Kultura

Beatlesi z tropików

Beatlesi z Brazylii

Gilberto Gil w filmie „Viramundo” daje kameralny koncert dla mieszkańców Salvador de Bahia. Gilberto Gil w filmie „Viramundo” daje kameralny koncert dla mieszkańców Salvador de Bahia. Dreampixies / materiały prasowe
Zbuntowani twórcy-politycy z nurtu Tropicália zrobili dla muzyki brazylijskiej tyle, co Bob Dylan i The Beatles na Zachodzie. Przypominają o tym ostatnio dwa filmy dokumentalne.
Początki Tropicalii: Gilberto Gil (z prawej), a obok muzycy Os Mutantes - Sergio Dias i Arnaldo Baptista oraz Rita Lee.Against Gravity/materiały prasowe Początki Tropicalii: Gilberto Gil (z prawej), a obok muzycy Os Mutantes - Sergio Dias i Arnaldo Baptista oraz Rita Lee.

Ostatnio znów wspólnie wystąpili, ale nie na scenie. Gdy w ubiegłym roku brazylijska firma deweloperska postanowiła nadać nazwę Tropicália luksusowemu osiedlu apartamentowców nad brzegiem oceanu, stare gwiazdy – Gilberto Gil, Caetano Veloso i Tom Zé – protestowały jednym głosem. Po kilku miesiącach pomysłodawca Odebrecht Realizações Imobiliárias zrezygnował z reklamowania się nazwą jednego ze słynnych brazylijskich nurtów muzycznych i wykorzystywania dawnych tekstów piosenek, które przecież kiedyś nie miały nic wspólnego z promowaniem luksusu.

Tropicaliści mieli za to historię wspólnych protestów. Podstawą ich ruchu artystycznego (poza muzyką obejmował również poezję, film, sztukę), który pojawił się w Brazylii pod koniec lat 60., był sprzeciw wobec wojskowej dyktatury wprowadzonej w kraju w 1964 r. Koncerty miały charakter prowokacji – nigdy nieuderzających wprost, raczej wyśmiewających absurd reżimu. A liczne występy telewizyjne Veloso czy Gila drażniły władzę, szczególnie że ten pierwszy potrafił wycelować sobie na wizji w głowę z pistoletu, śpiewając tradycyjną brazylijską pieśń bożonarodzeniową. Władza tradycję szanowała i przy okazji zbierała donosy – i kiedy na koncercie śpiewali „Marsyliankę”, wymachując flagą z hasłem „Bądź kryminalistą, bądź bohaterem”, pojawiały się doniesienia o spaleniu flagi Brazylii i sprofanowaniu narodowego hymnu.

W reakcji na zamieszki studenckie w Paryżu w 1968 r. Veloso napisał piosenkę „É Proibido Proibir” (Zabrania się zabraniać), co wojskowy rząd najwyraźniej uznał za wyzwanie. Sprawę ułatwiał wprowadzony pod koniec roku prezydencki dekret znany jako „Akt numer pięć” – prawo ograniczające swobodę zgromadzeń i szereg innych wolności obywatelskich. 27 grudnia policja aresztowała Veloso i Gila, ogolono im głowy i osadzono w areszcie, stawiając zarzuty rzekomej współpracy z komunistami. Po dwóch miesiącach przesłuchań zaproponowano wyjście: opuszczą kraj. A ponieważ nie mieli pieniędzy na bilety lotnicze, zezwolono im na jeszcze jeden występ, żeby zebrali fundusze. I tak na kilka lat trafili do Londynu, gdzie z miejsca stali się honorowymi gośćmi miejscowej bohemy artystycznej. A ich muzyka, wcześniej znana w kraju, stała się głośna także za granicą.

Minister kontrkultury

Historię tego krótkotrwałego młodzieżowego zrywu przypominał ostatnio film „Tropicália” prezentowany na tegorocznej edycji Planete+ Doc Review. Z kolei 28 czerwca do kin wchodzi „Viramundo” – obraz pokazujący Gilberto Gila dziś. Szwajcarski dokumentalista Pierre-Yves Borgeaud (który nakręcił już kilka filmów o muzyce i wiele klipów, m.in. dla Tomasza Stańki) podróżował po Australii, Republice Południowej Afryki i Brazylii, śledząc Gila podczas prób z lokalnymi artystami, spotkań i rozmów o problemach poszczególnych grup etnicznych. 70-letni dziś wokalista i gitarzysta gra tu koncert transmitowany przez Internet, pracuje z lokalną młodzieżową orkiestrą. I ucina sobie pogawędkę z Peterem Garrettem, liderem australijskiego zespołu Midnight Oil. Rozmawiają jak minister z ministrem. Obaj bowiem w swoich krajach doczekali się funkcji ministrów kultury.

Gil piastował ten urząd w Brazylii w latach 2003–08. Gdy lewicowy prezydent Luiz Inácio Lula da Silva wręczał mu nominację, zaproponował, by w resorcie robił dokładnie to, co wcześniej na scenie. Objęcie stanowiska poprzedził wielki koncert w slumsach Rio de Janeiro, a i potem Gil miał zagwarantowaną możliwość przeznaczenia dłuższego urlopu na trasę koncertową. Ekspansji kulturalnej Brazylii na pewno to służyło – w końcu rzadko który kraj ma tak rozpoznawalnego ministra. W dodatku podczas pełnienia służby Gil odebrał nagrodę Grammy i jeszcze prestiżową Polar Music Prize – uważaną niemal za muzyczny odpowiednik Nobla. „Minister kontrkultury” – pisała o nim zagraniczna prasa.

 

Wśród wielu pomysłów radykalnego, wzbudzającego kontrowersje, ale bardzo prospołecznie zorientowanego gabinetu znalazły się takie, które potem łączono przez lata z osobą Gila – choćby rezygnację z produktów Microsoftu w komputerach instalowanych w urzędach państwowych. Miały zostać wyposażone w oprogramowanie tworzone w ramach wolnej licencji. Do dziś dostęp do informacji i równość w cyfrowym świecie to główne postulaty Gila, choć jeździ z nimi już nie jako polityk, tylko gwiazda. „Ciągle mamy olbrzymią populację czarnoskórych mieszkańców, którzy zostali wykluczeni z procesów cywilizacyjnych i ekonomicznego postępu” – mówi Gil. Lekarstwo i nadzieję widzi w technologii, która daje szansę społecznościom dziś zapomnianym i zaniedbanym. „Jeśli jakiekolwiek rozwiązanie odniosło sukces w Brazylii, powinno być wypróbowane w innych krajach” – dodaje. Trudno się dziwić – w końcu w Brazylii sam te rozwiązania wprowadzał.

Samba nieczysta

Bohaterowie Tropicálii pochodzili z prowincji, w większości z małych miasteczek w położonym na środkowym zachodzie Brazylii stanie Bahia, ze stolicą w Salvadorze. Dorastali więc w regionie dość biednym, w okolicy, która niegdyś była głównym rejonem przerzutowym dla niewolników przywożonych z Afryki. A zarazem – co za tym idzie – w pierwszym ognisku samby – afrobrazylijskiego stylu, będącego naturalnym punktem wyjścia dla wielu brazylijskich gatunków muzycznych. Również dla Tropicálii.

Zarazem jednak tropicaliści byli ludźmi gruntownie wykształconymi. Caetano Veloso studiował filozofię, zaczytując się w książkach Prousta i Joyce’a. Tom Zé poznawał na miejscowym uniwersytecie dzieła awangardy muzyki współczesnej. Clarisse Leite, matka braci Arnaldo i Sérgio Diasa Baptisty z czołowej wówczas grupy Os Mutantes, była cenioną kompozytorką, podobno pierwszą kobietą, która napisała koncert na fortepian i orkiestrę.

Wszyscy doskonale znali jazz – choćby za sprawą poprzedniego „nowofalowego” nurtu w brazylijskiej muzyce, bossa novy, popularnej na całym świecie, gdy wchodzili w dorosłość. To był zresztą sygnał: muzyka z Brazylii może podbić świat. Kształcili się w czasach, gdy klimat społeczny w kraju był zupełnie inny, pozytywny, pełen nadziei – władzę sprawował Juscelino Kubitschek, który przeniósł stolicę z Rio de Janeiro do Brasílii, zaprojektowanej pod okiem Oscara Niemeyera i Lucío Costy.

Czasy dumy narodowej zachęciły Veloso, Gila i resztę ruchu do obwołania Brazylii państwem kulturowych kanibali. Cóż to oznaczało? Kiedy reżim chciał czystej brazylijskiej kultury, oni proponowali nieczystą. Każda forma sztuki, moda, pomysł, tendencja trafiająca tu z zewnątrz powinna ich zdaniem zostać przetworzona i wykorzystana do stworzenia nowej jakości. Krótko mówiąc: połknięta i przetrawiona.

I tak jak dla bossa novy punktem wyjścia był przychodzący ze Stanów Zjednoczonych jazz, dla Tropicálii była nim scena lat 60. – Beatlesi, Stonesi czy amerykańskie grupy w rodzaju Jefferson Airplane albo The Mamas And The Papas, do których blisko było formacji Os Mutantes. Ci ostatni mogli się też kojarzyć z wczesnymi Pink Floydami. Bossa nova była dla tropicalistów zbyt słodka, ale zarazem część z jej twórców (jak Jorge Ben czy Edu Lobo) przyciągnęli do swojego ruchu.

 

Jako punkt wyjścia Gil i Veloso przyjęli „Manifest Kanibalistyczny” poety Oswalda de Andrade z 1928 r. To tam znaleźli złotą myśl: „Tylko kanibalizm nas zjednoczy”. W ich rozumieniu chodziło o to, że Brazylia powinna się stać kulturowo niezależna od Europy, umiejętnie łącząc swoją tradycję z trendami przychodzącymi z Zachodu. W praktyce muzycznej: analizować to, co robią Stonesi czy Beatlesi, po czym odpowiadać po swojemu, nie z pozycji na klęczkach, nie udawać Beatlesów, tylko stać się u siebie tym, czym w Wielkiej Brytanii była czwórka z Liverpoolu. A przy tym zjednoczyć czarnych i białych mieszkańców kraju. Już sami różniący się kolorem skóry liderzy – Gil i Veloso – wcielali w życie tę prawdę. W filmie „Viramundo” tego pierwszego widzimy podczas ceremonii candomblé – potężnego w Brazylii ruchu religijnego o afrykańskich korzeniach, z którym przez stulecia walczył Kościół katolicki.

Niskie z wysokim

„W twórczości najlepszych brazylijskich autorów piosenek stale kolidują folklor i futuryzm, kultura masowa z wysoką. Trzeba kochać sprzeczności, by móc polubić brazylijską muzykę; nie można kurczowo trzymać się pojęcia czystości, bo historia tamtejszej muzyki została określona przez proces fuzji” – pisze Ben Ratliff w wydanej właśnie książce „Muzyka. Przewodnik Krytyki Politycznej”. Rzeczywiście, trudno nie zauważyć, jak cały obszar robił za łącznik pomiędzy tradycją afrykańską a bigbandową Ameryką, potem pomiędzy bossa novą a jazzem, a wreszcie między nowym popem z Wysp Brytyjskich a trendami z São Paulo. Veloso i Gil uznali przy tym, że najbardziej przydadzą się światu jako twórcy przebojów, prostych piosenek. Z drugiej jednak strony – i to fascynowało w Tropicálii świat – do współpracy ściągnęli młodych kompozytorów po studiach w Darmstadt Julio Medaglię i Rogério Duprata.

To w dużej mierze produkcje Duprata decydowały o wielkości pierwszych płyt Veloso czy Gila, wydanych jeszcze w 1968 r., a także fenomenalnej, flagowej kompilacji „Tropicália ou Panis et Circencis”. Dostawał proste piosenki na głos i gitarę i zamieniał je w psychodeliczne minisymfonie – nie gorsze od tego, co robili w tym czasie The Beatles czy The Beach Boys. Teksty pisywał Torquato Neto, kojarzony z ruchem poeta, który uciekł z Brazylii śladem Gila i Veloso, a po tym, jak wrócił i został objęty przez władze przymusowym programem pomocy psychiatrycznej, popełnił samobójstwo. W tym samym czasie sam João Gilberto zatelefonował do Veloso do Londynu, by poinformować, że mogą wrócić – ba, znów mają zaproszenie do telewizji. Był 1972 r., przyszła odwilż i bunt się skończył.

Tropicaliści przez lata byli rozpoznawalni na światowych scenach. Wydawano ich płyty poza Brazylią, robili nawet kariery w USA. Veloso pierwszy kontrakt z prestiżową nowojorską Nonesuch Records podpisał po czterdziestce. Płyty Toma Zé wydawała firma kierowana przez Davida Byrne’a z Talking Heads (zafascynowanego popularną muzyką z Brazylii). Nazwa Os Mutantes – a wkrótce i sam zreformowany zespół – wróciła, gdy popularni w latach 90. artyści z Zachodu zaczęli się powoływać na Tropicálię jako na źródło inspiracji. Beck dał wyraz fascynacji Os Mutantes na swoim albumie „Mutations” z 1998 r., za który dostał nagrodę Grammy. Do słuchania tego zespołu przyznawał się też Kurt Cobain z Nirvany. Dla niego równie ważne jak muzyka było to, że Brazylijczycy musieli sami przygotowywać sobie elementy sprzętu, np. efekty gitarowe, no i że żyli w opresyjnym kraju – ich bunt miał bardziej realne podłoże niż ten w USA.

Gilberto Gil na licznych płytach podążał w stronę muzyki afrykańskiej i reggae. I najczęściej przypominał o ideologii stojącej za ruchem – tak jak to robi dziś w filmie „Viramundo”, gdzie wystąpienie polityczne przechodzi w koncert, i odwrotnie. Nie na darmo w dzieciństwie powtarzał rodzicom: „Będę muzykiem albo prezydentem”. Bo jeśli wziąć małą poprawkę i uznać, że minister to już blisko szczytu w karierze politycznej – udało mu się pogodzić jedno z drugim.

Polityka 26.2013 (2913) z dnia 25.06.2013; Kultura; s. 88
Oryginalny tytuł tekstu: "Beatlesi z tropików"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Wiedza nastolatków o seksie przypomina średniowieczną mapę świata

„Seks domaciczny” to nieprzypadkowe przejęzyczenie. Polskie nastolatki nie za bardzo wiedzą, jaki organ do czego służy.

Joanna Cieśla
11.08.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną