Kultura

Pamiętajmy o Osieckiej

Osiecka we wspomnieniach Niesiołowskiego

Jej piosenek uczyliśmy się na pamięć, śpiewaliśmy je na obozach studenckich, także obozach duszpasterstwa akademickiego - pisze o Osieckiej Stefan Niesiołowski. Jej piosenek uczyliśmy się na pamięć, śpiewaliśmy je na obozach studenckich, także obozach duszpasterstwa akademickiego - pisze o Osieckiej Stefan Niesiołowski. Włodzimierz Wasyluk / Reporter
Dla mojego pokolenia, w znacznym stopniu wychowanego na jej piosenkach, była jedną z tych osób, dzięki którym w czasach PRL istniały, tak przecież zawsze potrzebne, enklawy radości i piękna.
Agnieszka Osiecka. W swoich tekstach stale wracała do motywu miłości jako lekarstwa na wszystko.Jacek Barcz/EAST NEWS Agnieszka Osiecka. W swoich tekstach stale wracała do motywu miłości jako lekarstwa na wszystko.

Jeremi Przybora pisał niedługo po śmierci Osieckiej: „To ona, Agnieszka, jest jedną z tych, którzy uczynili ten nasz »barak« aż tak »wesołym«. To ta piewczyni (nie, nie apologetka!) PRL-u sprawiła, że z jego zgrzebno-siermiężnej i chłopsko-robotniczo-pracującej inteligenckiej szarzyzny wykwitł wspaniały, barwny kwiat poezji jej piosenek”. Nie była politykiem w najmniejszym stopniu, ale dzięki inteligencji i darowi obserwacji oraz trafnej syntezy umiała w kilku zdaniach odnieść się do peerelowskiej rzeczywistości.

Była zawsze po stronie wolności i tym samym w opozycji wobec dyktatury, chociaż nie była to opozycja stricte polityczna. Sołżenicyn napisał kiedyś, szukając dróg wyjścia z panującej w Rosji dyktatury, że każda prawda, piękno, miłość, dobro, każdy gest solidarności są obszarami wolności wydartymi dyktaturze i przybliżają jej upadek.

Chociaż bardzo wówczas młoda, świetnie zrozumiała znaczenie październikowego przełomu:

Bukiety wtenczas, jak wiadomo,
z czerwonych plotło się goździków.
Ojczyźnie naszej krytej słomą,
nigdy nie dosyć Październików...
Myśmy to mieli,
nam to dali,
to do nas się uśmiechnął Bóg.
Ja, kiedy przyszłam, jeszcze grali,
ja kiedy przyszłam, śpiewał róg.
Wyjrzały święte słowa z szuflad,
w sercach zakwitły amaranty,
tonęły prędko na dnie kufla
słowa wytartej propagandy.
Chłopa zbudzili, by brał ziemię,
kołchozowego zmietli stracha,
i nowe nam wschodziło plemię –
od Toeplitza do Himilsbacha...
Ja – wychowana bez historii,
pomiędzy Marksem a matczyskiem,
ja nie wiedziałam, co tak boli,
gdy agitator idzie rżyskiem.
I nagle – patrzcie – parlamenty,
o demokracji dyskusyje,
kto ich nauczył, Panie Święty...
Jak to w człowieku długo żyje...

Ten wiersz znakomicie pasuje również do 1989 r. Jak to się stało, że po 45 latach braku pełnej wolności, mimo przerwanej w zasadzie ciągłości pokoleń pamiętających demokrację, tak bardzo udało się nam tę demokrację odbudować. A przecież wystarczy pojechać na wschód, aby przekonać się, że mogło być zupełnie inaczej. Oczywiście, październik nie oznaczał niepodległości i wolności, ale był zasadniczą fundamentalną zmianą na lepsze w porównaniu ze stalinowskim terrorem. Twierdzenie, że nic w Polsce od 1944 do 1989 r. się nie zmieniło, jest brutalnym fałszowaniem historii. I trzeba było czekać na przesłuchanie na „dwunastce” na Mokotowie, odwiedzać więzienia, areszty śledcze i komisariaty, aby zrozumieć różnice pomiędzy tymi przybytkami po 1956 r. a stalinowskimi katowniami.

Nie była antykomunistką, nie miała obowiązku nią być, znakomicie wykorzystała swój wielki talent poetycki i swoją inteligencję dla dobrej sprawy, a przy okazji dobrze zdała egzamin z patriotyzmu, przewożąc książki i teksty paryskiej „Kultury”, nie bojąc się kontaktów z Jerzym Giedroyciem i demokratyczną opozycją, podpisując apele do władz, między innymi w obronie więźniów Ruchu. Przez kilka lat nie otrzymywała paszportu.

To było pod koniec 1971 albo na początku 1972 r., podpisy zbierali – o ile dobrze pamiętam – Wiktor Woroszylski i Adam Michnik, a Agnieszka Osiecka zapisała w swoim dzienniku: „W pierwszej chwili trochę się bałam, ale pomyślałam, że siedem lat, które chcą im zabrać z życia, to strasznie dużo. Siedem lat! Jeśli coś da się zrobić, to cudownie, ale wątpię. A co my ryzykujemy? Paszport, piosenki, to dziś furda. Boję się tylko nowych przesłuchań”.

Wszyscy się wtedy baliśmy przesłuchań. Te siedem lat otrzymali Andrzej Czuma i piszący niniejsze. W jednym z wierszy Osiecka napisała bardzo szczerze i odważnie:

jest kilka miejsc,
których chciałabym uniknąć:
rzeźnia miejska,
wielka szpitalna sala,
nieczynny automat na dalekiej wsi,
cela więzienna
z małym okienkiem,
wysoko.

Bała się także zakazu druku, co zrozumiałe, i myślę, że dobrze się stało, iż los oszczędził jej więziennego okienka (z pewnością nie byłoby wielu pięknych piosenek), chociaż już nie szpitalnej sali i związanego z tym cierpienia.

Motywy społeczne w wierszach i piosenkach Osieckiej były rzadkie i na ogół włączone w szerszy kontekst, ale jak już były, to prawie zawsze zapadały w pamięć:

Módlmy się
za kierowców autobusów podmiejskich,
aby nie byli senni i przemęczeni,
módlmy się
za chorych w szpitalach,
aby przenieśli ich z korytarza,
módlmy się
za zmarznięte nauczycielki w bardzo dużych
kaloszach.

Jednak okazało się, że mimo wszystko wystarczyło w Polsce ludzi, którzy najpierw oglądali świat przez więzienne okienka, a w sprzyjających okolicznościach doprowadzili nasz kraj do wolności i odbudowali demokrację. Stał się cud 4 czerwca 1989 r., podobny do cudu 11 listopada 1918 r. Piosenki Agnieszki Osieckiej były trochę jak kwiat na śniegu w „Zaczętym zeszycie”, enklawą wolności – jak „Tygodnik Powszechny”, w pewnych okresach także POLITYKA, Kabaret Starszych Panów czy, w innym wymiarze, kazania prymasa Wyszyńskiego. Dzięki tym enklawom łatwiej było czekać i w końcu doczekać.

Jej piosenek uczyliśmy się na pamięć, śpiewaliśmy je na obozach studenckich, także obozach duszpasterstwa akademickiego, na autostopie, w górach i nad morzem, w akademikach, na prywatkach – najczęściej – siedzieliśmy jak w kinie, wszędzie. To były przede wszystkim piosenki o miłości z motywem zauroczenia, fascynacji i przemijania. Czasami dowcipne, ale częściej wzruszające i w tym wzruszeniu delikatnie smutne, a przez to dodatkowo piękne.

Ach, kim jest ta pani,
co zwie się miłością,
któż umie tak zranić,
przerazić podłością.
Ach, któż to, ach kto
podaje ci kwiat,
by wyrwać go z rąk,
by odejść hen w świat.

Ale z drugiej strony stale wracała do motywu miłości jako lekarstwa na wszystko. Jak się ma 20 lat, stypendium naukowe i przed sobą wakacje na Mazurach albo w Bieszczadach, to trudno się z tym nie zgodzić:

A my dajmy, dajmy, dajmy
zaskoczyć się miłości,
nie zawracajmy
z połowy drogi w dół,
tylko dajmy, dajmy, dajmy
zaskoczyć się radości
i nie wpuszczajmy
rozpaczy na nasz stół.

Albo:

Nie wierzę w to,
że wszystko było już,
pozwólcie mi
na jeszcze parę róż:
Jeszcze tylko raz pokochać,
ach, jeszcze jeden raz.

I jednocześnie z bardzo często towarzyszącym miłości motywem rozczarowania i przemijania:

A mnie oszukuj mile
uśmiechem, słowem, gestem,
dopóki jestem, dopóki jestem...

Jak wiadomo, jej życie nie ułożyło się jak w znanej bajce: pokochali się, pobrali i żyli długo i szczęśliwie. Ale taka bajka rzadko zdarza się w życiu.

W piosenkach często pojawiały się motywy przypadkowych spotkań i małych stacyjek. Takie były ówczesne realia, kiedy prawie nikt nie miał samochodu i podróżowało się koleją.

Są małe stacje wielkich kolei,
nieznane jak obce imiona,
małe stacje obcych kolei –
jakiś napis i rampa zielona.
Na takiej stacji, dawno już temu,
z daleka jadąc daleko,
widziałem dziewczynę w niebieskim szaliku,
jak piła na stacji mleko.

A także motyw wakacyjnych miłości i listów:
Zresztą słów nie będzie wiele,
wakacyjny, zwykły list,
że jest las, a w lesie zieleń,
w liściach jasny kosa gwizd.

I z mazurskimi jeziorami w tle, których piękna nikt chyba tak jak Osiecka nie potrafił dostrzec i opisać:

Jeszcze cię nie porównałam,
jak porównać trzeba,
jeszcze ci nie przychyliłam
ziemi ani nieba.
Jeszcze z tobą nie obiegłam
wszystkich mórz i jezior,
jeszcze ci nie uwierzyłam,
tak jak ludzie wierzą...

To wszystko tworzyło świat, w którym można było chować się przed szarą rzeczywistością, i na tym polegała absolutnie niepowtarzalna uroda piosenek Agnieszki Osieckiej. Także w więzieniu czekałem, kiedy przez betoniarę (głośnik) radiowęzła puszczą jakąś piosenkę Osieckiej. Bardzo lubiłem wtedy, patrząc, jak za oknem zmieniają się pory roku, powtarzać sobie: „W żółtych promieniach liści brzoza dopala się ślicznie. Styczeń mi stuka za styczniem, grudzień ucieka za grudniem”. Nawet co bardziej wrażliwi kryminaliści przystawali pod betoniarą i mówili: To jest ładne. Myślę, że to były najlepsze recenzje piosenek Osieckiej.

W obozach internowani dyskutowali, czy skorzystać z oferty władz i wyjechać, czy zostać? Ja mówiłem wtedy – fico (zostaję, było to hasło Portugalczyków w Angoli). Jacek Bierezin także chciał zostać, przynajmniej dopóki nie zachorowała Anka Kowalska, i powtarzał: „wśród ptaków wielkie poruszenie, ci odlatują, ci zostają”.

Chyba nie mogłaby żyć i tworzyć poza Polską. Nieprzypadkowo napisała:

Nie, nie żałuję,
przeciwnie, bardzo ci dziękuję
za to, że jesteś moim krajem,
że jesteś piekłem mym i rajem...
nie żałuję, nie żałuję, nie żałuję...

Odchodziła stopniowo, coraz bardziej chora, nigdy niedbająca o sprawy materialne, pomagająca innym, chyba w jakimś sensie samotna, odważnie potrafiła patrzeć śmierci w oczy i zastanawiać się, jak jest Tam, po drugiej stronie. Skąd nikt nie wraca.

Skoro stamtąd nikt nie wraca
to kto wie –
może w końcu nie jest tam najgorzej...
Może jednak pachnie tam jodła,
może skóra z tęsknoty nie boli,
są żywe ryby i anioły,
i szklanki ze szkła
i ty mnie kochasz.

Coraz bardziej chora starała się nie przysparzać trosk i zmartwień tym, którzy byli przy niej, i ciągle wracała do pytania: jak Tam jest?

A Ty, który wszystko znasz,
terminy święta i zagłady,
powiedz nam – jak jest tam,
po tamtej stronie lady?
Czy się tam sieje zboże,
czy się po prostu trwa,
może tam mają (morze)
i czy jest taki ktoś jak ja...

I jeszcze zdążyła napisać litanię do skowronka, chyba ostatni wiersz i chyba jeden z najpiękniejszych:

We mnie tłucze się wiatr i śpiewa róg.
Posłuchajcie,
litanię do skowronka już pisze Bóg.
posłuchajcie, już przystanął
z ciekawością czas.
Żegnam was...

Myślę, że teraz, kiedy stanęła przed Tym, który jest Miłością i czasami tylko miewa bardzo marnych i całkowicie samozwańczych ambasadorów na tym świecie, odnalazła miłość, spokój i szczęście, których tak uparcie i często bezradnie szukała „po tej stronie lady”.

Polityka 10.2012 (2849) z dnia 07.03.2012; Kultura; s. 80
Oryginalny tytuł tekstu: "Pamiętajmy o Osieckiej"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Skąd się biorą pioruny? Odpowiedź może zaskoczyć

Piorun pojawia się nagle, znika błyskawicznie i nie pozwala się łatwo zbadać. Skąd to budzące zachwyt i grozę zjawisko bierze energię oraz jak ją uwalnia? Odpowiedź może zaskoczyć.

Andrzej Hołdys
07.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną