Muzycy nieistniejący

Lady Blaga
Głośno o tym, jak Lana Del Rey fałszywym wizerunkiem próbowała nabrać cały świat. Umykają nam inne, jeszcze ciekawsze mistyfikacje. I fakt, że bez dobrej blagi muzyka traci smak.
Wystylizowana Lana Del Rey (prywatnie Elizabeth Grant).
Photo Video Game/materiały prasowe

Wystylizowana Lana Del Rey (prywatnie Elizabeth Grant).

Okładka płyty nieistniejącego Marvina Pontiaca.
materiały prasowe

Okładka płyty nieistniejącego Marvina Pontiaca.

John Lurie, prawdziwy autor płyty Pontiaca.
EAST NEWS

John Lurie, prawdziwy autor płyty Pontiaca.

Ursula Bogner, a może tylko anonimowa Niemka z epoki.
materiały prasowe

Ursula Bogner, a może tylko anonimowa Niemka z epoki.

Miała być tajemniczą nieznajomą, mieszkającą w przyczepie kempingowej i próbującą zdobyć sławę poprzez serwis YouTube. Okazała się córką nowojorskiego milionera po prywatnej szkole i z długą jak na swoje 25 lat historią przebijania się w show-biznesie. A do tego – z kontraktem z fonograficznym gigantem w kieszeni. Za sprawą kilku sprawnych posunięć marketingowych – kompletnej zmiany stylu, sposobu śpiewania, nawet wyglądu – w ciągu dwóch lat stała się zupełnie kimś innym, o wiele zresztą atrakcyjniejszym dla publiczności. Tyle że tysiące słuchaczy z całego świata, które dały się nabrać na małe oszustwo Lany Del Rey, dziś odrzucają ją jako postać nieautentyczną.

Najtrudniejsze do zaakceptowania jest to dla amerykańskich mediów i co ambitniejszych stacji radiowych, które zobaczyły w Lanie Del Rey – prywatnie Elizabeth Grant – przyszłość muzyki pop. Internetowy klip piosenki „Video Games” z połowy zeszłego roku wzięły za dobrą monetę. Polubiły nieźle zrealizowaną muzyczną stylizację na Nancy Sinatrę i Dusty Springfield. Uwierzyły w to, że teledysk złożony z różnych archiwalnych materiałów pokazujących ulicznych skejterów, nostalgiczne zdjęcia z Hollywood czy beztroskie kadry z wakacji to amatorskie dzieło sztuki w konwencji retro, zmontowane przez samą artystkę na jej MacBooku. I że genialnie współgra z charakterem muzyki i samej Del Rey, a poza tym przenosi w sferę popu pomysły ze sceny alternatywnej, idealizującej ostatnio przeszłość, przypominającej rozmyte filmy z dzieciństwa, wspomnienia poprzednich dekad.

Jeśli jednak Lana Del Rey miała być zgrabną mistyfikacją, z góry skazana była na niepowodzenie. Wprawdzie swoje poprzednie nagrania (podpisywane własnym nazwiskiem) wokalistka zdjęła z rynku – wykupując wszelkie prawa wydawnicze, jak twierdzi jej były producent – to nie mogła oczekiwać, że za chwilę ktoś ich nie odnajdzie i nie nagłośni w Internecie. To z kolei rozpoczęło kampanię krytyki i docinków w sieci. Ale nie zatrzymało sprzedaży świeżo wydanej dużej płyty Del Rey – przeciwnie, w ciągu kilku tygodni rozeszła się w prawie milionie egzemplarzy, zdobywając pierwsze miejsca na listach bestsellerów niemal wszystkich liczących się rynków (w Polsce – czwarte). Tylko gratulować – jeśli nie talentu muzycznego, to przynajmniej wyobraźni.

Zagubiona farmaceutka

W tym samym czasie w światku muzycznej awangardy komentowano nagrania Ursuli Bogner. Jest wprawdzie mniej znana od Lany Del Rey, ale za to od kilku lat nikt nie potrafi ostatecznie dowieść, czy istniała naprawdę.

Urodziła się w 1946 r. w Dortmundzie, na studia przeniosła się do Berlina, a potem przez całe życie pracowała jako farmaceutka. Założyła rodzinę, prowadziła dom, ale znalazła czas na to, by po godzinach zbudować sobie małe przydomowe studio i tworzyć w ramach hobby eksperymentalną muzykę elektroniczną. Dodatkowo, inspirowana paranaukowymi pomysłami psychoanalityka Wilhelma Reicha, zbudowała na podwórku za domem akumulator orgonowy, urządzenie do przechwytywania cząstek życiodajnej energii kosmicznej.

Orgony nie pomogły, Bogner zmarła w latach 90. i nikt by nigdy nie usłyszał jej muzyki, gdyby nie to, że jej syn Sebastian spotkał kilka lat temu – zupełnie przypadkiem, w samolocie lecącym do Wilna – niemieckiego producenta i wydawcę Jana Jelinka. Od słowa do słowa panowie dogadali się w sprawie katalogu nagrań domowej kompozytorki i wkrótce Jelinek wydał pierwszą jej płytę w swojej wytwórni Faitiche. Recenzje były świetne, o zagubionej pionierce muzyki elektronicznej zrobiło się głośno i nawet inni artyści – choćby Aphex Twin w niedawnym wywiadzie dla POLITYKI – bardzo ten album chwalili.

Lecz gdy tylko pojawiły się nagrania, przyszły oskarżenia o mistyfikację. Mówi się o tym, że to sam Jelinek kryje się pod maską Bogner, już od lat bowiem interesują go dawne techniki nagraniowe, generatory dźwięku, proste studyjne efekty, brzmienie starych taśm. Jeśli podejrzenia są słuszne, to przyznać trzeba, że cała ta kreacja jest niemal doskonała. Utwory brzmią archaicznie, poza tym wpisują się w modę na odkurzanie muzyki ze starych studiów eksperymentalnych (której dowodem jest choćby ukazująca się u nas seria „Polish Experimental Music Studio”), dzięki czemu świat odkrywa co rusz zapomniane nazwiska pionierów z minionych dekad. Herbert Eimert, założyciel słynnego studia w Kolonii, nie może zaprzeczyć informacjom, że Bogner się u niego uczyła, bo nie żyje od lat. A syn artystki nie udziela się w mediach.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną