Kultura

Odbiorcy PG-13

Familizacja - kultura dla całej rodziny

Ostróda Reggae Festival - plac zabaw. Ostróda Reggae Festival - plac zabaw. Jacek Piech / Materiały promocyjne
Coraz bardziej rozwija się twórczość przeznaczona i dla dzieci, i dla dorosłych.
„Shrek” - niemal wzorcowe wcielenie rozrywki wielopokoleniowej.materiały prasowe „Shrek” - niemal wzorcowe wcielenie rozrywki wielopokoleniowej.
Teatr im. Kochanowskiego w Opolu: Judyta Paradzińska jako Lisa w scenicznej wersji „Dzieci z Bullerbyn”.materiały prasowe Teatr im. Kochanowskiego w Opolu: Judyta Paradzińska jako Lisa w scenicznej wersji „Dzieci z Bullerbyn”.

Artykuł w wersji audio

Tegoroczny laureat Paszportu POLITYKI w dziedzinie teatru, 29-letni reżyser Krzysztof Garbaczewski jednym tchem wymienia planowane realizacje: „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, „Ucztę” Platona, „Fausta” Goethego i… „Calineczkę” Andersena. Ma być: „Nowoczesna, supertrendy, dla dzieci hipsterów”.

Jeszcze niedawno żadnemu twórcy ambitnego, i do tego modnego, teatru, pokroju Garbaczewskiego, podobne deklaracje nie przeszłyby przez gardło, a pewnie i nie pojawiły się w głowie. Przez całe dekady w teatrze i generalnie – w kulturze, istniał ścisły podział na twórczość dla dorosłych i twórczość dla dzieci. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Szykownie jest pojawić się z potomstwem w kinie, w teatrze, wspólnie zwiedzić wystawę czy pójść na koncert. A fraza: „Przychodzi hipster z dzieckiem do baru”, przestała być początkiem dowcipów z tej najchętniej po emo obśmiewanej subkultury. Skoro są klubokawiarnie dla rodziców z dziećmi, wkrótce pewnie będą i bary. Kultura i rozrywka – od tej najambitniejszej po masową – familizują się czy, bardziej swojsko, urodzinniają. To kultura, która ma własne kody, schematy, swoją klasykę, dzieła kultowe, hity i kity.

Shrek i koledzy

Impuls przyszedł z kina. Wielki sukces – jednocześnie artystyczny, masowy i kasowy – pierwszej części „Shreka” w 2001 r. zachęcił inne studia filmowe do stworzenia działów do spraw nowoczesnych produkcji familijnych. Przepis na sukces zastosowany przez firmę DreamWorks w opowieści o perypetiach mizantropicznego ogra, gadatliwego osła i księżniczki znającej kung-fu, został, z lepszym bądź gorszym skutkiem, powielony w setkach dzieł ze wszystkich dziedzin kultury.

W skrócie patent na nowoczesne dzieło familijne wygląda następująco. Po pierwsze – scenariusz musi opowiadać o dylematach, z którymi może identyfikować się również widz dorosły (miłość, przemiana bohatera, życiowe wyzwanie). Dla równowagi, aby film trafił do widza młodszego, warto w rolach głównych obsadzić odpowiednio „uczłowieczone” zwierzęta, bo są pocieszne i sympatyczne, a komputery łatwiej radzą sobie z ich animowaniem (no i łatwo z nich wyprodukować liczne pluszaki, które następnie sprzedawane są na zasadzie licencji w każdym sklepie z zabawkami). Po drugie – warto wykorzystać tematy gorące i szeroko dyskutowane: ponabijać się z głupawych mediów, wyśmiać celebrytów, polityków, moherowe berety, becikowe, kredyty we frankach szwajcarskich, a nawet puścić oko w sprawach seksu czy małżeństw tej samej płci.

Akcja też powinna być osadzona w popularnym akurat kontekście, na przykład „Ratatuj” z 2007 r. opowiadał o przygodach szczura, który chciał zostać kucharzem i genialnie wstrzelił się w modę na domowe gotowanie z przyjaciółmi (tzw. homing). Po trzecie – dubbingujący bohaterów aktorzy muszą być odpowiednio dobrani. Dlatego neurotyczna mrówka z problemami egzystencjalnymi z „Mrówki Z” mówi głosem Woody’ego Allena, a osioł w polskiej wersji „Shreka” to Jerzy Stuhr, rzucający pamiętne cytaty z „Seksmisji”. Tak narodziła się dwupoziomowa kultura familijna: dzieci i dorośli oglądają razem, choć każda grupa widzi coś nieco innego.

Dziś każdy konglomerat medialny ma dział odpowiedzialny za familijne filmy animowane, a budżet większości produkcji zamyka się w kwotach 50–100 mln dol. Największe, takie jak Blue Sky Studios, własność 20th Century Fox (m.in. „Epoka lodowcowa”), zatrudniający 1200 osób DreamWorks (serie „Shrek”, „Madagaskar”, „Kung Fu Panda”) czy Sony Pictures Animation („Klopsiki i inne zjawiska pogodowe”) wypluwają nowe produkcje w regularnych, półrocznych odstępach. Swych sił w konkurencji próbują wciąż nowi – w zeszłym roku na ekranach kin wyświetlano komputerową animację „Biała i Strzała”, którą stworzyli Rosjanie.

W polskim kinie, wciąż zbyt ubogim na realizację kosztownych animowanych superprodukcji, rolę hitów familijnych spełniają komedie romantyczne. Największym przebojem ostatnich miesięcy są „Listy do M.”, świąteczne kino wyprodukowane i wypromowane przez koncern ITI, w gwiazdorskiej obsadzie. Sympatyczni bohaterowie, przewidywalne historie oraz mieszanka śmiechu i łez ściągnęły do kin 2,5 mln widzów.

Telerodzinka

Rodzina stała się także głównym, bo ukochanym przez reklamodawców, targetem telewizyjnym. Amerykańska stacja Cartoon Network (własność konglomeratu medialnego Time Warner) już na początku lat 90. ubiegłego wieku odkryła potęgę kreskówek dla całej rodziny. Klasykami gatunku stały się takie serie jak „2 Stupid Dogs” – w warstwie podstawowej przygody dwóch sympatycznych psiaków, ale niewiarygodną liczbę cytatów, pastiszów i trawestacji (np. „Gwiezdnych wojen”) mógł docenić jedynie ktoś, kto od lat namiętnie konsumuje amerykańską popkulturę.

Dziś rekordy popularności wśród dzieci i rodziców bije nadawany w Disney Chanel serial „Fineasz i Ferb”. Mamy tu wątek dwóch chłopców wynalazców (target: dzieci 3–8 lat), pilnującej ich nastoletniej siostry (target: dziewczynki 9–13 lat) oraz ich rodziców i dziobaka, który jest... tajnym agentem. Serial ten potrafi wywołać w biurowcach żywiołowe dyskusje przy automatach do kawy (to zasługa utkanego z odniesień do popkultury scenariusza), dorośli namawiają swe pociechy do kupienia zabawek z logo „Fineasza”, a grupa fanów serialu na Facebooku liczy 100 tys. osób w każdym wieku.

Podczas gdy na świecie wystarczą rodzice i dzieci, u nas ideałem są produkcje zdolne skupić przed telewizorami mityczną trzypokoleniową rodzinę, z dziadkami włącznie. Królami ramówek są więc rodzinne seriale. Ostatnio te dziejące się we wsiomiasteczkach na wschodzie kraju („Ranczo”, „Dom nad rozlewiskiem” itd.) stopniowo wypierane są przez rodzinność w wersji miejskiej. Ostatnim hitem TVP2 jest serial „rodzinka.pl” (dwie serie, średnio 3 mln widzów na odcinek) – perypetie małżeństwa (Małgorzata Kożuchowska i Tomasz Karolak) z trzema synami (oraz dziadkami), zaś w ramówce TVN bryluje „Przepis na życie” – trzypokoleniowa bajka z gotowaniem w tle.

Od marca pauzującą chwilowo „rodzinkę.pl” zastąpi jej klon – serial „Ja to mam szczęście”. W rolach rodziców trójki dzieci (obojga płci, od nastolatków po kilkulatki) tym razem Kinga Preis i Jacek Braciak. Ich rodzina będzie nie tylko trzypokoleniowa, ale też rekombinowana, z byłymi małżonkami i zwielokrotnioną liczbą dziadków.

Metallica na wykładzinie

W dziedzinie muzyki poważnej familijność istniała od zawsze – na koncerty organizowane przez filharmonie dzieci przychodziły z rodzicami i dziadkami, i zwykle żadna ze stron się nie nudziła. Ostatnio pojawiły się jednak formy nowe, oparte na nowinkach z Zachodu. Smykofonia to, jak piszą organizatorzy (fundacja Muzyka jest dla wszystkich), „sezon koncertowy dla melomaluszków w wieku 0–6 i ich rodziców, dziadków, wujków i cioć pod hasłem: Na muzykę nigdy nie jest za wcześnie”. Koncerty te wzorowane są na cyklu Chamber Tots (Kameralne maluchy), organizowanym przez Wigmore Hall w Londynie. Dzieci z opiekunami siedzą na podłodze wyłożonej dywanem lub wykładziną, na której można swobodnie baraszkować, a opiekunowie są wręcz proszeni o słuchanie w aktywnym kontakcie z dzieckiem – fizycznym i emocjonalnym.

Rekordy popularności biją także wprowadzone trzy lata temu w Filharmonii Łódzkiej zajęcia pod hasłem Baby Boom-Bum, również przeznaczone dla dzieci najmniejszych. Festiwale muzyki nowej też coraz częściej wprowadzają warsztaty dla dzieci, na które przychodzi się z rodzicami mogącymi włączyć się do zabawy. Festiwal Muzyki Improwizowanej Ad Libitum dodał warsztaty improwizacji prowadzone przez zagranicznych gości; przy Warszawskiej Jesieni powstała Mała Warszawska Jesień, która ma działać już przy każdym kolejnym festiwalu; festiwal Łańcuch, poświęcony Witoldowi Lutosławskiemu, ma swoje warsztaty pod hasłem Łańcuszek – podczas ostatniej edycji poświęcone mazurkom.

Podobny ruch można zaobserwować w szeroko pojętej muzyce rockowej. Odkąd przestała być zjawiskiem, z którym wstyd się utożsamiać po przekroczeniu jakiejkolwiek granicy wiekowej, każdy wykonawca tworzący dłużej niż 20 lat ma dwupokoleniową publiczność, a gigantów w rodzaju grupy Rolling Stones oglądają już regularnie trzy pokolenia. Nawet na scenie metalowej widać pod tym względem zmiany. James Hetfield z Metalliki przyznał się niedawno do tego, że odkąd sam jest ojcem, zmienił podejście do koncertów: „Stały się bardziej familijne, jeśli chodzi o język”. Trudno się dziwić – w końcu nawet radykalne niegdyś metalowe zespoły stały się częścią olbrzymich komercyjnych przedsięwzięć, takich jak gigantyczny objazdowy festiwal Sonisphere. A tego typu markom nie zależy na utracie starzejących się widzów.

Pierwszą warszawską edycję powyższej imprezy – właśnie z grupą Metallica w roli głównej gwiazdy – odwiedziły dwa lata temu tłumy rodziców (głównie ojców) z dorastającymi dziećmi. Bez większego trudu można im kupić T-shirt z logo ulubionego zespołu, ba, są i śpioszki dla fanów na etapie niemowlęctwa. A przede wszystkim wprowadzanie do grona miłośników metalu staje się swoistym rytuałem – trochę jak wtedy, gdy ojcowie prowadzą swoje dzieci na pierwszy pokaz „Gwiezdnych wojen”.

Dla organizatorów koncertów i festiwali familizacja imprez jest zarówno wyzwaniem, np. logistycznym, jak i szansą na poszerzenie audytorium i większy zysk w czasach kryzysu. – Obserwujemy, że z roku na rok coraz więcej ludzi przywozi na festiwal dzieci – mówi Krzysztof Dobies, rzecznik fundacji WOŚP, organizatora Przystanku Woodstock. – Naszą odpowiedzią na to jest choćby Toi Camp, wydzielona część pola namiotowego o podwyższonym standardzie, którą uruchomiliśmy przed dwoma laty.

Organizatorzy największego polskiego festiwalu reggae Ostróda Reggae Festival oferują animatorów, specjalny plac zabaw, przyciągają dzieci gigantycznymi bańkami mydlanymi i dmuchawami z pianą. – Zorganizowanie dzieciakom fachowej opieki i dodatkowych atrakcji to nie jest duży wydatek. A teraz całe rodziny przyjeżdżają do nas nawet z zagranicy – wyjaśnia Mirosław „Maken” Dzięciołowski, rzecznik prasowy Ostróda Reggae. Z kolei katowickiemu festiwalowi muzyki elektronicznej Tauron Nowa Muzyka towarzyszy cykl warsztatów teatralnych, muzycznych, plastycznych i konstruktorskich adresowanych do dzieci uczestników imprezy.

Anarchistka Pippi

Do niedawna spektakle dla dzieci grane były prawie wyłącznie w teatrach dla dzieci, teatry dla dorosłych grywały bajki niejako pokątnie, wstydliwie, dla zarobku. W efekcie przez lata teatr dla dzieci traktowany był przez poważnych twórców z lekceważeniem, zresztą poziom artystyczny spektakli często pozostawiał wiele do życzenia. Dziś, na fali zmian społecznych i rynkowych, wyrósł nowy twór – teatr familijny, łączący poziom artystyczny teatru dla dorosłych z tematyką i stylistyką zrozumiałą zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Wystawne, wysmakowane artystycznie przedstawienia dla całych rodzin realizują cenieni „dorośli” reżyserzy, a grają w nich wybitni aktorzy.

Wzorcem z Sèvres familijnego teatru są przedstawienia Piotra Cieplaka – prekursora gatunku: „Kubuś P.” według książek A.A. Milne’a (warszawski Teatr Studio) i „Opowiadania dla dzieci” według Isaaca Bashevisa Singera (Teatr Narodowy) oraz „Pippi Pończoszanka” według powieści Astrid Lindgren w reż. Agnieszki Glińskiej (Teatr Dramatyczny w Warszawie). Łączy je to, że ważne tematy (m.in. przyjaźń, rodzina, dylemat: osobista wolność a życie w społeczeństwie czy próba rekonstrukcji kultury żydowskiej, będącej częścią kultury polskiej) przedstawiają za pomocą atrakcyjnej zarówno dla małych, jak i dużych widzów formy. Dla pierwszych są gagi, rysowani grubą kreską bohaterowie (także zwierzęcy), muzyka na żywo i taniec, dla drugich – lektury ich dzieciństwa w nowoczesnych interpretacjach, nostalgia, surrealizm, odwołania kulturowe (np. do Monty Pythona czy Woody’ego Allena).

Do Cieplaka i Glińskiej dołączyło niedawno młodsze pokolenie reżyserów, 30-latki: Michał Walczak („Ostatni tatuś” własnego autorstwa, Teatr Lalka w Warszawie), Łukasz Gajdzis (m.in. „Pchła szachrajka” Brzechwy, Teatr Polski w Bydgoszczy), Iga Gańczarczyk („Opowieści zimowe” Andersena, Teatr Polski w Bydgoszczy), Anna Smolar („Bullerbyn. O tym, jak dzieci domowym sposobem zrobiły sobie las i co z niego wyrosło” według „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren, Teatr im. Kochanowskiego w Opolu). Część z nich została rodzicami i rozsmakowała się w nowej roli, część odkryła dziecko w sobie. Przy okazji wychowują nowe pokolenia teatromanów i zapełniają, co szczególnie ważne, gdy sceny mają obcięte dotacje, teatralne kasy.

Sensacją zeszłorocznych Warszawskich Spotkań Teatralnych – przeglądu najważniejszych rodzimych produkcji sezonu – okazała się pierwsza edycja Małych WST (mWST), prezentująca przedstawienia rodzinne. Na widowni zasiedli m.in. twórcy dorosłego teatru z pociechami. Efektem jest fala nowych realizacji i program tegorocznych mWST (Warszawa, 24 marca – 3 kwietnia) – złożony wyłącznie ze spektakli familijnych, zrealizowanych w teatrach dla dorosłych.

Teraz na familijność otwiera się nowoczesny taniec. Poznańska fundacja Stary Browar Nowy Taniec zaprasza w lutym dzieci i rodziców. Zaczynają pokazem holenderskiego spektaklu „Wonderland”, który widownia współtworzy z artystami. Towarzyszyć mu będą warsztaty ruchowe dla dzieci i rodziców.

A wszystko to – rozwój dwupoziomowej kultury familijnej – jest możliwe dlatego, że dorosłość to coś zupełnie innego niż kilka dekad temu. Dzisiejsi rodzice wychowali się na popkulturze, telewizji, przyzwyczajeni są do komiksów i kreskówek. I nie zamierzają nagle z całego dziedzictwa rezygnować. Rynek wyczuł, że będą dalej oglądać bajki ze swoimi dziećmi, tyle że zrobią to chętniej, jeśli znajdą w nich także coś tylko dla siebie.

Dla samego rynku familizacja oferty to także idealna strategia na trudne momenty – połączona widownia małych i dużych zapewni przeżycie zarówno w czasie kryzysu ekonomicznego, jak i niżu demograficznego. Ponoć w Hollywood o nic tak nie walczą jak o kategorię wiekową PG-13, która oznacza, że na seans wejdzie widz w każdym wieku. W ślady Fabryki Snów idą dziś kolejne branże.

Polityka 07.2012 (2846) z dnia 15.02.2012; Kultura; s. 84
Oryginalny tytuł tekstu: "Odbiorcy PG-13"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jak rozpoznać depresję u dzieci?

Niedawno pisaliśmy o niewydolnym systemie pomocy dla najmłodszych, którzy coraz częściej zmagają się z problemami psychicznymi. Jak działać, gdy system nie działa? – pytamy Lucynę Kicińską z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, koordynatorkę telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży 116 111.

Joanna Cieśla
09.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną