Kino obnaża fałsz polityków

Mike Morris jedzie do Waszyngtonu
„Idy marcowe” George’a Clooneya to kolejny demaskatorski film o amerykańskiej polityce. Jak wygląda w zestawieniu z poprzednikami?
George Clooney w filmie „Idy marcowe”.
Kino Świat/materiały prasowe

George Clooney w filmie „Idy marcowe”.

„Kandydat” - film Michaela Ritchiego, 1972 r.
Courtesy Everett Collection/EAST NEWS

„Kandydat” - film Michaela Ritchiego, 1972 r.

Ambitny megaloman Charles Foster Kane w filmie „Obywatel Kane”, 1941 r., Orsona Wellesa.
Courtesy Everett Collection/EAST NEWS

Ambitny megaloman Charles Foster Kane w filmie „Obywatel Kane”, 1941 r., Orsona Wellesa.

Grany przez Henryego Fondę Abraham Lincoln w filmie „Młody pan Lincoln” Johna Forda.
Courtesy Everett Collection/EAST NEWS

Grany przez Henryego Fondę Abraham Lincoln w filmie „Młody pan Lincoln” Johna Forda.

Stosunek Amerykanów do polityki jest nie tylko nierealistyczny, ale także pełen paradoksów i wewnętrznych sprzeczności. Dobrze to widać na przykładzie prezydentury. W powszechnym przekonaniu prezydent jest postacią niemal wszechmocną, władną rozwiązać każdy problem. Tymczasem główną siłą, jaką naprawdę dysponuje, jest możliwość przekonywania innych – zwłaszcza Kongresu – do tego, żeby zrobili to, na czym mu zależy. „Jedyna potęga, którą dysponuję, to możliwość użycia broni nuklearnej – i tego jedynego właśnie nie mogę zrobić”, zauważył kiedyś przytomnie prezydent Lyndon Johnson. Oczekiwania wobec prezydenta wciąż jednak rosną, a jego możliwości pozostają te same, jeśli nie są wręcz mniejsze, zwłaszcza w sytuacji permanentnej kontroli ze strony 24-godzinnych mediów.

„Waszyngton to bagno” – podobne stwierdzenia muszą pojawić się właściwie w każdym okołopolitycznym filmie. Odzwierciedlają one powszechne przekonanie, że polityka sama w sobie jest brudna, nieuczciwa, a porządni ludzie powinni trzymać się od niej z daleka. „Nie ma żadnej rdzennie amerykańskiej klasy przestępczej z wyjątkiem Kongresu” – mówił już Mark Twain i w tej kwestii niewiele się od jego czasów zmieniło.

Ale z wiary Amerykanów w Amerykę wypływa wiara w możliwość odkupienia, naprawy, nowego początku; przekonanie, że uczciwa, moralna jednostka, kierująca się patriotyzmem i troską o zwykłych ludzi, może dokonać prawdziwych zmian. Jest to fundament amerykańskich narracji, który doskonale sprawdza się nie tylko w westernach, ale też w filmach o polityce.

Hollywoodzki idealizm

Ów idealistyczny wzorzec Hollywood ukształtował w latach 20. i 30. XX w. Prawdziwy książę na białym koniu, który przywraca ład w skorumpowanym Waszyngtonie, pojawił się w 1939 r., kiedy na ekrany weszły dwa filmy: „Pan Smith jedzie do Waszyngtonu” Franka Capry oraz „Młody pan Lincoln” Johna Forda.

Grany przez Henry’ego Fondę Abraham Lincoln jest kimś w rodzaju świętego świeckiej religii demokracji. Nie widzimy go jeszcze jako prezydenta ani nawet kongresmena, ale – niczym w średniowiecznej hagiografii – rozumiemy, że już za młodu odznaczał się wyjątkowymi przymiotami ducha. Taki właśnie wizerunek Lincolna był obecny na dużym ekranie we wczesnej, najbardziej idealistycznej fazie istnienia amerykańskiego kina, począwszy od „Narodzin Narodu” (1915 r., David W. Griffith), przez „The Dramatic Life of Abraham Lincoln” (1924 r., Phil Rosen), „Abraham Lincoln” (1930 r., Griffith), wspomniany film Forda oraz o rok młodszy „Abe Lincoln in Illinois” (1940 r., John Cromwell).

Zwykły prawnik ze Środkowego Zachodu, kandydat nowej, nieestablishmentowej partii (bo takim ugrupowaniem byli wówczas republikanie), który nie bojąc się podejmować kontrowersyjnych i balansujących na granicy legalności kroków, obronił jedność kraju, by ostatecznie zginąć śmiercią męczeńską. To właśnie Lincoln najdokładniej ucieleśniał amerykański mit i to on wciąż jest dla Amerykanów wzorcem idealnego prezydenta. Zasiadając w Białym Domu kandydat staje się symbolicznym następcą Ojców Założycieli, Lincolna i Jerzego Waszyngtona. Tym samym przestaje być w oczach opinii publicznej politykiem, stając się Prezydentem (zawsze wielką literą).

Tak jak Lincoln (raczej wyobrażony przez Hollywood niż ten historyczny) jest wzorcem prezydenta, tak zagrany przez Jimmy’ego Stewarta tytułowy bohater filmu Capry stał się ideałem nie tyle polityka (to słowo od początku budzi niemal wyłącznie negatywne konotacje), ile raczej zwykłego człowieka, który z pobudek patriotycznych niechętnie angażuje się w politykę. Dochowuje jednak wierności swoim ideałom i pozostaje sobą. Jefferson Smith ucieleśnia cnoty, na których zbudowana została Ameryka. Widać to już w jego nazwisku: jest zwykłym człowiekiem, everymanem, ale ma w sobie mądrość Tomasza Jeffersona. Senatorem zostaje z przypadku, ale nie ucieka przed odpowiedzialnością. Kierowany patriotyzmem i harcerskim (dosłownie) poczuciem moralności skutecznie przeciwstawia się politycznym bossom, dbającym wyłącznie o swoje prywatne interesy załatwiane ponad głowami obywateli w wypełnionych dymem papierosów pokojach (obiegowe określenie smoke-filled rooms), symbolu starego stylu polityki.

Filmy Capry, idealistyczne, przepełnione populistyczną wiarą w zwykłych ludzi, optymistycznie pokonujących wszelkie przeszkody, świetnie oddawały nastrój epoki Franklina Delano Roosevelta i jego New Dealu, radzącego sobie z Wielkim Kryzysem i przywracającego Amerykanom wiarę w państwo i w samych siebie. Równocześnie jednak, obok podnoszącego na duchu, ale naiwnego idealizmu Capry, pojawił się drugi nurt, w którym twórcy zwracali uwagę na to, że zatroskany losem ludzi outsider może być także zagrożeniem.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną