Stocznia Gdańska w obiektywie Michała Szlagi

Chrońmy żurawie
Rozmowa z Michałem Szlagą, fotografującym od 13 lat Stocznię Gdańską, o niszczeniu substancji tego historycznego miejsca.
Właściciele Stoczni wycofali się z produkcji statków i wystawili dźwigi na sprzedaż.
Michał Szlaga/Archiwum prywatne

Właściciele Stoczni wycofali się z produkcji statków i wystawili dźwigi na sprzedaż.

Jakub Knera: – Kiedy pierwszy raz zobaczył pan stocznię?
Michał Szlaga: – Pochodzę z Kaszub, z leśnej miejscowości pod Przywidzem. Od drugiego roku życia przyjeżdżałem do Gdańska mniej więcej na miesiąc w ciągu roku. Jeździłem SKM, tramwajami i ciągle mijałem dźwigi stoczniowe, które wbiły mi się w pamięć.

Fotografia okazała się sposobem, aby znaleźć się bliżej nich?
Bawiłem się aparatem od czwartej klasy szkoły podstawowej, a w 1999 r. dostałem się na Akademię Sztuk Pięknych w Gdańsku. Wtedy o współczesnej fotografii artystycznej nic nie wiedziałem. Doszedłem do wniosku, że instytucjonalne wsparcie szkoły może być pretekstem, aby dostać się do stoczni. Po raz pierwszy wszedłem tam w 2000 r. – dostałem pisemną zgodę od ówczesnego dyrektora Bogdana Oleszka, który później regularnie przedłużał mi pozwolenia. Po dwóch latach trzeba było zwrócić się do nowego właściciela terenu. Ale wtedy już byłem „osobą ze stoczni” – ludzie mnie kojarzyli i dalej pozwalali wchodzić.

Co zaintrygowało pana w tym miejscu?
To, że zakład był zamknięty i niedostępny. Kiedyś przyjechaliśmy tu garbusem ze znajomym i oglądaliśmy stocznię w nocy. Intrygowały mnie dźwięki tego miejsca, nawet jeśli pozornie nic się nie działo. Nocą wszystko było inne: oświetlenie, zapach wody, smaru, farby, a w końcu wschód słońca.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj