Rozmowa z Tomaszem Gudzowatym

Wolę dyscyplinę od swobody
Fotograf opowiada o tym, jak przygotowuje się do pracy, jakich zdjęć nie chce robić i za ile sprzedaje kolekcjonerskie odbitki
Tomasz Gudzowaty (ur. 1971 r.) ukończył prawo na UW. Zaczynał od fotografii przyrodniczej, później był reportaż społeczny, od wielu lat zajmuje się tematyką sportową
Maja Kaszkur/Yours Gallery

Tomasz Gudzowaty (ur. 1971 r.) ukończył prawo na UW. Zaczynał od fotografii przyrodniczej, później był reportaż społeczny, od wielu lat zajmuje się tematyką sportową

- Od kilku lat fotografuję głównie sport w ramach mojego projektu Sport Features - mówi. Zdjęcie z fotoreportażu Mexicos Car Frenzy.
Tomasz Gudzowaty/Yours Gallery/materiały prasowe

- Od kilku lat fotografuję głównie sport w ramach mojego projektu Sport Features - mówi. Zdjęcie z fotoreportażu Mexicos Car Frenzy.

Mexicos Car Frenzy - 2. miejsce w kategorii sport na Word Press Foto 2011. Wyścig na dnie słonego jeziora.
Tomasz Gudzowaty/Yours Gallery/materiały prasowe

Mexicos Car Frenzy - 2. miejsce w kategorii sport na Word Press Foto 2011. Wyścig na dnie słonego jeziora.

Z cyklu Chińscy gimnastycy.
Tomasz Gudzowaty/Yours Gallery/materiały prasowe

Z cyklu Chińscy gimnastycy.

Portret chłopca-dżokeja z reportażu z Mongolii Naadam Portraits. W 2009 r. fotograf otrzymał aż trzy nagrody The Best of Photojournalism.
Tomasz Gudzowaty/Yours Gallery/materiały prasowe

Portret chłopca-dżokeja z reportażu z Mongolii Naadam Portraits. W 2009 r. fotograf otrzymał aż trzy nagrody The Best of Photojournalism.

Reportaże jak eseje - Freerunning. O brytyjskiej grupie Urban Freeflow.
Tomasz Gudzowaty/Yours Gallery/materiały prasowe

Reportaże jak eseje - Freerunning. O brytyjskiej grupie Urban Freeflow.

Portret z eseju Urban Golf in India - 3. miejsce w kategorii Sport Picture Story w amerykańskim Picture of the Year International 2010.
Tomasz Gudzowaty/materiały prasowe

Portret z eseju Urban Golf in India - 3. miejsce w kategorii Sport Picture Story w amerykańskim Picture of the Year International 2010.

Reportaż Sumo People. Na arenie - Kokugikan zapaśnik skutecznie wykonał technikę oshitaoshi.
Tomasz Gudzowaty/materiały prasowe

Reportaż Sumo People. Na arenie - Kokugikan zapaśnik skutecznie wykonał technikę oshitaoshi.

Piotr Sarzyński: – Osiem nagród na najbardziej prestiżowym światowym konkursie fotografii World Press Photo. Rozumiem początki – był pan młody i nieznany, trzeba się było przebić. Ale teraz po co panu, uznanemu już fotografowi, to ściganie się z innymi?
Tomasz Gudzowaty: – Kiedyś nagrody dla mnie były potwierdzeniem wartości tego, co robię. Dziś są jak pieczątki w paszporcie podróżnika: ślady odbytej drogi. Nie mam potrzeby konfrontacji na polu fotografii i mógłbym bez nich żyć. Ale mam wrażenie, że od paru lat nagrody pełnią zupełnie nową funkcję. W świecie kurczącego się rynku prasy zaczynają być jedynym powodem publikacji zdjęć – jakkolwiek by było – prasowych.

Sukcesy to chyba tym cenniejsze, że osiągnięte dzięki fotografii na pozór mało efektownej, niekiedy wręcz kontemplacyjnej, odległej od bieżących spraw. A przede wszystkim czarno-białej, robionej na tradycyjnej błonie fotograficznej. Jak się pan uchował?
W drugiej połowie lat 90. cyfra była zaledwie techniczną nowinką i jeszcze długo potem jakość zdjęć cyfrowych nie mogła zadowolić nawet większości amatorów. Zmieniło się to dopiero w ostatnich latach, a fotografia analogowa staje się rzeczą kosztowną, a przez to i trudno sprzedawalną. Ale wciąż odkrywam tkwiące w niej możliwości. Od trzech lat fotografuję głównie wielkoformatowym Linhofem. Narzuca on zupełnie inny styl pracy; nie można strzelać, każde zdjęcie jest celebrowane. Cyfra kusi swobodą i brakiem konsekwencji, ale to właśnie ograniczenia i dyscyplina są istotą sztuki. A kolor? Zaczynałem od fotografii kolorowej i przez jakiś czas traktowałem ją równorzędnie. Obecnie nie fotografuję niczego, co uzasadniałoby powrót do koloru.

No to niech pan opowie coś o tych początkach.
Fotografowałem od dzieciństwa, co było może rzeczą zwyczajną w moim pokoleniu, ale już mniej zwyczajne było wczesne zetknięcie się z ciemnią, chemią fotograficzną, całym tym rytuałem, który wówczas odróżniał zawodowców i zaawansowanych amatorów od fotografów niedzielnych. Moim pierwszym nauczycielem był wuj, nauczyciel w rodzinnej miejscowości mojej mamy, ktoś w rodzaju kronikarza i historyka swojej małej ojczyzny. Pierwsza refleksja nad fotografią, pierwsze próby zrobienia czegoś w sposób profesjonalny miały związek nie z zabawą, wakacjami i rodzinnymi spotkaniami, ale z fotografią dokumentalną. Nigdy nie kusiła mnie fotografia kreacyjna. Dla mnie temat nie jest tylko pretekstem, ale najważniejszym powodem powstania zdjęcia. Może dlatego później, kiedy świadomie szukałem wzorców i inspiracji, ciągnęło mnie do fotoreportażu, dokumentu.

To obszar zainteresowań, ale jeszcze nie estetyka.
Mówi się, że zdjęcia robi człowiek, a nie aparat; że fotografia rodzi się z głowy, z pomysłu. Faktycznie fotografia rodzi się z patrzenia, a aparat jest czymś więcej niż narzędziem. To autonomiczny system obdarzony okiem i pamięcią. Właściwie drugie ja fotografa. Przede wszystkim jednak nie fotografuje się obrazów z głowy, a z rzeczywistości. Na tym polega magia tej sztuki. A z patrzenia wynika coś tylko wtedy, kiedy patrzy się świadomie.

Ta świadomość wyraża się w kompozycji kadru, operowaniu światłem, umiejętności uchwycenia momentu, kiedy relacje między uczestnikami sceny nagle nabierają znaczenia. Trzeba nauczyć się języka, a nawet stworzyć własny język, dzięki któremu możemy kontrolować obrazy podsuwane nam przez zewnętrzny świat i tworzyć z nich własne opowieści. Ten język można nazwać stylem lub estetyką, ale w rozumieniu programu, który kieruje nas ku nowym obszarom.

Zastanawiam się, ile w tych pracach jest obiektywnego świata, a ile pana subiektywnego spojrzenia?
Moje zdjęcia ukazują różne światy i różne tematy, powstawały na przestrzeni wielu lat. Jeśli jest w nich wspólny mianownik, jakaś właściwość, która nadaje im spójność, to cóż to może być innego niż ja? Tym bardziej że podchodzę do zdjęć w sposób osobisty, angażując całą swoją osobowość na każdym etapie pracy: od wyboru i przygotowania tematu aż do edycji.

Są zdjęcia, których by pan nigdy nie zrobił lub nigdy nie opublikował? Uwzględnia pan jakieś standardy etyczne?
Fotografia jest szczególnym rodzajem sztuki, ponieważ nie kontaktuje widza z umysłem artysty, tylko z samą rzeczywistością. Nie można na zdjęciu pokazać alegorii śmierci, starości, nędzy, wojny. Pokazuje się zawsze człowieka – umierającego, niedołężnego, cierpiącego – obnażając jego kondycję, wystawiając go na pokaz. Nieuchronnie pojawia się pytanie: czy warto? Pytanie, które doprowadziło do depresji i samobójstwa Kevina Cartera, autora słynnego zdjęcia umierającego z głodu dziecka, za którym czai się sęp. W jednym z wywiadów przyznał, że czekał 20 minut, żeby ptak rozpostarł skrzydła. Nie doczekał się, ale wytrzymał 20 minut straszliwego cierpienia – nie swojego.

To skrajny przykład, ale właściwie każde mocne zdjęcie wywołuje refleksję nad wzajemnym wykluczaniem się kryteriów estetycznych i etycznych. Ja nie jestem fotografem wojennym, ale stykałem się ze światem strasznej nędzy w Bangladeszu czy w Indiach. Tak, zdarzało mi się rezygnować ze zdjęcia, bo czułem, że sprawiłoby ono dodatkowy ból. Mam taki test: zawsze pytam siebie, czy spełniłbym prośbę fotografowanego o odbitkę. Jeśli nie mógłbym tego zrobić, to nawet najlepsze zdjęcie nie jest warte swojej moralnej ceny.

Porozmawiajmy, jak ta teoria przekłada się na praktykę. Najpierw trzeba znaleźć temat?
Od kilku lat fotografuję głównie sport w ramach mojego wieloletniego projektu Sport Features. Nie było dla mnie od razu oczywiste, w którą stronę to pójdzie, ale dzisiaj mam dość klarowną wizję, co należy jeszcze zrobić. Obecnie mam zaplanowane do przodu około 20 tematów. Niektóre są tylko hasłami, inne zostały dość gruntownie opracowane. Mam nadzieję ukończyć projekt sportowy w ciągu kilku lat. Poszukiwanie tematów ma więc charakter w miarę systematyczny, choć jestem otwarty na niespodzianki.

Jest więc kolejny temat z listy i co dalej?
To zależy od tematu. Wiele miesięcy trwa poszukiwanie informacji, także oglądanie zdjęć. W dosłownym sensie sfotografowano już wszystko, powiedzmy – prawie wszystko. Potem jest poszukiwanie lokalnego przewodnika. Nie polegam na zawodowcach organizujących dowolne fotograficzne wyprawy bez względu na temat, byle klient był gotów zapłacić. Potrzebny jest ktoś, kto naprawdę rozumie lokalną rzeczywistość, ale nade wszystko zależy mu na rezultatach pracy fotografa. Przewodniczka z Tokio już po naszym powrocie z Japonii za własne pieniądze wydrukowała przysłane jej zdjęcia zapaśników sumo i wręczyła im w prezencie. To nie była część kontraktu, ale gest uczyniony z wewnętrznej potrzeby.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną