Kultura

Francja kocha kino

Jak się cenią francuskie gwiazdy

Mimo wielkiej fortuny, Depardieu nie jest dziś nawet w dwudziestce najlepiej opłacanych francuskich aktorów. Mimo wielkiej fortuny, Depardieu nie jest dziś nawet w dwudziestce najlepiej opłacanych francuskich aktorów. Krasilnikov Stanislav/ITAR-TASS / Forum
Zamieszanie wokół Gérarda Depardieu zwróciło uwagę na niebotyczne zarobki francuskich aktorów, częściowo opłacanych przez państwo. Tamtejsza kinematografia stworzyła uprzywilejowaną kastę gwiazd, ale jednocześnie produkuje doskonałe filmy.
Najlepiej zarabiającym we Francji aktorem, reżyserem i producentem jest obecnie Dany Boon (m.in „Jeszcze dalej niż Północ”).Wikipedia Najlepiej zarabiającym we Francji aktorem, reżyserem i producentem jest obecnie Dany Boon (m.in „Jeszcze dalej niż Północ”).

Jeszcze zanim Depardieu wywołał skandal, przyjmując rosyjskie obywatelstwo i chwaląc tamtejszą demokrację, głośno było o jego rezydencji w paryskiej dzielnicy Saint-Germain-des-Prés, którą aktor wystawił na sprzedaż. Mur wzdłuż wąskiej ulicy Cherche-Midi zdradza niewiele. Agencja nieruchomości i kilka kolorowych pism pokazało jednak, co jest w środku: posiadłość o powierzchni 1,8 tys. m kw., składająca się z kilku domów połączonych tarasami i ogrodem we wszystkich barwach lata i jesieni. Główny XIX-w. budynek został pieczołowicie odrestaurowany, wyposażony w szklane ściany i okna w suficie. Wstawiono windę i basen w podziemiach. Pod młotek idzie razem z dziełami sztuki, m.in. rzeźbami postaci naturalnych rozmiarów.

Rozmiary majątku aktora, który ma też zamek nad Loarą, były tylko częściowym zaskoczeniem. Przez lata był jedną z najlepiej opłacanych francuskich gwiazd. Według rankingu opublikowanego przez dziennik „Le Figaro” dwa razy – w 2003 i 2005 r. – okazał się wręcz najbogatszy, zarabiając po 3 mln euro rocznie. Paryską posiadłość kupił jeszcze w 1994 r. za 25 mln franków (równowartość dzisiejszych 4 mln euro). Przez lata w nią inwestował i dziś wyceniana jest na 50 mln euro.

Jego dochody pochodzą nie tylko z aktorskich gaż. Ma kilka restauracji, sklep rybny, koncesję na sprzedaż skuterów, winnice we Francji, Włoszech, Maroku, Algierii, Argentynie, a według ukraińskiej prasy także na Ukrainie. Jego DD Productions wynajmuje pojazdy specjalne, np. charakteryzatornie, na plany filmowe. Zainwestował w wydobycie ropy na Kubie. Nie pogardził zarobkiem z rąk córki uzbeckiego dyktatora Gulnary Karimowej, z którą nagrał piosenkę i w której filmie ma niebawem wystąpić.

Fabryka filmów

Mimo tej fortuny Depardieu nie jest dziś nawet w dwudziestce najlepiej opłacanych francuskich aktorów. W 2011 r. nie znalazł się na liście „Le Figaro” – kwoty tam wymieniane są kilkakrotnie wyższe niż kilka lat temu. Najlepiej opłacany aktor, reżyser i producent Dany Boon (autor komedii „Bienvenue Chez les Ch’tis” – „Jeszcze dalej niż Północ” z 2008 r.) zgarnął 7,5 mln euro.

Fakt, że czołowi francuscy aktorzy zarabiają bardzo dobrze, lepiej niż ich koledzy z innych krajów Europy, być może nie powinien dziwić. Francja, kolebka kina, traktuje siódmą sztukę ze szczególną atencją. To tu powstaje najwięcej filmów w Europie – blisko 300 rocznie, podczas gdy w Hiszpanii niecałe 200, w Wielkiej Brytanii czy Niemczech ponad 100. Tu istnieje najwięcej kin na głowę mieszkańca i sprzedaje się najwięcej biletów – ok. 40 proc. z nich to bilety na krajowe produkcje.

Francuscy twórcy filmowi od dawna mają się za równych hollywoodzkim, jeśli nie lepszych. W ostatnich latach dostali kolejne dowody, że ich twórczość ceniona jest na świecie. W 2011 r. komedia „Nietykalni” o sparaliżowanym milionerze i opiekującym się nim młodzieńcu z biednej dzielnicy pobiła rekordy oglądalności francuskiego filmu na świecie, a we Francji była pod tym względem druga, tylko za „Jeszcze dalej niż Północ”. Podczas ubiegłorocznej gali oscarowej aż pięć statuetek zgarnął niemy francuski „Artysta” (w tym dla najlepszego filmu, najlepszego aktora – Jeana Dujardin, i reżysera – Michela Hazanaviciusa). Kolejne nagrody trafiły się filmom o silnych powiązaniach z Francją i częściowo przez nią dofinansowanych: „O północy w Paryżu” Woody’ego Allena i „Hugo” Martina Scorsese. „To więcej niż sukces, to triumf. Oznacza, że wspieramy filmy, które zdobywają uznanie na całym świecie” – cieszył się Franck Priot, szef Film France, agencji, która wspiera produkcję zagranicznych filmów nad Sekwaną. Deszcz Oscarów potraktowano jako najlepszy dowód na to, że francuskie państwo ma rację wspierając kino, zamiast zdawać się wyłącznie na gusta rynku.

W takiej sytuacji największe francuskie gwiazdy chyba powinny się wysoko cenić? Odpowiedź na to pytanie bynajmniej nie jest dziś oczywista. Po pierwsze, w kraju, który od dawna wierzy w równość i który ostatnio boryka się ze spowolnieniem gospodarczym oraz rosnącym bezrobociem, dysproporcje płac szczególnie kłują w oczy. To dlatego wybrany w maju socjalistyczny prezydent François Hollande próbuje wprowadzić 75-proc. próg podatkowy dla zarabiających ponad milion euro rocznie. Przed tym właśnie podatkiem uciekał Depardieu, najpierw kupując dom w Belgii, a gdy wokół sprawy wybuchła polityczna awantura, przyjmując rosyjskie obywatelstwo. Pomysł zakwestionowany został co prawda przez trybunał konstytucyjny i nie wiadomo, czy prezydentowi uda się go przemycić w nowej, zmodyfikowanej ustawie. Tak czy inaczej atmosfera wokół bogaczy jest zła, czemu wyraz dał Depardieu w liście otwartym do premiera: „Wyjeżdżam, bo uważacie, że sukces, bycie twórczym, talent, wszystko, co ludzi wyróżnia, trzeba karać”.

Aktorzy państwowi

Zarobki francuskich gwiazd kina bledną jednak w porównaniu z hollywoodzkimi gażami. Najlepiej zarabiający aktor i reżyser Tyler Perry zgarnął w ubiegłym roku równowartość 99 mln euro, Steven Spielberg 82 mln, a Leonardo di Caprio – 59 mln. W przypadku francuskich aktorów problematyczna jest jednak nie tylko sama wysokość zarobków, lecz jeszcze bardziej to, że część tych pieniędzy pochodzi z publicznej kasy. Nad Sekwaną państwowe dotacje dla filmów są bowiem o wiele hojniejsze niż gdziekolwiek indziej w Europie. Np. w 2009 r. Francja przeznaczyła na ten cel 581 mln euro, następne w kolejności Niemcy 303 mln, a żaden z pozostałych krajów nie przekroczył 150 mln.

Jak wydawane są te pieniądze, uświadomił Francuzom producent filmowy Vincent Maraval, którego firma Wild Bunch ma na swym koncie 1,7 tys. produkcji. 28 grudnia opublikował na łamach dziennika „Le Monde” artykuł pod tytułem „Francuskim aktorom za dużo się płaci!”. Wylicza w nim, że nawet największe hity kinowe francuskiego kina nie przynoszą dochodu. Według niego z 10 najpopularniejszych filmów ostatniego roku nad kreską będzie tylko jeden – „Le Prenom” („Imię”). Wszystko dlatego, że koszty ich produkcji są astronomiczne. „Jeśli pominąć filmy wielkich amerykańskich wytwórni, to francuskie biją rekord świata, gdy chodzi o średni koszt: 5,4 mln euro. W przypadku niezależnego amerykańskiego filmu to 3 mln” – wylicza.

Wśród tych kosztów wysoką pozycję zajmują rozdęte gaże grupy czołowych francuskich aktorów. Według Maravala, np. przychody z biletów do kin na ostatni film Dany’ego Boona „Le Plan Parfait”, który nie odniósł sukcesu, nie pozwolą nawet opłacić jego pensji: 3,5 mln euro. Dodaje, że ci sami aktorzy, którzy we Francji zgarniają miliony, w Hollywood godzą się na wielokrotnie niższe gaże. Tymczasem hollywoodzkie produkcje przynoszą często o wiele większe dochody. „Prawdziwy skandal polega na tym, że francuscy aktorzy bogacą się z publicznych pieniędzy dzięki systemowi wspierania francuskiej wyjątkowości kulturowej. Tak naprawdę główna nasza wyjątkowość polega dziś na gażach naszych gwiazd i gwiazdeczek, które zarabiają tyle, co 20 najdroższych aktorów amerykańskich i jeden czy dwóch chińskich” – pisze.

W branży zawrzało. „CNC [Narodowe Centrum Kina i Ruchomego Obrazu] to agencja oparta na kolesiostwie. Przyznaje pieniądze na filmy, które w innym przypadku w ogóle by nie powstały” – wypalił Thomas Langmann, producent „Artysty”. Do skóry gwiazdom dobrał się lewicowy dziennik „Liberation”: „W kulisach wszyscy oburzają się i opowiadają o eskalacji żądań arystokracji castingów, która dawno straciła poczucie rzeczywistości. (...) Nie wystarczy już gaża. Musi być też jak największy pojazd-apartament, z zawsze pełną lodówką (...). Musi być terenowy samochód, by gwiazda nie zużywała swojego; zwrot kosztów posiłków (do 200 euro dziennie), opiekunki do dzieci opłacone przez produkcję, by aktorka nie musiała martwić się sprawami domowymi, gdy daje z siebie wszystko przed kamerą. No i oczywiście ogromne apartamenty w hotelach, podczas gdy większość ekipy ładuje się do Ibisa na rogu”. Dziennik zwraca uwagę, że gwiazdy każą sobie płacić za wszystko, np. za obecność na przyjęciu czy pokazie mody.

Kłopoty wzięły się nie tylko z nadmiaru pieniędzy, lecz głównie z faktu, że w produkcje kinowe zaangażowały się stacje telewizyjne. Filmy we Francji wspierane są na dwa sposoby. Dotacje i tzw. awanse na poczet przyszłych zysków przyznaje CNC, które środki czerpie z 12-proc. podatku od wszystkich sprzedawanych nad Sekwaną biletów do kin i DVD.

Kilkakrotnie większe kwoty pochodzą jednak od publicznych i prywatnych stacji telewizyjnych, które mają obowiązek finansować produkcje filmowe w kwocie rzędu ok. 2 proc. swoich przychodów. Stacje chcą łożyć tylko na „pewne” filmy, czyli na takie, które po 10 miesiącach od premiery kinowej będzie można pokazać w danej telewizji i wciąż na nich zarabiać. Gwarancją, że film będzie „pewniakiem”, są oczywiście najbardziej znane nazwiska. Z tego powodu obsadza się w kółko tę samą wąską grupę najbardziej znanych aktorów. To oni zarabiają od kilkuset tysięcy do ponad 2 mln euro za rolę.

Gaże kominowe

Zdaniem Maravala prostym i słusznym rozwiązaniem byłoby ustawowe ograniczenie gaż aktorów do 400 tys. euro wszędzie tam, gdzie zaangażowane są publiczne pieniądze. Sprawa nie jest jednak taka prosta. Po pierwsze, nie tylko aktorzy zgarniają ogromne kwoty za produkcję filmów. Krocie dostają również reżyserzy. Ich pensja stanowi zwykle kilka procent budżetu, więc często starają się wydać na film jak najwięcej. Po drugie, francuski przemysł filmowy to jednak branża w zdecydowanej większości prywatna. Państwowe wsparcie pokrywa ok. 15 proc. wszystkich kosztów produkcji, a w przypadku tych najdroższych o wiele mniej, bo przyznawane dotacje są odwrotnie proporcjonalne do rozmiarów budżetu filmu.

Dany Boon zwrócił jednak uwagę, że za „Jeszcze dalej niż Północ” wpłacił do systemu 15 mln euro podatków z biletów. Jak twierdzi, żaden jego film nie był robiony za publiczne pieniądze, tu koproducentem była akurat prywatna telewizja TF1.

Jeszcze inni wskazują, że Maraval wziął pod uwagę tylko dochody kinowe, które trafiają do niego jako producenta. Filmy generują jednak zyski także w telewizjach, co sprawia, że cały system działa. „Niebranie pod uwagę ekonomicznego życia filmów w telewizji to absolutny nonsens” – twierdzi Jérôme Clément, były szef CNC.

Na koniec pozostaje argument najważniejszy: przy okazji dyskusji o gażach warto uważać, by nie wylać dziecka z kąpielą, czyli nie zlikwidować całego francuskiego systemu wspierania kinematografii. To ten system sprawia, że we Francji powstaje najwięcej w Europie filmów i że są one bardzo różnorodne. Bardziej kasowe produkcje finansują te ambitniejsze, a budżet państwa nie ma w tym żadnego udziału. „Problem wysokich pensji należy regulować za pomocą podatków. Nasz system to subtelny i sprawiedliwy mechanizm, który generuje więcej pieniędzy, niż pobiera” – przypomina minister kultury Aurelie Filippetti.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Gasiłem getto. Świadectwo człowieka, który w czasie powstania w getcie pracował jako polski strażak

Któregoś dnia widziałem tak potworne wydarzenie, że prawie zemdlałem.

Janusz Ostrowski
04.11.2009
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną