Kultura

Centrum handlu zamiast miasta

Centra miast – reaktywacja

Co zostanie po warszawskiej strefie kibica? Co zostanie po warszawskiej strefie kibica? Jakub Wysocki / Reporter
Euro 2012 przyniosło skutek dość nieoczekiwany: nagle odżyły prawdziwe centra polskich miast. Mieszkańcy i przyjezdni kibice spotykali się tam masowo, by wspólnie oglądać mecze i świętować. Czy ten obyczaj ma szansę przetrwać?
Rynek we Wrocławiu. Galeria Dominikańska i dom handlowy Renoma czerpią z jego bliskości, ale go nie wyludniły.DARIUSZ ZAROD/EAST NEWS Rynek we Wrocławiu. Galeria Dominikańska i dom handlowy Renoma czerpią z jego bliskości, ale go nie wyludniły.
Ulica Piotrkowska w Łodzi. Próby jej rewitalizacji się nie udają, rangę centrum odebrała jej Manufaktura.Lukasz Szelag/Reporter Ulica Piotrkowska w Łodzi. Próby jej rewitalizacji się nie udają, rangę centrum odebrała jej Manufaktura.

Artykuł w wersji audio

Ów renesans widoczny był szczególnie w stolicy. Pusty na co dzień plac Defilad zamienił się w tętniącą życiem i wchłaniającą dziesiątki tysięcy ludzi strefę kibica. Nawet w małych miasteczkach, gdzie miejscowe rynki są na ogół tylko miejscem lokalnego tranzytu, wszyscy spotykali się wieczorami, by oglądać, dyskutować, balować. Teraz jednak strefy kibica zostaną rozebrane, a życie zapewne znów wróci w stare koleiny i przeniesie się do centrów handlowych. Popularna opinia głosi, że w ostatnich latach puls polskich miast przestał bić na starówkach, rynkach i w innych uświęconych tradycją miejscach, a zaczął wręcz łomotać właśnie w handlowych galeriach. Sporo w tej tezie racji, sprawa jest jednak bardziej skomplikowana.

Od niespełna 20 lat toczy się w polskich miastach efektowna bitwa o sympatię, pieniądze i czas wolny ich mieszkańców. Przez całe dziesięciolecia, ba, stulecia wiadomo było, kto tu rządzi: historycznie ukształtowane centra miast, popularne ulice handlowe, rynki, ryneczki, główne place miejskie. Pojawienie się pierwszych centrów handlowych nie zapowiadało tak krwawej konfrontacji. Wyrastały na ogół na obrzeżach miast, w skromnych architektonicznie kształtach, bardziej przypominających nadmuchane i lekko tylko przyozdobione hurtownie niż miejsca konsumpcyjnego zbytku. Wydawały się wygodną alternatywą dla tych wszystkich, którzy z braku czasu stosują metodę zakupów typu: szybko, rzadko, a porządnie.

Z czasem jednak okazało się, że konflikt narasta. Centra handlowe przekształciły się w handlowe galerie (zawsze to brzmi lepiej) i zaczęły niebezpiecznie nawigować ku historycznym śródmieściom. A przy okazji potężniały, efekciarsko piękniały i kusiły coraz to nowymi atutami. Już nie tylko zakupami i usługami, nie tylko knajpkami i kawiarniami, nie tylko kręgielniami i kinami, ale klubami, muzeami, galeriami sztuki, a nawet kaplicami. Słowem, wszystkim tym, co ludziom potrzebne do przyjemnego lub pożytecznego spędzenia czasu. – Jeżeli z badań wyjdzie, że w galerii jest potrzebna np. pralnia, to właściciel galerii jest w stanie dać za darmo lokal pralni, bo przyciągnie dodatkowych klientów – zauważa Marcin Wojciechowski ze Stowarzyszenia M20, zajmującego się miejską przestrzenią.

Mnogość i zróżnicowanie oferty (niezwykle starannie, wręcz naukowo komponowanej) to jedno, a standard obsługi – to drugie. Centra handlowe od samego początku miały kilka niezaprzeczalnych walorów: uniezależnienie od pogody, otwarcie w weekendy, zazwyczaj bezpłatne i łatwo dostępne miejsca parkingowe, zawsze grzeczną obsługę. A do tego bezpieczeństwo i przewidywalność, przeróżne udogodnienia dla matek z dziećmi, samych dzieci, inwalidów. Przyjemna muzyka, nieoczekiwane promocje, konkursy, pokazy itp.

Terytorium pod kontrolą

Galerie zaczęły coraz lepiej naśladować wzorcowe handlowe ulice: z nazwami pasaży, ławeczkami, imitacją ulicznych lamp, fontannami, nawet zielenią. Te największe mają już po 200–300 sklepów, jest więc w czym się zatracić. Perfekcyjnie podszywają się pod przestrzeń publiczną, którą przecież nie są.

Place przed łódzką Manufakturą czy przed stołeczną Arkadią udają, że są miejskimi ryneczkami. Ale spróbujmy zrobić tam coś, czego nie przewidują wewnętrzne przepisy – ustawmy się z gitarą i kapeluszem na datki lub rozsiądźmy z wałówką na ozdobnym murku, a natychmiast zostaniemy grzecznie, acz stanowczo wyproszeni. Bo jest to terytorium pod pełną kontrolą, które wiele oferuje, ale też nie pozwala na jakiekolwiek naruszenie jego, obliczonych na maksymalny zysk, reguł.

Z tak sformatowaną przestrzenią trudno konkurować. A tradycyjne śródmiejskie przestrzenie publiczne nie tylko nie rywalizowały, ale wręcz oddawały pole walkowerem. Tu nikt przecież nie zastanawiał się, jakie sklepy i usługi powinno się otworzyć, a jakie zamknąć. Wręcz przeciwnie: panował bezwzględny kult licytacji, czyli kto da więcej. I pierwsze efekty zaczęły być widoczne mniej więcej 10 lat temu. Powoli znikały sklepy, bary, fryzjerzy i szewcy, a pojawiały się oddziały banków i telefonii komórkowej, z rzadka przeplatane delikatesami i aptekami. W 2009 r. jeden z autorów portalu skyscrapercity.com porachował, że przy liczącej 81 numerów i prowadzącej na Jasną Górę alei Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie ma swoje siedziby na parterach budynków 27 instytucji finansowych. W Poznaniu, co sam już policzyłem, na krótkim odcinku centralnej ulicy Śródmieścia Święty Marcin (między nr 46 a 78) znajduje się 18 oddziałów banków.

Oto fragment reportażu opublikowanego przed paru miesiącami w „Gazecie Krakowskiej”, a poświęconego Nowemu Sączowi: „Starówka umiera – komentuje ze smutkiem to, co się dzieje, Piotr Lachowicz, szef klubu PO w radzie miasta. Lokale na Jagiellońskiej? Nie żartujmy. Otworzą jeszcze jedną galerię handlową i będziemy tam sadzić ziemniaki – mówi Marek Pawlus, członek zarządu Kongregacji Kupieckiej w mieście”. Otóż podobne wypowiedzi zebralibyśmy bez problemu w setkach polskich miast i miasteczek.

Ochoczo, lecz nieudolnie

Na szczęście obserwujemy również heroiczne próby ratowania starych centrów miast. Cywilizacyjne ambicje wsparte szerokim strumieniem pieniędzy z Unii Europejskiej po 2004 r. sprawiły, iż burmistrzowie i prezydenci miast ochoczo zajęli się ich regeneracją. Dodać należy: tyleż ochoczo, co nieudolnie – wszędzie skorzystano z tego samego patentu. Składają się nań następujące elementy.

1 Kostką wykładamy całą powierzchnię placu. Jeżeli mamy gest – kamienną, jeżeli pustawo w kasie miasta – cementową. Czasami monotonię przełamujemy drugim kolorem lub większymi płytami.

2 Zieleń. Rachityczna, pod ścisłą kontrolą, tak by ptaki nie zrobiły sobie oazy w drzewach, a psy – toalet na trawnikach. Zazwyczaj w betonowych wielkich donicach lub za murkami, by nikt jej nie deptał. Króluje układ symetryczny – linie proste, koła, rzadziej trójkąty. Kwiatów mało, bo trzeba pielęgnować, a na to Unia już funduszy nie dała. Za to dużo iglaków, bo z nimi spokój przez cały rok.

3 Mała architektura, czyli ławeczki, kosze na śmieci, latarnie. Najchętniej w wersji romantycznej lub pseudonowoczesnej. Podobnie jak z zielenią – tu także obowiązuje żołnierska estetyka – równe rzędy i równe odległości.

4 Fontanna. Początkowo dobro luksusowe, dziś spowszedniało. No, chyba że sterowane i podświetlane komputerowo.

Stworzono eleganckie salony, w których nikt nie chce bywać, bo ile czasu można gapić się na równo ułożony chodnik lub szyldy kilku banków? Nie da się ukryć, że tej szansy miasta nie wykorzystały. Większość tradycyjnych centrów poprawiano nie tylko bez szczególnej kreatywności i oryginalności, ale często wbrew podstawowym regułom tworzenia przestrzeni publicznej. A wystarczyło, by odpowiedzialni za te rewitalizacje urzędnicy przeczytali jedną tylko książkę. To „Życie między budynkami” duńskiego urbanisty Jana Gehla, który na dwustu stronach tłumaczy prosto, jak kreować lokalną, wspólną przestrzeń, by najlepiej służyła społeczności. Otóż u nas robi się wszystko dokładnie na odwrót!

Z przykrością spaceruje się po przebudowanym dużym wysiłkiem lubelskim Krakowskim Przedmieściu. Bo poza kilkoma knajpkami są tam niemal same siedziby banków. Tylko niewiele lepiej jest na stołecznym Krakowskim Przedmieściu. Gigantyczne kwoty wpompowane w jego modernizację nie uczyniły zeń masowo odwiedzanego warszawskiego deptaku (a takie były założenia). Samochodów wprawdzie nie ma, ale klimatu – także. Nie udają się również próby rewitalizacji łódzkiej ulicy Piotrkowskiej i paru innych historycznych centrów miast. – W Polsce nie przyjęła się idea town center management, czyli zarządzania centrami miast tak jak galeriami handlowymi – zauważa Paweł Wyszomirski, prowadzący łódzki portal naszaprzestrzeń.pl. Owszem, próbowano, m.in. właśnie w Łodzi, ale nic z tego nie wyszło.

Wrzucanie wszystkich galerii handlowych do jednego kosza z napisem „miejscy szkodnicy” z pewnością byłoby daleko posuniętą niesprawiedliwością. I to z kilku powodów: jakości architektonicznej (np. Manufaktura czy Stary Browar), standardów czystości i porządku czy bezpieczeństwa. Pod pewnymi względami to dopiero te świątynie konsumpcji uzmysłowiły rodakom, jakie powinno się stworzyć warunki do handlowania. I tej zasługi nikt im nie odbierze. Co ciekawe, wbrew potocznym opiniom wcale niejednoznaczny jest ich wpływ na sytuację tradycyjnych centrów miast i historycznych handlowych ulic.

Relacje międzygatunkowe

Najlepiej odwołać się tu do terminologii z zakresu biologii (czyż w końcu miasto nie jest żywym organizmem?), określającej relacje międzygatunkowe (wszak galerie i rynki to dwa bardzo różne gatunki). A zatem mamy do czynienia z kilkoma możliwymi sytuacjami.

Przede wszystkim z pasożytnictwem. Galerie handlowe wysysają z miasta, co się tylko da: handel, usługi, rozrywkę. Konkurent dogorywa, a galeria kwitnie. Tak się dzieje w większości miast liczących od 50 do 100 tys. mieszkańców, ale zdarza się i w większych, a nawet całkiem dużych.

W Radomiu galerie kompletnie dobiły wcześniej reprezentacyjną ulicę Żeromskiego, a teraz dobijają się nawzajem. W Katowicach gigantyczne Silesia City Center stało się niekwestionowanym centrum miasta. Było o tyle łatwo, że wcześniej to centrum praktycznie nie istniało, a obecne próby jego odtworzenia mogą okazać się spóźnione. W Łodzi Manufaktura pogrążyła podupadającą już wcześniej (bank na banku plus dziadowski handel) Piotrkowską. W Zielonej Górze Focus Mall przetrzebił życie towarzyskie nieodległej Starówki. Przykłady można by mnożyć.

Sytuacja druga to symbioza. Na przykład w Rybniku władze miasta sprytnie zgodziły się na ulokowanie dwóch galerii handlowych (Rybnik i Focus) biegunowo, na dwóch obrzeżach ścisłego centrum. Obie placówki wygenerowały w ten sposób dodatkowy ruch, bo ludzie krążą między nimi, przy okazji ożywiając śródmieście miasta. Dość podobnie jest w Bielsku-Białej; galeria Sfera w sumie wzmocniła rolę centrum miasta. Jakaś forma symbiozy zawiązała się chyba także między poznańskim Starym Miastem a Starym Browarem. Nie tyle przejął on funkcję centrum od Starego Miasta, ile raczej rozszerzył jego psychologiczne granice o nowy obszar.

Następnie mamy sytuację, którą biolodzy zwą komensalizmem, czyli jedna strona zyskuje, dla drugiej zaś pozostaje to obojętne. Na przykład w Krakowie Galeria Krakowska intensywnie korzysta z bliskości Starego Miasta, ale na funkcjonowanie oraz popularność Rynku i jego okolic obecność galerii wpływ ma niewielki. Wydaje się, że z podobną sytuacją mamy do czynienia we Wrocławiu; Galeria Dominikańska i rozbudowana Renoma w niczym nie zachwiały rangi tradycyjnego centrum miasta w okolicach Rynku, choć z jego bliskości z pewnością czerpią.

Stolica, przypadek szczególny

Tu chyba najbardziej pasuje termin plezjobioza, czyli – mimo sąsiedztwa – każdy sobie rzepkę skrobie. Galerie handlowe nie szkodzą ani nie wspierają centrum Warszawy, bo... tego ostatniego faktycznie nie ma. Z kim by miały wchodzić w relacje? Ze Starym Miastem czy z Alejami Jerozolimskimi? Z Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem czy z placem Defilad, który przy okazji Euro 2012 ożył po raz pierwszy od dawna? Nawet otwarcie efektownych Złotych Tarasów w okolicy Dworca Centralnego niewiele zmieniło w codziennych czy weekendowych marszrutach warszawiaków.

Ale jest jeszcze jeden ciekawy aspekt, na który uwagę zwrócił krytyk architektury Grzegorz Piątek w eseju „Nowa mapa symboliczna Warszawy”, umieszczonym w książce „Coś, które nadchodzi”. Otóż jego zdaniem „centra handlowe przejmują rolę symboliczną i funkcję wizytówek dzielnic”. Całej potężnej stolicy wprawdzie nie zmienią, ale w jej poszczególnych częściach potrafią zamieszać i je zdominować. Autor podaje przykłady Żoliborza oscylującego ku Arkadii, Mokotowa – ku Galerii Mokotów, Pragi Południe – ku Promenadzie, Ochoty – ku Blue City czy Pragi Północ – ku DH Targówek. Przy okazji przypomina, że urbanistyczne koncepcje w zupełnie innych miejscach zakładały stworzenie dzielnicowych centrów, na przykład w tzw. serku bielańskim (Żoliborz i Bielany) czy w okolicach stacji metra Wilanowska (Mokotów). Jedynie na Ursynowie udało się stworzyć namiastkę centrum dzielnicy nie przy galerii handlowej, lecz wokół Multikina.

Co dalej? Według danych firmy doradczej Jones Lang LaSalle, obecnie są w budowie centra handlowe o łącznej powierzchni 750 tys. m kw. Co ciekawe, najwięcej ich się stawia w miastach do 100 tys. mieszkańców. A niemal każda taka inwestycja to ostateczny wyrok śmierci na ryneczki, starówki, zabytkowe uliczki. W I kwartale tego roku handlowo-usługowy walec nowoczesnej komercji wjechał m.in. do Grudziądza, Świdnicy, Stargardu Szczecińskiego i Jarosławia, a już szykuje się na Świdnik, Bełchatów, Łomżę i kilka innych miast. Może należałoby jak najszybciej historyczne śródmieścia pozamieniać w muzealne skanseny lub w permanentne strefy kibica – byłby z nich przynajmniej jakiś pożytek.

 

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Wyrażanie i regulowanie emocji

Marzena Martyniak o tym, jak człowiekowi może pomóc inteligencja emocjonalna.

Katarzyna Czarnecka
12.02.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną