Wojciech Smarzowski – najważniejszy reżyser naszych czasów?

Polska bardziej be
Smarzowski nieoczekiwanie stał się najważniejszym reżyserem naszych czasów. Zajmuje się portretowaniem Polaków, jak kiedyś Wajda, lecz pokazuje całkiem inne, brzydsze twarze. Może prawdziwsze? Jest okazja do sprawdzenia – wraz z POLITYKĄ można będzie kupić głośny film „Pod Mocnym Aniołem” na DVD.
Nie ma wątpliwości, że Smarzowskiego należałoby umieścić w nurcie plebejskim, tak jak Wajda pozostaje sztandarowym przedstawicielem tradycji kordianowskiej.
Filip Świk/Napo Images/Forum

Nie ma wątpliwości, że Smarzowskiego należałoby umieścić w nurcie plebejskim, tak jak Wajda pozostaje sztandarowym przedstawicielem tradycji kordianowskiej.

„Wesele” pozostaje ostatnim krajowym filmem kultowym – w ścisłym znaczeniu słowa.
K. Wellman

„Wesele” pozostaje ostatnim krajowym filmem kultowym – w ścisłym znaczeniu słowa.

Po „Róży” zarzekał się, że ma dość historii. Ale od pewnego czasu mówi się, że przygotowuje scenariusz filmu o rzezi wołyńskiej.
Monolith/materiały prasowe

Po „Róży” zarzekał się, że ma dość historii. Ale od pewnego czasu mówi się, że przygotowuje scenariusz filmu o rzezi wołyńskiej.

Film do kupienia jeszcze w Sklepie POLITYKI: do 3 czerwca bez kosztów wysyłki.

***

Dwa polskie tytuły odnotowały w ubiegłym roku rekordową frekwencję: „Drogówka” Wojciecha Smarzowskiego oraz „Wałęsa. Człowiek z nadziei” Andrzeja Wajdy. Na „Drogówkę” wybrało się ponad milion Polaków, na Wałęsę niewiele mniej, jednak do miliona trochę zabrakło. W styczniu tego roku Smarzowski pokazał nowy film „Pod Mocnym Aniołem” i wszystko wskazuje na to, że kolejny raz zostanie „milionerem”, pokonując w zestawieniach oglądalności większość amerykańskich hitów.

Jednocześnie wcześniejsze filmy Smarzowskiego wciąż oglądane są na DVD i w telewizji, a „Wesele” pozostaje ostatnim krajowym filmem kultowym – w ścisłym znaczeniu słowa. Można je oglądać wielokrotnie, a i tak trudno wyłączyć telewizor, kiedy emitowane jest ponownie. Pomijając, że ci, którym zdarza się od czasu do czasu trafić na wiejskie wesele, mają nieodparte wrażenie, że rzeczywistość stara się za wszelką cenę naśladować filmowy pierwowzór. Nie da się ukryć, to Smarzowski w ostatnich latach „umeblował” nam masową wyobraźnię: kliszami z jego filmów patrzymy nie tylko na obrzęd weselny, ale w ogóle na Polskę, rozpoznając w rodakach charaktery znane z „Domu złego”, „Drogówki” czy „Mocnego Anioła”.

Twórcy teatralni też zaczynają „myśleć Smarzowskim”, czego najświeższym przykładem „Wesele” Wyspiańskiego wyreżyserowane w bydgoskim Teatrze Polskim przez Marcina Libera, które mogliśmy zobaczyć podczas Warszawskich Spotkań Teatralnych. Wódka leje się tam strumieniami, wszyscy są skłóceni ze wszystkimi, nie ma nawet pewności, czy młoda para przetrwa miesiąc miodowy. Należy natomiast wątpić, czy ktoś z oglądających spektakl przypomniał sobie genialne filmowe „Wesele” Wajdy.

Krzysztof Varga zgłosił autora nowego „Wesela” do bardzo prestiżowego zbioru „Ludzie Wolności” minionego 25-lecia, któremu patronuje „Gazeta Wyborcza”. Uzasadniał: „kino Smarzowskiego jest na wskroś polskością przesiąknięte, polskością od tej brzydszej, brutalniejszej, ale i prawdziwszej strony; Smarzowski stawia nam przed oczami lustro i mówi: tacy jesteśmy”.

Mniej więcej w tym samym czasie w tygodniku „wSieci” ukazał się pamflet na Smarzowskiego zatytułowany „Gardzący Wojtek”, z podtytułem „Nowy »wieszcz«”. Mimo cudzysłowu brzmiało to zachęcająco.

Człowiek z innej strony świata

Skąd się wziął Wojciech Smarzowski, tytułujący się Wojtkiem, jakby nie chciał sam siebie zbyt poważnie traktować? Najprostsza odpowiedź brzmiałaby: z innej strony świata. Nawet teraz, wychwalany i hołubiony przez media, niechętnie pokazuje się w miejscach, w których bywają ulubieńcy tłumów. O Smarzowskim wiemy właściwie tylko tyle, że robi filmy. Nie słychać, by podpisywał listy w jakiejkolwiek słusznej sprawie, nie komentuje głośno wydarzeń na Ukrainie, nawet dokładnie nie wiemy, jakie ma poglądy polityczne, choć można się domyślać, że ulubieńcem ugrupowań prawicowych raczej nie zostanie.

Urodził się w 1963 r., jedne źródła podają, że w Korczynie koło Krosna, inne – że w Jedliczach (gdzie z całą pewnością spędził dzieciństwo). Tak czy inaczej Podkarpacie, z dala od szosy. Studiował kulturoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim, następnie Wydział Operatorski w łódzkiej Szkole Filmowej, ale szybko przestał robić zdjęcia, wolał być reżyserem. Debiutancka „Małżowina” była zauważoną wprawką reżyserską, ale już „Wesele” (2004 r.) pokazało, że oto pojawił się reżyser, na jakiego polskie kino czekało od dawna.

Czy jednak na pewno miał być nim Smarzowski? Zdaje się, że oczekiwania czytelników i kinomanów tuż po przełomie 1989 r. były nieco inne. Sporo lat musiało minąć, zanim pogodziliśmy się z myślą, że nowy Żeromski nie napisze nowego „Przedwiośnia” i że nowy Wajda do spółki z nowym Munkiem nie stworzą w kinie nowej szkoły polskiej. Pojawiły się natomiast „Psy” Władysława Pasikowskiego, po obejrzeniu których Wajda przyznał, że początkujący reżyser wie coś ważnego o społeczeństwie, z czego inni twórcy nie zdają sobie sprawy. Uwaga odnosiła się głównie do entuzjastycznej reakcji widowni na scenę, w której pijani esbecy niosą pijanego kumpla i śpiewają dziarsko „Janek Wiśniewski padł”.

Tak, to było mocne wejście Pasikowskiego, który, niestety, później za długo pozostał wierny formule szybkiego kina akcji. Niemniej to właśnie „Psy” stały się pierwszym filmem „na nowe czasy”, dowodzącym, iż rodacy chwilowo nie potrzebują kina sławiącego heroizm demokratycznej opozycji lat 80. (Owszem, wątek pojawiał się parokrotnie w komediach).

Zapomniany dzisiaj krytyk i eseista Aleksander Jackiewicz opublikował swego czasu głośny artykuł „Kordianowskie i plebejskie tradycje w filmie polskim”. Nie ma wątpliwości, że Smarzowskiego należałoby umieścić w nurcie plebejskim, tak jak Wajda pozostaje sztandarowym przedstawicielem tradycji kordianowskiej. Ale plebejskość Smarzowskiego niewiele ma wspólnego z definicją stosowaną w czasach Jackiewicza. Reżyser nie idealizuje bowiem prowincji, nie zachwyca się czystością moralną tzw. prostego człowieka, którą to skłonność mieli niegdyś przedstawiciele nurtu wiejskiego zarówno w literaturze, jak i w kinie. Ale wbrew pojawiającym się czasem atakom na reżysera, w jego stosunku do Polski B nie ma pogardy. Tym bardziej że ta prowincja wcale nie tak bardzo różni się od Polski A. Dowodem choćby „Drogówka”, w której Warszawa jest prowincją do kwadratu.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj