Kultura

Jeden z tych cudów

Czy polskie kino sprzedaje się za granicą?

Agata Kulesza w roli Wandy Gruz w „Idzie”, reż. Paweł Pawlikowski. Agata Kulesza w roli Wandy Gruz w „Idzie”, reż. Paweł Pawlikowski. Solopan / materiały prasowe
Zagraniczny sukces „Idy” pokazał – przez kontrast – ile na co dzień znaczy polska kinematografia. W ciągu ostatnich 10 lat do szerszego obiegu kinowego przebiło się tylko kilka naszych tytułów.
Polityka
„Janosik. Prawdziwa historia”, reż. Agnieszka Holland, Kasia Adamik.Syrena Films/materiały prasowe „Janosik. Prawdziwa historia”, reż. Agnieszka Holland, Kasia Adamik.
Polityka

Laureaci New York Film Circle Critics wyłaniani są co roku w grudniu. W skład kapituły wchodzą publicyści najważniejszych nowojorskich czasopism. Uważa się, że wyróżnienie to pretenduje zwycięskie filmy do Oscara.

Film „Ida” Pawła Pawlikowskiego otrzymał w ostatnim czasie również aż pięć nominacji do Europejskich Nagród Filmowych (EFA). I to w najważniejszych kategoriach: dla najlepszego filmu, za najlepszą reżyserię, a także za scenariusz – jego autorami są Pawlikowski oraz Rebecca Lenkiewicz.

Co niespotykane, o nagrodę dla najlepszej aktorki europejskiej będą się ścigać Agata Kulesza oraz Agata Trzebuchowska – obie występujące właśnie w „Idzie”. Ich konkurentkami są m.in. Charlotte Gainsbourg z „Nimfomanki” Larsa von Triera oraz Marion Cotillard za rolę w filmie „Two Days, One Night” braci Jean-Pierre'a i Luca Dardenne.

„Ida” będzie także konkurować z czterema innymi filmami o nagrodę publiczności. Zwycięzców tegorocznych EFA poznamy 13 grudnia podczas ceremonii, która odbędzie się w Rydze.

Poniższy tekst o zagranicznych sukcesach „Idy” ukazał się w kwietniu 2014 roku.

***

W przypadku „Idy” niewątpliwym atutem było znane na Zachodzie nazwisko Pawła Pawlikowskiego, zaliczanego w rankingu branżowego portalu Imdb.com do 30 najwybitniejszych współczesnych reżyserów. Jeszcze na etapie scenariusza przyciągnęło ono uwagę Erica Abrahama, producenta związanego z duńską firmą Phoenix Film, posiadającego również udziały w Fandango-Portobello Film Sales. Skromne, czarno-białe, wyglądające na archiwalne znalezisko sprzed pół wieku, arcydzieło Pawlikowskiego z założenia przeznaczone było dla wąskiej widowni. Polski producent Opus Film, który uratował film, bo Abraham w pewnym momencie się wycofał, spodziewał się 30 tys. widzów.

W kraju „Idę” obejrzało w końcu nieco ponad 100 tys., co uznano za sukces, ale w porównaniu z zawrotnym powodzeniem za granicą wydaje się, że można było osiągnąć więcej. W Hiszpanii film już zobaczyło 80 tys., we Włoszech, Belgii i Holandii po kilku tygodniach rozpowszechniania na film Pawlikowskiego poszło 138 tys. Prawdziwą euforię „Ida” wywołała jednak we Francji, gdzie do końca kwietnia zobaczyło ją przeszło pół miliona osób. Taką popularnością nie cieszyły się ani uhonorowany Złotą Palmą w Cannes „Człowiek z żelaza” Wajdy, ani „Dekalog” Kieślowskiego. Do tego trzeba będzie doliczyć wyniki z amerykańskich kin (premiera w połowie maja), z Chin, Australii. W sumie z 43 krajów, do których sprzedano licencję. To największy sukces komercyjny naszej kinematografii w Europie od 65 lat (od filmów „Ostatni etap” i „Ulica graniczna”). Nie mówiąc o setkach tysięcy euro zarobionych przez Opus Film.

Dla każdego sukces znaczy trochę coś innego. Niektórym wystarczy milion widzów w kinach. Dla mnie jest to budowanie marki – cieszy się Łukasz Dzięcioł z Opus Film, rzucając światło na jeszcze jeden ważny aspekt. Francuska publiczność jest bardziej wyrobiona niż polska.

Nastąpił jeden z tych cudów, które zdarzają się już tylko w tym kraju wciąż jeszcze żywych miłośników ambitnego kina. Zadziałał pozytywny snobizm krytyki, bardzo inteligentna promocja dystrybutora (który pokochał film) i szeptana propaganda. To pokazuje, że sztuka ma zawsze szanse – potwierdza Agnieszka Holland, której nominowany do Oscara dramat „W ciemności”, sprzedawany przez Beta Film z Niemiec, miał znacznie mniej szczęścia. W Europie zobaczyło go tylko 50 595 widzów (w USA prawie trzy razy więcej).

Wyjść z niszy

Żeby polski film trafił do regularnego rozpowszechniania w paryskich czy londyńskich multipleksach, żeby go skonfrontować z masową widownią, potrzebny jest dobry agent – pośrednik między producentem a dystrybutorami. Dla niego liczą się, oczywiście, nagrody na najważniejszych imprezach: w Cannes, Wenecji, Berlinie, Locarno, Karlowych Warach, które wyróżniają filmy (i twórców) z anonimowej masy rozrywkowej tandety. To swoisty stempel jakości. Ważna jest renoma, wiarygodność głównego producenta, wreszcie pozycja i talent reżysera. Z biznesowego punktu widzenia dobrze, jeśli projekt jest koprodukcją, ponieważ pozwala szybciej zarobić (udział dwóch koproducentów stwarza szanse na czterokrotnie większą publiczność).

Do niedawna nie było w Polsce żadnego liczącego się agenta sprzedaży. W 2012 r. New Europe Film Sales, zajmująca się dotychczas sprzedażą krótkich metraży i dokumentów, rozszerzyła swoją ofertę o filmy fabularne. Dwuosobową firmę założył Jan Naszewski, który kontakty i doświadczenie zdobywał, pracując m.in. przy organizacji wrocławskiego festiwalu Nowe Horyzonty. New Europe Film Sales sprzedawała m.in. eksperymentalny dramat „Z daleka widok jest piękny” Wilhelma i Anny Sasnalów, który ze względu na swój awangardowy charakter był skierowany przede wszystkim do widowni festiwalowej oraz galerii i muzeów (odwiedził m.in. nowojorską MoMA i Centrum Pompidou). Obecnie w świat wysyłana jest „Papusza”, sprzedaż ciągle trwa, na razie prawa kupiły m.in. Niemcy, Wielka Brytania, Macedonia i Japonia. – W przypadku „Papuszy” ważne jest to, że film operuje bardziej klasycznymi środkami opowiadania, co teraz jest rzadkie w kinie niezależnym – tłumaczy Katarzyna Siniarska z New Europe Film Sales. – Poza tym film Krauzów przemawia do widowni kobiecej i podejmuje temat bliżej nieznany publiczności europejskiej, nacechowany swoistą egzotyką.

Agent sprzedaży musi czuć interes albo się zakochać w filmie, to proste – tłumaczy mechanizm działania tego rynku Agnieszka Holland, co wcale nie oznacza, że jest on przejrzysty i czytelny. Duży agent, posiadający w swoim katalogu wiele tytułów, nie zawsze ma czas, żeby zająć się niszową propozycją, za jaką uchodzi większość polskich produkcji. Aby ten interes się opłacał, agent musi sprzedać film do minimum kilkunastu krajów. – Bardzo pomaga dystrybucja amerykańska; to prawie zawsze zachęca kolejnych dystrybutorów – zdradza Holland.

Poruszyć Europę

Co zadecydowało w takim razie o sukcesach „Idy”? Może – jak sugeruje sam Paweł Pawlikowski – fakt, że opowiada o ważnych i uniwersalnych sprawach: wierze, tożsamości, różnych życiowych paradoksach, i opowiada o nich bez kompleksów, dydaktyki i łopatologii. – Być może ludzie są zmęczeni nadmiarem informacji, hałasu, ruchu, kolorów, tą audiowizualną kulturą… – zastanawia się reżyser. – Może tak jak ja łakną ciszy, prostoty. „Ida” ma w sobie coś z medytacji.

W Europie, która produkuje około tysiąca filmów fabularnych rocznie (drugie tyle powstaje w USA), dobrze sprzedaje się przede wszystkim – jak mówią fachowcy – director-driven films, czyli kino autorskie. – Ale tylko takie, które jest zrozumiałe poza krajem swojego pochodzenia. To kwestia odpowiednio ustawionej tematyki i języka, jakim się opowiada – dorzuca Małgorzata Szumowska, druga najbardziej ceniona na Zachodzie polska artystka, odpowiadając na pytanie, dlaczego uwielbiany u nas Wojciech Smarzowski nie budzi większego zainteresowania poza Polską. – Jest taki ukochany reżyser Duńczyków, Per Fly. W krajach skandynawskich bardziej popularny nawet od von Triera. On nigdy nie wyszedł poza Danię, a robi – jak Wojtek Smarzowski – bardzo dobre rzeczy.

U Szumowskiej Europa doceniła uniwersalność, zachodni dystrybutor czuje w jej filmach atmosferę Kieślowskiego. W „Sztuczkach” Andrzeja Jakimowskiego sprawdziła się raczej lokalność. Niemiecki agent, niewielka firma m-appeal, zapewnił sprzedaż do ponad 20 krajów w Europie (na świecie do 80). – Film powinien nieść jakieś wartości ponadczasowe, tak żeby widzowie byli w stanie rozpoznać te same emocje. Wtedy koloryt lokalny najbardziej interesuje – tłumaczy reżyser. W Europie „Sztuczki” obejrzało ok. 93 tys. osób. Jean-Luc Douin na łamach „Le Monde” chwalił film m.in. za łamanie stereotypów: „Jakimowski udowadnia, że kino polskie nie jest całkowicie skazane na zajmowanie się ponuractwem. Pokazuje, że świat może być piękny, nawet na szarej prowincji”.

Znaleźć formę

Polskie kino wciąż, niestety, kojarzone jest głównie z klasyką: Wajdą, Polańskim, Kieślowskim, Skolimowskim, Holland, a nowe, jeśli ktoś o nim słyszał, jest uważane za zbyt pesymistyczne dla europejskiego widza (ten sam zarzut dotyczy większości produkcji z byłego bloku wschodniego). – Dystrybutorzy stawali na uszach, by nie promować moich filmów jako polskich – potwierdza Jakimowski, przypominając, że dla Włochów, Francuzów czy Brytyjczyków polskie kino przestało być ciekawe po zniknięciu żelaznej kurtyny. – Francuzi „Sztuczkom” dali tytuł „Polskie lato” i później pluli sobie w brodę, bo musieli przekonywać, że jest to inny film, niż zwykle się sądzi o naszych produkcjach; że m.in. w Angers otrzymał nagrodę publiczności.

Z polskim kinem jest kłopot – martwi się Ewa Puszczyńska, producentka „Idy”. – Mimo dobrego samopoczucia środowiska ciągle słyszę od zagranicznych selekcjonerów, dystrybutorów, producentów, że nie powstaje u nas nic oryginalnego, świeżego, co byłoby porównywalne np. ze szkołą polską. To opinia krzywdząca.

Są jednak dowody potwierdzające, że wciąż powszechna. Na najbliższym, sierpniowym, festiwalu w Locarno zaplanowano obszerną prezentację młodego kina Europy Środkowo-Wschodniej. Będą tytuły z Polski. W pierwszych zagranicznych publikacjach na ten temat wymieniane są jednak produkcje z Rumunii, Bułgarii, a nie nasze. Matthieu Darras z festiwalu San Sebastian pisze książkę o kinie wschodniej Europy, omawia dorobek siedmiu reżyserów, większość z Rumunii. Polskę reprezentuje tylko Szumowska. – To świadczy, jak nikłe jest zainteresowanie Polską – narzeka Puszczyńska, przy czym nie obwinia za to urzędników PISF czy Instytutu Adama Mickiewicza, którzy wydają ogromne pieniądze, by promować naszą kinematografię.

Dobrych filmów jest sporo, lecz takich bezsprzecznie mocnych, wyrazistych, uniwersalnych, które dotrą wszędzie – niewiele. Nasi reżyserzy nie myślą o komunikowaniu się z zagraniczną widownią – precyzuje Agnieszka Holland, choć w równym stopniu odpowiedzialność za to ponosi niewydolny mechanizm działania europejskiego rynku dystrybucyjnego.

W coraz bardziej skomercjalizowanym obiegu kinowym zostaje niewiele miejsca na sztukę. Wskutek rozwoju nowych technologii (VoD) oraz piractwa europejska widownia kinowa stale się kurczy. W 2013 r. w skali kontynentu zanotowano spadek sprzedaży biletów o 4,1 proc. (u nas o 5,6 proc). Jeszcze większy regres dotyczy publiczności elitarnej, zafascynowanej do niedawna nową falą rumuńską. Jej potrzebę kontaktu z intrygującą, nieznaną szerzej egzotyką zaspokaja dziś kino z Gruzji, Kazachstanu i krajów postsowieckich.

Rynek dystrybucyjny jest rozsypany. Filmy europejskie przestały krążyć po Europie – ocenia Holland, od sześciu miesięcy szefowa Europejskiej Akademii Filmowej. – W sezonie jest kilka wydarzeń, którym udaje się przebić do ogólnoeuropejskiego rozpowszechniania. Na ogół dzieła kilku flagowych reżyserów promowanych przez Cannes albo – czasem – jakiś wyjątkowy sukces kasowy w jednym kraju sprawdza się też w innych. Ale to są pojedyncze wypadki, podczas gdy do końca lat 70. czy nawet połowy 80. chodziło o setki tytułów.

Polscy filmowcy mają pretensje, że są sabotowani przez wielkie festiwale, narzekają, że nie interesują się nimi agenci sprzedaży. Uważają, że robią europejskie kino, na którym świat się nie poznaje. – Są, oczywiście, wyjątki, ale wydaje mi się, że generalnie od „Dekalogu” Kieślowskiego polskiemu kinu brakuje uniwersalnego spojrzenia na świat, poszukiwania jakiejś ponadczasowej prawdy, formy, emocji – ocenia Paweł Pawlikowski.

Surową opinię Pawlikowskiego potwierdza nie tylko sukces „Idy”, ale też bezkompromisowa twórczość Lecha Majewskiego. Wizjonerski „Młyn i krzyż” Majewskiego zobaczyło do tej pory w Europie 124 147 osób (blisko trzy razy więcej niż w Polsce). To wynik porównywalny z oglądalnością elitarnego „Essential Killing” Skolimowskiego i znacznie lepszy od osiągniętego przez „W ciemności” Holland. Majewski, u nas wciąż uważany za outsidera, wypracował sobie na świecie pozycję mistrza. Na niedawno zakończonym festiwalu w Stambule, gdzie Nagrodę Specjalną Jury zdobyła „Papusza”, jego najnowszy obraz „Psie pole”, inspirowany „Boską komedią” Dantego, był prezentowany w tej samej sekcji co głośne filmy Atoma Egoyana, Terry’ego Gilliama, Volkera Schlöndorffa czy Claude’a Lanzmanna.

Wywołać modę

Wyników dystrybucji kinowej polskich filmów za granicą nie zbiera żadna polska instytucja. Zajmuje się tym Europejskie Obserwatorium Audiowizualne (EOA), które wraz z unijnym programem MEDIA założyło bazę danych LUMIERE. Kataloguje się w niej europejskie filmy pod względem liczby sprzedanych biletów z podziałem na kraje, gdzie je dystrybuowano. Czasem podawana jest tylko czołówka najbardziej popularnych. Polskie tytuły, zwłaszcza te, które okupują dolne rejony box office’u, są niekiedy pomijane.

André Lange z EOA przyznaje, że na europejskich ekranach żywot polskich filmów (premiery ma kilkanaście tytułów rocznie) jest bardzo krótki. Nawet tak wysoko ocenionym przez krytykę filmom, jak „Kret”, „Pora umierać”, „Chrzest”, „Ki”, „Sala samobójców”, nie udało się zebrać większej widowni niż 10-tysięczna. – Kieślowski to ostatni polski reżyser, który zapisał się w pamięci widzów. Jego filmy są dostępne na płytach DVD. O wiele trudniej zdobyć i zobaczyć np. twórczość Wajdy. Ja sam „Katyń” czy „Tatarak” musiałem sprowadzać z Polski i ze Stanów – dodaje Lange.

Na europejskiej liście filmowych best­sellerów znajdziemy też kilka niespodzianek. Świąteczną komedię romantyczną „Listy do M.” w Słowenii, ojczyźnie reżysera Miti Okorna, obejrzało blisko 78 tys. osób. Sukces filmu przyczynił się do przeprowadzenia głębokich zmian w słoweńskim ministerstwie kultury, mocno krytykowanym za nieudzielenie wsparcia rodakowi, który musiał szukać szczęścia za granicą. Zdziwienie budzi też stosunkowo wysoka frekwencja na nieudanym „Sztosie 2” Olafa Lubaszenki, który pod zmienionym tytułem „Polish Roulette” dystrybucję w Wielkiej Brytanii zakończył z wynikiem ok. 38 tys. widzów. Sprzedażą obrazu zajęła się firma Cooltura Films, próbująca wykorzystać potencjał naszej młodej emigracji. Sprowadziła do Wielkiej Brytanii również takie filmy, jak „Bitwa Warszawska 1920”, „Kac Wawa”, a ostatnio sensacyjny „Układ zamknięty”.

Żeby młodzi polscy twórcy osiągnęli podobną rozpoznawalność za granicą jak Pawlikowski, Szumowska, Jakimowski, muszą nakręcić co najmniej trzy przyzwoite filmy, które zostaną wyraźnie dostrzeżone na świecie – podsumowuje Stefan Laudyn, dyrektor Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Trzeba na to poświęcić około 10 lat. Bez determinacji, wiary, krytycznego spojrzenia, znaczących nagród w Cannes, Berlinie, Wenecji trudno też będzie wywołać modę na polskie kino, na co wszyscy po cichu liczą.

Polityka 18.2014 (2956) z dnia 27.04.2014; Kultura; s. 96
Oryginalny tytuł tekstu: "Jeden z tych cudów"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Homofobusy jeżdżą po polskich miastach. Szokują i wykluczają

Homofobusy rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat osób LGBT. To akcja Fundacji Pro-Prawo do Życia, która wbrew nazwie odmawia osobom nieheteroseksualnym prawa do wolnego od dyskryminacji życia w Polsce.

Agata Szczerbiak
17.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną