Nowa Masłowska i jej sztuczne światy

Przeszczep jaźni gratis
Nowa powieść Doroty Masłowskiej „Kochanie, zabiłam nasze koty” to kapitalna komedia o sztucznych światach, do których coraz częściej się przenosimy.
Dorota Masłowska – enfant terrible polskiej literatury.
Wojciech Grzędziński/Newspix.pl

Dorota Masłowska – enfant terrible polskiej literatury.

Okładka najnowszej książki Masłowskiej, w której okrutnie portretuje artystyczny światek.
materiały prasowe

Okładka najnowszej książki Masłowskiej, w której okrutnie portretuje artystyczny światek.

Ognia, panowie” – tak Masłowska zakończyła „Pawia Królowej”, uprzedzając ataki, które rzeczywiście nastąpiły. Mało kogo z pisarzy publiczność miała ochotę utopić w łyżce wody tak jak ją. Za język wulgarny, popsuty, za świat ciemny i przede wszystkim za sukces. Od czasu ukazania się „Wojny polsko-ruskiej”, nagrodzonej Paszportem POLITYKI, minęło właśnie 10 lat. Uhonorowany nagrodą Nike „Paw” ukazał się w 2005 r. Potem były sztuki teatralne.

Masłowska ciągle próbuje iść wbrew oczekiwaniom. Każda kolejna książka była woltą, która pozwalałaby jej pójść dalej, przekroczyć siebie, swoje widzenie świata. Najpierw uciekała od kiczu. „Zawsze miałam poczucie, że babrając się w brudzie dużo łatwiej uniknąć kiczu i naiwności. W podstawówce zaczęłam być doliniarska, depresyjna. Sprzedawałam czarne ciasteczka i prowadziłam obwoźny handel piekielnymi towarami” – mówiła w jednym z wywiadów. Mroku jest u Masłowskiej zawsze dużo, ale nie jest on już tak dominujący jak w pierwszych książkach.

Chodzi też o to, żeby nie produkować kolejnej książki na modne tematy: „Sztuka staje się dwutaśmową fabryką, i sama, przebywając w świecie tej fabryki, widzę wyrachowanie, z jakim te obrazy często są konstruowane. Musi być coś o homoseksualistach, o nietolerancji, ksenofobii, wykluczeniu i wykorzenieniu, niezależnie od tego, czy osobiście cię dotyka, czy dotyka cię pośrednio, czy nie dotyka cię w ogóle” – mówiła kilka lat temu.

Kiedy w dobrym tonie było narzekać na Polskę, Masłowska pisała coś zupełnie przeciwnego. Czy czytelnicy „Wojny polsko-ruskiej” mogli się spodziewać, że napisze sztukę o polskości? Albo że będzie używać przedwojennego, wzniosłego języka? To wszystko znalazło się w sztuce „Między nami dobrze jest”. Pisała o tym, że czy chcemy, czy nie, przeszłość jest ciągle żywa, II wojna światowa zapisana jest w murach domów. Nie da się ukryć, że warszawiacy jeżdżą tam i z powrotem po trupach. W sztuce babcia opowiada ciągle o wojnie, która wnuczkę, „metalową dziewczynkę”, nic nie obchodzi. Ich świat jest jednym wielkim brakiem – nie jadą na wakacje, nie dzwonią komórkami, których nie posiadają, nie mają własnego pokoju, bo tu „każdy chce jakoś nie żyć”. Bohaterki nie chcą być Polkami, tylko „normalnymi ludźmi”, Europejkami. „We Francji jest Francja, w Ameryce Ameryka, w Niemczech są Niemcy, a tylko w Polsce jest Polska”. I są skazane na nieistnienie. A tymczasem przeszłość jest jedyną rzeczą, która nie jest oszukana i spreparowana.

W nowej książce Masłowskiej Polski już nie ma. Jest lekko, zabawnie, ale Masłowska nawet w komediowej formie prześwietla współczesność, pokazuje, co dzieje się z nami i z naszym językiem. Bada nowe sposoby ucieczki od rzeczywistości.

Najpierw jest język. Z niego wyłaniają się postaci. Dwie bohaterki, jak z powieści „Chic lit”, lekkiej kobiecej literatury. Farah i Joanne, przyjaciółki, jedna atrakcyjna i pociągająca, druga, Farah, samotna, niewydarzona i chuda. Majstersztykiem imitacji są ich rozmowy, które zahaczają się o jedno słowo i pączkują. Ale ten świat jest natychmiast poddany erozji, popsuty, bo obok trajkoczących dziewczyn, zaczytanych w piśmie „Yogalife”, mamy zupełnie inne obrazy ze snu – zabity kot, nasiąknięte krwią nogawki od pidżamy.

To jest jednocześnie język snu i sen o języku. A rozmówki przyjaciółek przypominają złe tłumaczenie z angielskiego. Jakby amerykańską powieść ktoś przepuścił przez Google translatora. „Jestem zakochana w tym pomyśle” – mówi jedna, a potem zamawia „whisky na skałach”. Rzeczywiście, język jest dziś pod wielkim naporem, przekształcają go narzędzia, jakimi się posługujemy: Facebook, Twitter, reklamy. Zanikają chociażby deklinacje. „Jako język efemeryczny, giętki, może być bardziej podatny na odkształcenia niż taki na przykład niemiecki, ścisły i uporządkowany. I może z konfrontacji z kulturą zachodnią wyjść w niespodziewanej odsłonie. Już jest tak, że dzwoni pani z Orange i mówi: Czy rozmawiam z panią Dorota Masłowska?” – mówiła Masłowska niedawno w wywiadzie dla POLITYKI.

Marzeniem dziewczyn jest należeć do trendy światka zwariowanych młodych ludzi. Siedzieć w Bad Berry (wszystko dzieje się w bliżej nieokreślonym amerykańskim mieście), gdzie mają już nawet „przedłużone espresso dla psów i stoliki, gdzie psy mogą sobie usiąść ze swoimi MacBookami. To teraz szał: niby mają tylko trzy litery na klawiaturze (H, A, U), ale mają normalnie Firefoxa i twój pies może w chwili wolnej od zabawy, nauki i zakupów oglądać filmiki na YouTube”. Psi komputer „w ogóle ma fajny design, jest na niego mniej wirusów i jej pies dużo bardziej go sobie chwali od peceta, którego miał poprzednio”.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną