Kultura

W cieniu gadających pomników

Vip-y na ścianie i ekranie

Wałęsę miał zagrać Robert de Niro. W filmie Wajdy rolę odtwarza Robert Więckiewicz. Wałęsę miał zagrać Robert de Niro. W filmie Wajdy rolę odtwarza Robert Więckiewicz. Marcin Makowski/Makufly
Czy Wałęsa będzie zadowolony, oglądając na ekranie siebie w interpretacji Więckiewicza? Podobno odtwórca jest lepszy od oryginału.
W składance „Orzeł czy Rzeszka” Hitlera zapewniającego, że pragnie uszczęśliwić wszystkie narody, grał Ludwik Sempoliński.EAST NEWS W składance „Orzeł czy Rzeszka” Hitlera zapewniającego, że pragnie uszczęśliwić wszystkie narody, grał Ludwik Sempoliński.

To jest przeżycie: zobaczyć siebie granego przez kogoś, kto stara się naśladować mimikę, brzmienie głosu, gesty, sposób poruszania się pierwowzoru. Wrażenie jest jeszcze większe, gdy tworząc postać, imitator wkracza w sferę myślenia i światopoglądu, wypowiadając słowa, które mogły paść – od wielkiego dzwonu bądź sygnaturki codzienności. Sytuacja żyjącego lustra zarezerwowana jest dla tych, co współtworząc historię, zapisują ją na grzbietach swoich współczesnych. Czy VIP, widząc siebie skopiowanego przez aktora, bywa zadowolony? Pewnie tak, chociaż wie, że jest przystojniejszy, spojrzenie ma żywsze, namysł na czole okazalszy. Z drugiej jednak strony nawet niezbyt podobny imitator sygnalizuje, jak daleko zaszedł pierwowzór, jakie ma wzięcie w mediach, ile znaczy już dziś, a co dopiero w przyszłości.

Zawsze tak było. Politycy zgadzali się na to, by ich pokazywać, chociażby w wariancie satyrycznego wygłupu. Teatrzyk Qui Pro Quo wystawił w 1919 r. rewię „Misja jedzie” z tekstami Tuwima, Boczkowskiego i Własta. W rewii tej, nawiązującej do wizyty amerykańskiego finansisty Morgentaua, pojawili się na scenie znani politycy i artyści. Wiele pracy mieli charakteryzatorzy, dobierając peruki, strzygąc wąsy i bródki, sugerując grymasy na wypacykowanych twarzach. No i grany przez komika działacz ludowy Wincenty Witos nie musiał się przedstawiać, śpiewając:

„Pasałem se krówki
I doiłem je,
Byki i jałówki
To kompany me.
Wtem do paplamentu
Zaproszono mnie
Ta da Ra ta – aż na pana posła
Dola mnie wyniosła,
Teraz stawiam się”.

Równie łatwo rozpoznawalny był Artur Oppman, warszawski poeta Or-Ot. Ten opowiadał o swojej twórczości:

„Na staromiejskiej lutni gram,
Na wszelkie w życiu okoliczności
Wiersz okolicznościowy mam.
Ojczyzny-blizny. Blizny-ojczyzny.
Polska-Tobolska. Cud i lud”.

Żarty z Naczelnika

Moda na znane postaci nie minęła. Z tym że wcielających się w nie parodystów coraz częściej zastępowały kukiełki. Publiczność była ciekawa, chciała się nimi bawić. Nie tylko zresztą publiczność. Zachowała się anegdota, jak to Piłsudski przed przedstawieniem szopki w Belwederze wkroczył za kulisy, by przyjrzeć się swojej lalce. – Nie trzeba patrzeć, bo później nie będzie śmiesznie – ofuknął Dziadka inspicjent. Piłsudski – grany przez Fryderyka Jarosy’ego – siedzący na drewnianym koniku stał się sensacją w programie „Karuzela”, wystawionym po przewrocie majowym. Rządzący silną ręką Naczelnik pozwalał na żarty z siebie budujące popularność, nie zamierzał cenzurować dowcipów. Podobnie zachował się premier Sławoj-Składkowski, kiedy w wodewilu „Kariera Alfa Omegi” (1936 r.) przedstawiony został jako Ekscelencja wymykająca się na lekcje śpiewu, bo polityk powinien:

„Mieć głos, ten głos, co działa jak opatrzność,
Co tłumy zwycięża i spręża je na baczność!”.

Inaczej na złośliwości autorów wodewilu – Tuwima i Hemara – zareagował główny bohater, tytułowy Omega, czyli Jan Kiepura. W jego rodzinnym Sosnowcu musiano odwołać występy, w Poznaniu doszło do gniewnych manifestacji, we Lwowie oskarżono wodewilistów o nurzanie w błocie idei silnego państwa. A wszystko przez to, że grający Kiepurę Adolf Dymsza łudząco upodobnił się do ówczesnego idola, parodiując jego styl balkonowego śpiewania „Ay, ay, ay” i „Ninon”.

Coraz trudniej jednak było przywoływać na scenę tych, co zapełniali wrzaskiem eter, pozowali do zdjęć i filmowych kronik. Ambasada III Rzeszy wysyłała protestacyjne noty, kiedy w teatrzyku Ali Baba w składance „Orzeł czy Rzeszka” Hitlera zapewniającego, że pragnie uszczęśliwić wszystkie narody, grał Ludwik Sempoliński. Charakteryzacja Sempolińskiego była tak doskonała, że przychodzili go oglądać niebywający w teatrach ortodoksyjni Żydzi, mieszkańcy Nalewek, Smoczej, Gęsiej. – Hycler, Hycler – szeptali wpatrując się w kosmyk włosów opadających na czoło i „wąsik, ach, ten wąsik”, rekwizyt w piosence o Chaplinie i Adolfie.

Hitler nazwany Butlerem był do oglądania również w Teatrze Polskim, który pod koniec lipca 1939 r. dał premierę sztuki Bernarda Shawa „Genewa”. Znalazło się w niej miejsce nie tylko dla führera. Także dla Mussoliniego (Bombardone) i generała Franco. Klimat dni przed wybuchem wojny sprawiał, że możliwość oglądania „na żywo” postaci z pierwszych stron gazet zapełniała teatry, kabarety, kina. Ba, nawet fotoplastikony.

Rzadko pokazujący się publicznie Stalin zaznaczał swą obecność w filmach kręconych pod jego czujnym okiem. Specjalistą od wizerunku przywódcy stał się reżyser Michaił Cziaureli. Ulubionym aktorem – Gełowani. Stalin po pierwszej rozmowie z nim stwierdził: – Podobny, ale dureń! Odtwórcą postaci gospodarza Kremla był także Igor Iliński, grający Stalina w młodości, na zsyłce. Scenariusze, czytane i komentowane przez Biuro Polityczne, pozwalały na dokonywanie korekt. I tak na przykład w filmie „Przysięga” Stalin przemawiał nie w Sali Kolumnowej, ślubując wierność ideom zmarłego Lenina, lecz na placu Czerwonym, zwracając się do tłumów. Gełowani w tym filmie, dowiadując się o śmierci Iljicza, zapłakał. Na pokazie Stalin obłudnie zaprotestował: – Ja uroniłem łzy? Ja płakałem? Cziaureli, bliski omdlenia ze strachu, uspokoił się dopiero, gdy Wódz zgodził się na pozostawienie tej sceny, bo przecież łzy nie mogły pokryć rdzą żelaznej konstrukcji jego charakteru.

Stalin patrzy na siebie

Postać Stalina zdominowała filmy poświęcone innym postaciom. Biograficzny obraz „Włodzimierz Iljicz Lenin” Michaiła Romma był w gruncie rzeczy opowieścią o uczniu prowadzącym za rękę swego wychowawcę. Nawet w filmie o czarodzieju sadów Miczurinie Józef Wissarionowicz wytłumaczył mu, jak wyhodować nowy gatunek pszenicy. W filmie o Budionnym Stalin co prawda nie dosiadał konia, lecz prowadził do ataku sowiecką konnicę. Na pokazie na Kremlu zdumiał się, że Budionny tak wspaniale podskakuje na swoim gniadoszu. – To sztuczka techniczna – wyjaśniono mu. Aktor grający kawalerzystę podskakuje na stołeczku. – I wy chcecie na tym stołeczku prześcignąć Holly­wood – mruknął posiadacz sławnej fajeczki. Bodajże ostatnim filmem z rolą napisaną dla Stalina był udramatyzowany dokument o narodzinach NRD, gdzie jedynie w epizodzie pojawił się Wilhelm Pieck. Za to Stalin był obecny przez cały czas.

Role Stalina pączkowały, grającym je aktorom przybywało tekstu także w sztukach teatralnych. Ot, choćby w „Człowieku z karabinem” Pagodina. Wódz lubił bowiem popatrzyć na siebie, posłuchać siebie. Na to pewnie liczył Michaił Bułhakow, zabierając się do pracy nad sceniczną opowieścią „Batumi”. Jej bohaterem był młody Stalin. Objęty zakazami pisarz łudził się, że to on wstawi się za nim.

Kto z żyjących rodaków doczekał się roli na miarę swoich dokonań? Lech Wałęsa w „Człowieku z żelaza”, gdzie zagrał siebie w towarzystwie Anny Walentynowicz. Na epizodzie w filmie Wajdy nie skończyła się kariera solidarnościowego przywódcy. Pojawił się w „Kwadraturze koła” Toma Stopparda, sztuce nadanej przez BBC w połowie lat 80. Był niezbyt podobny, angielski aktor sprawiał wrażenie absolwenta Oxfordu, nie wiecowego trybuna. Ale mówił cytatami z przemówień Lecha. W tej samej sztuce występowali reprezentanci obozu rządzącego – generał Wojciech Jaruzelski i Mieczysław F. Rakowski. – Popatrz Fraku, jakiego przystojnego aktora wybrali, żeby grał ciebie! – zawołała Elżbieta Kępińska, oglądając „Kwadraturę koła” na prywatnym pokazie.

Największe zainteresowanie budził jednak nadal Lech W. Nasz człowiek w Hollywood Roman Heimberg przyjechał na Zaspę z czekiem na milion dolarów za zgodę na wykorzystanie wizerunku w mającym powstać filmie. Wałęsę miał w nim zagrać Robert De Niro. Po kilku latach, gdy umowa wygasła, Lech W. zatelefonował do Heimberga. – Zapytaj tych twoich Warnerów, czy nie przedłużą mojej zgody na wyłączność, bo ja nie mam nic przeciwko… Cóż, nie udało się. Będziemy mieli za to film Wajdy zaspokajający ambicje gadającego pomnika, który nie czekając na premierę, rozdaje ciosy i kopniaki. Zapewniając, że to On, On był wielki, a ci inni malutcy i nieważni.

Dodatkową ostrogą dla Lecha W. stała się pewnie rodzinna niespodzianka: oto jego Danuśkę zagrała w monodramie Krystyna Janda tak, że nawet przygotowywany przez nią wypiek cukierniczy jest dowodem społecznego awansu. Czy Wałęsa będzie zadowolony z siebie w interpretacji Roberta Więckiewicza? Ci, co widzieli materiały montażowe, twierdzą, że Więckiewicz jest lepszy od oryginału. Wątpliwy to zresztą atut. Pamiętamy słowa oburzenia innej bohaterki strajków sierpniowych, kiedy obejrzała film o sobie, wyreżyserowany przez niemieckiego reżysera, gdzie zamiast patosu i górnolotnych fraz, pobrzękiwały musztardówki napełnione czystą-ojczystą.

Właściwie tylko jednego obrazu możemy być pewni: „Smoleńska” Antoniego Krauzego. Widzowie z klubów „Gazety Polskiej” zobaczą na ekranie aktywnych dziś polityków – Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza itd. Zgodzą się więc z przesłaniem filmu: jak katastrofa, to katastrofa.

Polityka 32.2013 (2919) z dnia 07.08.2013; Kultura; s. 76
Oryginalny tytuł tekstu: "W cieniu gadających pomników"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną