Niezapomniany Szpilman

Pianista Warszawy
Najlepszym prezentem dla Szpilmana – gdyby mógł dziś świętować swoje okrągłe urodziny – byłby fakt, że nie zapomniało o nim ani jego radio, ani ulubione miasto, ani cały świat.
Władysław Szpilman w warszawskim studiu Polskiego Radia (1946 r.).
Stanislaw Dąbrowiecki/PAP

Władysław Szpilman w warszawskim studiu Polskiego Radia (1946 r.).

Władysław Szpilman z rodzicami w 1935 r.
Laski Collection/EAST NEWS

Władysław Szpilman z rodzicami w 1935 r.

Władysław Szpilman w 1997 r., trzy lata przed  śmiercią.
Jacek Dominski/REPORTER/EAST NEWS

Władysław Szpilman w 1997 r., trzy lata przed śmiercią.

Sto lat temu, dokładnie 5 grudnia 1911 r., urodził się Władysław Szpilman. Kiedy ktoś nazywa się Szpilman – czyli Grajek – i przychodzi na świat w rodzinie muzyków, na dodatek w Sosnowcu, mieście Jana Kiepury, wiadomo, kim będzie – pianistą, kompozytorem, aranżerem.

Wykładowcy warszawskiego konserwatorium wcześnie poznali się na młodym talencie. Nie tylko zresztą oni: 20-latek zdobył stypendium Akademii Sztuki w Berlinie.

Doskonalił kunszt wirtuoza fortepianu pod okiem profesorów Schnabla i Kreutzera, uczył się kompozycji na zajęciach profesora Schrekera. Epizod berliński odegrał ważną rolę w jego biografii. Ostatnie lata Republiki Weimarskiej to triumfy jazzu, rewie Friedricha Holländra (autora szlagierów Marleny Dietrich), songi Kurta Weilla, teatr Reinhardta, eksperymenty Brechta. No i kabarety polityczne, znienawidzone przez hitlerowców.

Szpilman zapamiętał wizyty w kabarecie Katakumby. Jego szef Werner Finck tak tłumaczył tę nazwę: „W katakumbach chronili się pierwsi chrześcijanie. A dziś ostatni...”. Na jednej z premier pojawili się faszystowscy bojówkarze. „Parszywy Żyd” – ich herszt wskazał na Fincka. „Pan się myli – sprostował konferansjer, zresztą stuprocentowy Aryjczyk. – Ja tylko tak inteligentnie wyglądam...”.

Berlin utwierdził gościa z Polski w przekonaniu, że tłem muzyki rozrywkowej winno być miasto. Jego rytm, kroki przechodniów, klaksony samochodów i autobusów. A tematami piosenek nie jedynie zwiędłe kwiaty na grobach miłości, lecz sport, nowe domy, zmiany w miejskim krajobrazie. Po latach przydała się ta lekcja kompozytorowi „Czerwonego autobusu” i optymistycznego ponaglenia „Pójdę na Stare Miasto – nie byłem tam od wczoraj”.

Gra z losem

W 1933 r. Szpilman wrócił do Warszawy. Znowu dopisało mu szczęście: został etatowym pianistą Polskiego Radia. Koncertował z takimi sławami, jak Bronisław Gimpel, Henryk Szeryng, Roman Totenberg. Zadebiutował jako kompozytor przebojowych piosenek: „Nie ma szczęścia bez miłości”, „Kiedy kochasz się w dziewczynie”, „Straciłem twe serce”. Zainteresował się nim film. Chwalono jego muzykę do rzewnego melodramatu „Wrzos” i do „Doktora Murka” według scenariusza Dołęgi-Mostowicza. Podpisane umowy, szkice kompozycji, terminy tras koncertowych – wszystko to unieważnił wrzesień 1939 r.

Brzmi nieprawdopodobnie, lecz jest faktem: ostatnią audycją Polskiego Radia był recital Władysława Szpilmana grającego Chopina. A potem losy muzyka pisała już historia językiem zarządzeń okupanta.

Rodzina Szpilmanów znalazła się w getcie. Władysław musiał zarobkować, by utrzymać rodziców, dwie siostry i brata. Grał więc w kawiarni Nowoczesna, miejscu spotkań i transakcji handlarzy walutą i szmuglerów. Często kazano mu zamilknąć, by nie zagłuszał dźwięku złotych monet uderzających o marmur stolika. Tam po raz pierwszy zwątpił w to, że Żydzi są narodem muzykalnym. Lepiej poczuł się w cafe barze Capri, gdzie przychodziła inteligencja. Współwłaścicielka lokalu Bela Gelbardt, znana postać z kręgów bohemy, organizowała konkursy. W klasie fortepianu zwyciężył sześcioletni uczeń Szpilmana. Niezależnie od kawiarnianego grania Szpilman był solistą Orkiestry Symfonicznej pod batutą Simona Pullmanna. Dawało to satysfakcję, lecz nic więcej. Życie w getcie stawało się coraz droższe, za to śmierć coraz tańsza.

Pozór stabilizacji przyniosła muzykowi współpraca z kabaretem Sztuka (Leszno 2). Był to kabaret autorski nastawiony na komentowanie rzeczywistości, przeglądy wydarzeń. Występowali w nim satyrycy i humoryści: Władysław Szlengel, Pola Braun, Leonid Fokszański, Józef Lipski, Mecenas Wacuś (Teitelbaum), sporadycznie Andrzej Włast. W Sztuce śpiewały Marysia Ajzentsztadt „Słowik getta” i Wiera Gran. Przy fortepianach Władysław Szpilman i Adolf Goldfeder gwarantowali poziom muzyczny programów. Właśnie w Sztuce sensacją stał się 15-minutowy numer „Jej pierwszy bal”, skomponowany przez Szpilmana na motywie zaczerpniętym z Różyckiego. Rumba, samba, tyrolskie jodłowanie, zmienność rytmów i krajobrazów – kompozytor zawarł w tym utworze tęsknotę za światem uwięzionych za murem mieszkańców Dzielnicy. W finale wyśpiewanym przez Wierę Gran przywołany został zakazany przez nazistów Chopin:

Klawisze mają chłodną biel.

Klawisze mają dobry chłód.

Nie płoszy niecierpliwy trel

Rzewnej skargi nut.

Występy w modnym kabarecie gwarantowały uliczną popularność, zaproszenia na prywatki w domach gettowych notabli. Ale Szpilman nie udzielał się towarzysko, zachował dystans. Wracał do siebie, by przed zaśnięciem komponować w myślach sonaty, preludia, piosenki. Muzyka ocaliła go raz jeszcze. Na Umschlagplatzu, gdy ruszyła akcja wywózek, żydowski policjant poznał go i – mimo protestów, błagań, spazmatycznego szlochu – wyszarpnął z szeregu, oddzielił od rodziny, zmusił do ucieczki.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną