się na prowokacyjny charakter jego dzieł. Wprawdzie otwarci na nowe prądy krytycy szybko poznali się na talencie, ale zdecydowana większość prasy i publiczności używała sobie na tych rzeźbach, jak mogła. Nie spodobały się prace powstałe w pierwszych latach XX w., takie jak „Fatum”, „Tchnienie” czy „Macierzyństwo”. Z wielkim dystansem przyjęto też kolejny, pokazany po raz pierwszy w 1907 r., cykl „Kobiet brzemiennych”, a lista inwektyw była naprawdę spora. „Gipsowe straszydła”, „pretensjonalne, dziwaczne, pokręcone”, „chorobliwa maniera”, „uosobienie zamętu” – to tylko niektóre z prasowych ocen. Praktycznie tylko wykonywane przez niego popiersia, biusty i główki, z artystycznego punktu widzenia najbardziej banalne, zyskiwały powszechne uznanie. I weź tu człowieku rewolucjonizuj sztukę!

By się wydobyć z polskiego piekiełka, uspokoić atmosferę wokół siebie i posmakować wielkiego świata, Dunikowski wyjechał na sześć lat (1914–21) do Francji. Gdy opuszczał kraj, miał już 39 lat i trudno było liczyć, że nagle zawojuje paryskie środowisko artystyczne. Nie zawojował. Ale radził sobie nieźle, miał sporo zamówień na popiersia, które pozwalały mu godnie żyć, w odróżnieniu od całej masy równie uzdolnionych, ale mniej pokornych artystycznie przedstawicieli miejscowej bohemy. Ba, pozostawił nawet w Paryżu jedną pamiątkę w przestrzeni publicznej: przygotowaną na zamówienie władz miasta pracę „Fontanna: Kobiety Kartagińskie”.

W górę i w dół

Do kraju powrócił skuszony proponowaną mu katedrą rzeźby na Akademii w Krakowie. I znów, aż do wojny, zaczęła się życiowa jazda niczym na rollercoasterze. Z jednej strony w górę: nagroda goniła nagrodę, dowody uznania sypały się jak z rogu obfitości, z Krzyżem Oficerskim (1928 r.) i Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski (1936 r.). Z drugiej, w dół: bolesne porażki w konkursach na pomniki Adama Mickiewicza, Thomasa Woodrowa Wilsona, Kazimierza Pułaskiego czy Józefa Piłsudskiego. I „Pomnik Wdzięczności Ameryce”, który wprawdzie postawiono w Warszawie w 1921 r., ale po kilku latach cichcem rozebrano. Artystę poproszono o wykonanie główek, które uzupełniłyby puste kasetony Sali Poselskiej na Wawelu. Napracował się, wykonał 70 rzeźb, by w końcu dowiedzieć się, że plany zmieniono, kasetony pozostaną puste i główki są już niepotrzebne.

Podobne rozczarowanie towarzyszyło zamówieniu, jakie otrzymał na wykonanie portalu katedry w Katowicach. Tu także, po dwóch latach prac, pomysłu zaniechano. Jedyny pomnik, który udało mu się w dwudziestoleciu międzywojennym zrealizować, to statua Józefa Dietla w Krakowie. A i tak twórca był niepocieszony; uważał, że na rzeźbę wybrano fatalne miejsce.

Czas wojny okazał się dramatyczny i całkowicie spisany na straty. Niemłody już, 65-letni Dunikowski z drugim transportem trafił w 1940 r. do Oświęcimia (miał numer 772) i spędził w nim pięć lat. Ale i w tej tragedii miał szczęście – przeżył. Kolejne dwa lata zajęło mu poobozowe leczenie. Dla nowej, socjalistycznej władzy musiał być smakowitym kąskiem. Znany, lubiany, zasłużony, niezwykle ceniony, nadto mający w sobie młodzieńczą jeszcze słabość do socjalizmu (jedną z pierwszych jego rzeźb było popiersie Ignacego Daszyńskiego). Nie odmawiał komunistom honorów, w 1949 r. przyjął Order Budowniczego Polski Ludowej. Być może kierował się zasadą, że cel uświęca środki, a celem było nadrobienie wojennej przerwy i dalsze tworzenie bez przeszkód. Bo czego, jak czego, ale witalności trudno było mu odmówić.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną