Kultura

Bo tylko w Polsce jest Polska

Jak polskość przedstawiana jest w literaturze

Nasz charakter narodowy nie łączy się według Vargi ani z jakąś odwagą, ani ze skłonnością do cierpienia, ale ze zwykłym wzdęciem. Nasz charakter narodowy nie łączy się według Vargi ani z jakąś odwagą, ani ze skłonnością do cierpienia, ale ze zwykłym wzdęciem. Mirosław Gryń / Polityka
Czym zajmowała się nasza literatura w ostatnich kilku latach? Polską tożsamością. Z jednej strony tak jak zawsze, z drugiej – całkiem inaczej.
Polak za granicą dawniej kojarzył się z tą postacią z Mrożka, która zawsze miała ze sobą w walizce polską kiełbasę i pokazywała wybite „za Polskę” zęby.Mirosław Gryń/Polityka Polak za granicą dawniej kojarzył się z tą postacią z Mrożka, która zawsze miała ze sobą w walizce polską kiełbasę i pokazywała wybite „za Polskę” zęby.

Mnóstwo utworów powstało ze złości i niechęci do tego kraju, nad którym ciąży „wódka z ziemniaków i jesień z wody”, jak pisał w jednym z listów Lem do Mrożka. Rzeczywistość się zmieniła, ale literatura nadal chętnie się zajmuje Polską, Polakami i polskością. W tym tropieniem najgorszych cech Polaka w sobie. Mówiła o tym Olga Tokarczuk: „Być Polakiem to znaczy mieć kłopot z polskością, z sobą samym, z całym krajem, historią. Począwszy od wielkich pisarzy, a skończywszy na drobnym robotniku i hydrauliku, który wyjechał do Londynu i już się czuje niewygodnie ze swoją polskością” (POLITYKA 45/09).

Ta problematyczność i kłopotliwość cały czas jest paliwem literatury. Ot, chociażby „Trocin” Krzysztofa Vargi, którego sfrustrowany bohater podróżuje po Polsce, ziejąc nienawiścią do wszystkich, których spotyka w pociągach PKP. Snuje swoje rozważania o współpasażerach, kolegach z pracy, o byłej żonie, rodzicach, wszyscy należą do tego podłego, typowo polskiego gatunku, tego samego zresztą co on sam. Używa sobie choćby na skrzętnie ukrywanej chłopskości, która wychodzi z Polaków przy każdej okazji.

„Kraj zaludniony przez bigos-prawicę i sushi-lewicę, za plecami których czai się nieustannie swojska, siermiężna, kartoflana klasa chłopska z Matką Boską na ustach, jeśli te usta nie są akurat zajęte jedzeniem kiełbasy i piciem wódki, i z kosą na sztorc przy boku, wszak kosa nie służy do pracy, tylko do walki, klasa chłopska gotowa jest w potrzebie walczyć o swoją ziemię ojczystą, która nazywa się »złoty polski«. I gdy spoglądam w brudne lustro w kolejowym klozecie, wiem, że się z niej wywodzę, bo zamiast twarzy widzę przecież nieforemną bulwę, z której wyrastają pędy mojego dziedzictwa”.

Nasz charakter narodowy nie łączy się według Vargi ani z jakąś odwagą, ani ze skłonnością do cierpienia, ale ze zwykłym wzdęciem: „Polska to kraj wzdęty, nawet nie nadęty, ale wzdęty właśnie, bo wszystko rozgrywa się w trzewiach, nie w sercach i mózgach, tylko w jelitach, tam się rodzi narodowe wzdęcie”. Wiele dowiadujemy się przy okazji o wzdęciach naszego bohatera, który jest nieodrodnym synem tego narodu. Przede wszystkim jednak wylewanie niechęci i ciągłe charakterystyki Polaków to jego ulubiona rozrywka w ponurym życiu.

Polskość na miękko

Czy czytelnicy „Wojny polsko-ruskiej” mogli się spodziewać, że Masłowska napisze sztukę o polskości? Albo że będzie używać przedwojennego, wzniosłego języka? To wszystko znalazło się w sztuce „Między nami dobrze jest”. Pisała o tym, że czy chcemy, czy nie, przeszłość jest ciągle żywa, druga wojna światowa zapisana jest w murach domów. Warszawiacy jeżdżą tam i z powrotem po trupach.

W sztuce babcia opowiada ciągle o wojnie, która wnuczkę, „metalową dziewczynkę”, nic nie obchodzi. Ich świat jest jednym wielkim brakiem – nie jadą na wakacje, nie dzwonią komórkami, których nie posiadają, nie mają własnego pokoju, bo tu „każdy chce jakoś nie żyć”. Bohaterki nie chcą być Polkami, tylko „normalnymi ludźmi”, Europejkami. I są skazane na nieistnienie. A tymczasem przeszłość jest jedyną rzeczą, która nie została oszukana i spreparowana. Pada w sztuce zdanie, które genialnie oddaje nasz kłopot z polskością: „We Francji jest Francja, w Ameryce Ameryka, w Niemczech są Niemcy, a tylko w Polsce jest Polska”.

Bohater Vargi dodałby do tego kompleksu polskiego manię przepraszania i żądania przeprosin. Jego bohater nie może znieść, że tysiące ludzi bez przerwy chcą, żeby ich przepraszać „za to, coście mi zrobili, coście zrobili mojej rodzinie, coście zrobili Polsce i z Polską, oraz przeproście za wszystko, czego mi nie zrobiliście, czego nie zrobiliście Polsce, przeproście za wszystkie moje klęski, za klęski tego kraju, przeproście mnie, że nie jestem taki, jaki chciałbym być, za to, że nie jestem tak ładny i bogaty, jak na to zasługuję, to wasza wina, klękajcie i przepraszajcie za to, że jestem pośmiewiskiem”.

Do tego portretu Polaka można jeszcze dodać wizję Szczepana Twardocha. Bohater „Morfiny” Konstanty nie mógł się zdecydować, kim jest: Polakiem czy Niemcem. W końcu stał się Niemcem, żeby zostać dobrym Polakiem. A wszystko to w 1939 r., po kapitulacji Warszawy. Był na tyle niezdecydowany i miękki, że stawał się kimś innym przy każdej kobiecie, z którą był. Kim innym był przy żonie Heli, kim innym przy kochance Sali, a kim innym przy arystokratce Dzidzi. Twardoch pokazał mężczyznę słabego, a poprzez tę postać – także słabą polskość.

„Kostek jest w jakiś sposób bardzo polski, właśnie przez to, że nie jest Polakiem genetycznie. Jest figurą polskości, jej odzwierciedleniem, w nim się niemęskość polskości wyraża i realizuje. Polskość jest kobieca, bo była transferowana przez kobiety, a nie przez mężczyzn. Polskość cierpi na bardzo poważny deficyt polityczności” – tłumaczył Twardoch w POLITYCE.

Tożsamość jest u niego projektem. Kostek chce się stać sobą – ani Niemcem, ani Polakiem, tylko Konstantym. Ale czytelnik od początku może wątpić, że to jest możliwe. Widzimy, że nie da się zmienić pewnych rzeczy na świecie i przede wszystkim w konstrukcji człowieka, nie da się osiągnąć pełni i szczęścia. Los bywa ironiczny. Tak to wynika z „Morfiny”, jednak inni pisarze – choćby Ignacy Karpowicz – zajęli się ostatnio już właśnie wskazywaniem dróg zmian, które ich zdaniem są możliwe.

Ości z wartości

Kiedy spojrzymy uważniej, to się okaże, że literatura ostatnich lat nie tylko tworzyła zgryźliwe portrety Polaka i naszej rzeczywistości, ale bardzo silny był nurt progresywny, który pokazywał, jak powinni się zmienić Polacy, jak poszerzyć stare pojęcia i wzorce, takie jak tożsamość. Ten nurt jest w pewnej mierze edukacyjny – rysuje projekty rozwoju jednostki i społeczeństwa, wzorce, które społeczeństwo mogłoby z literatury zaczerpnąć, przyswoić. Znajdziemy je u Tokarczuk, Bator czy właśnie u Karpowicza.

W „Balladynach i romansach” tego ostatniego bogowie, którzy zstępują na ziemię, dostają taki opis kraju, który wybrali na miejsce pobytu: „Stosunkowo stabilna demokracja, dominująca religia: katolicyzm magiczny oraz Stocznia Gdańska, główne osiągnięcia: Fryderyk Chopin i bigos (...). Tolerancja w zaniku od XVII wieku, są muzykalni, mieszczą się w pięciolinii, literatura skupiona na narodowych kompleksach, trudno przetłumaczalna, z kawalerią na czołgi, kanałami (...), wydobywają sporo węgla, sieją rzepak, chętnie jedzą grzyby w ślinie oraz zepsute ogórki (...). Stosunek seksualny trwa zwykle poniżej kwadransa, wliczając w to grę wstępną. Orgazm właściwie nie występuje. Przemoc w rodzinie ma się dobrze. Płodność nieszczególnie”.

Ich zejście, czyli koniec tradycyjnych religii i wartości, jak się okazuje nie zmienia wiele w życiu Ziemian. W „Ościach” Karpowicz idzie dalej i opisuje zwykłe życie w takim nowym świecie, w którym ze sztywnych wartości pozostały... ości. Tak samo tożsamość, polskość może zmienić się w ość, giętką i bliższą życiu. Karpowicz napisał również powieść o poliamorii, czyli związkach z wieloma partnerami, i o nowej rodzinie – o tym, jak się rozszerza, jak zagarnia byłych partnerów i ich dzieci.

„Heterotropianie zupełnie inaczej rozumieją też słowo »rodzina«. U nich rodzinę może tworzyć na przykład jedna starsza kobieta i jej dwanaście kotów. Albo trzy przyjaciółki plus partner jednej z nich, bo wszyscy pasjonują się makrobiotyką. Albo dwie homoseksualne pary mieszkające w secesyjnej willi, o którą trzeba dbać” – pisze Olga Tokarczuk, a cytuje ją w „Ościach” Karpowicz. Jego bohaterowie tworzą najrozmaitsze konfiguracje, nowi partnerzy dołączają do dawnych, a kiedy wyczerpuje się związek, zgodnie rozpoczynają następne, bo żadna tradycyjna instytucja nie decyduje i nie wpływa na ich życie. Bez Kościoła czy małżeństwa bohaterowie mogą mniej zajmować się sobą, a bardziej myśleć o innych (choć powieściowi bohaterowie są w dużej mierze egoistami). Tutaj wszyscy mogą się ze sobą dogadać, katolicy i geje, byli małżonkowie i ich dzieci.

Karpowicz sam mówił, że nie jest to żadna utopia, ale zapis przemian. W rzeczywistości, w której każdy z każdym może się porozumieć, jest z pewnością o wiele mniej przemocy. Płynność dotyczy też płci i tożsamości seksualnej. Jeden z bohaterów, Norbert, nie lubił gejów, z którymi był w związkach. Potem zakochał się w kobiecie, ale ważna była dla niego nie jej kobiecość, tylko jej osoba poza płcią. Karpowicz spotyka się w tym miejscu z Gombrowiczem, który nienawidził określania orientacji seksualnej i twierdził, że erotyzm jest ponad płcią. Natomiast ta wizja relacji międzyludzkich, choć bardzo dobrze napisana, miejscami wydaje się zbyt jasna. Brakuje jakiejś nieusuwalnej rysy, tego, co psuje relacje między ludźmi i nie pozwala osiągnąć szczęścia. Jest co prawda w „Ościach” śmierć, ale nawet ona jest nowa i lepsza – zależy od wolnej decyzji jednostki.

Podróż po tożsamość

Polak za granicą dawniej kojarzył się z tą postacią z Mrożka, która zawsze miała ze sobą w walizce polską kiełbasę i pokazywała wybite „za Polskę” zęby. Teraz w literaturze Polak podróżujący jest zupełnie kimś innym. „Dzisiaj ludzie powinni podróżować, żeby zobaczyć, jak bardzo jesteśmy zamknięci we własnych wyobrażeniach – mówiła Tokarczuk. – Że na przykład czterysta kilometrów dalej na wschód ludzie mają zupełnie inne wyobrażenie czasu albo inaczej myślą o małżeństwie, albo inaczej wyznają sobie miłość. Trzeba zobaczyć, że mnóstwo wartości, które uważamy za absolutne, to rzeczy relatywne”.

Stan podróży to stan płynnej tożsamości, to w nim żyją nomadzi, bohaterowie „Biegunów” Tokarczuk. Nie turyści, raczej różnego rodzaju odmieńcy, dziwacy i wyrzutki. Ludzie, którym bardziej niż na dotarciu do celu zależy na byciu w podróży. Nie chcą nigdzie przynależeć, kontestują przynależności i granice. Nie obciąża ich polska przeszłość. Tokarczuk rozwija obraz nowej tożsamości opartej na wolności. Podobne postaci znajdziemy na przykład w nowej literaturze emigracyjnej – choćby u Katarzyny Jakubiak, tłumaczki i wykładowczyni anglistyki w Stanach, która opublikowała w zeszłym roku świetny zbiór opowiadań „Nieostre widzenia”.

Bohaterka jest jednocześnie tu (w Polsce) i tam (w Stanach), łączy dwie perspektywy. I nie jest to rozpamiętywanie swojej inności, jak u Mrożka, ale wolność. W jednym z amerykańskich opowiadań pojawia się emigrantka dawnego typu, która żyje na Manhattanie, ale nosi w sobie zakonserwowaną Polskę sprzed wielu lat i nigdzie nie jest u siebie.

Joanna Bator w „Piaskowej Górze” czy „Chmurdalii” też opisała nomadkę, która nigdzie nie chce się zakorzenić, ucieka jak najdalej od Wałbrzycha, od Piaskowej Góry, od zaborczej matki. Odkrywa z czasem, że jej tożsamość jest płynna – musi być ruchu, w podróży. Ważniejszy jest jednak w „Chmurdalii” wątek polskiej normalności. Bator przepisuje na nowo mit matki Polki, cierpiętnicy, matki i córki, które od pokoleń przekazują sobie brak porozumienia. Bator pokazuje, jak to zmienić. Okazuje się, że matka Polka może przekroczyć swoją formę. Mimo odmienności, mimo żalów i pretensji, matce i córce udaje się spotkać. W innych swoich książkach Bator też pokazuje, jak akceptować inność, jak przekraczać uprzedzenia – i to wszystko staje się możliwe.

Polska z pamięci

Dla poszerzania tożsamości ważna jest też pamięć, którą przywraca literatura. Choćby przywracając polskiej tożsamości jej żydowskie korzenie. Pokazująca splecione w przeszłości wspólne traumy, tak jak u Magdaleny Tulli we „Włoskich szpilkach”.

Temat żydowski w literaturze stał się ostatnio niezwykle popularny (nawet na konkursach poetyckich mamy dziś zalew złych wierszy o przedwojennych, żydowskich miasteczkach i o Zagładzie) i siłą rzeczy obfituje w różne odmiany kiczu (zwanego „holo-kiczem”). Ale jednocześnie pojawiło się chociażby w ostatnim roku kilka książek związanych z warszawskim Muranowem, zbudowanym na terenie getta.

Te książki przywracają ciągłość pomiędzy tym, czego już nie ma, i współczesnością. W „Ptasich ulicach” Piotra Pazińskiego mamy tajemnicze przejścia, szczeliny, przez które bohater wchodzi do ukrytej żydowskiej Warszawy: „Mówiono, że miasto pełne jest luk i uskoków i przez nie można przedostać się w głąb, gdzie nadal kursują tramwaje, grzechocząc wesoło dzwonkami, i gdzie ludzie studiują księgi”.

Nieistniejące fragmenty miasta powracają w ten sposób w literaturze. Mieszkańcy Warszawy być może przywykli już do dziwnej tożsamości tego miasta, które składa się z pustki po przeszłości i nie ma w nim połączeń między tym, co było i co jest teraz. Ale potrzebna jest dopiero literatura, w której ta przeszłość może zaistnieć. Taka, która tworzy szczeliny, w których przeszłość i przyszłość mogą się spotkać, trochę tak jak, nie przymierzając, katolicy i geje w jednej rodzinie sportretowanej przez Karpowicza. Literatura ostatnich lat, i to nie tylko ta, która chce edukować i przebudowywać świadomość, poszerza to, co może nam się kojarzyć z polskością. Wszystko to jednak nie zmienia kwestii podstawowej: wszędzie jest jakieś gdzieś indziej, a tylko tutaj jest Polska.

Polityka 34.2013 (2921) z dnia 20.08.2013; Kultura; s. 68
Oryginalny tytuł tekstu: "Bo tylko w Polsce jest Polska"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Polska bordową wyspą

Mimo antysmogowego wzmożenia marsz do oczyszczenia polskiego powietrza będzie długi.

Jędrzej Winiecki
01.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną