„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Kultura

Kino jednego aktora

„Locke”: siła filmowego minimalizmu

Tom Hardy jako zmagający się z własnym sumieniem bohater filmu „Locke”. Tom Hardy jako zmagający się z własnym sumieniem bohater filmu „Locke”. materiały prasowe
Do najnowszego numeru POLITYKI dołączamy głośny film „Locke”. To obraz sygnalizujący nowe zjawisko w kinie: wysyp minimalistycznych dramatów, atrakcyjnych opowieści zbudowanych wokół jednego człowieka.
Robert Redford samotnie walczący z żywiołem w głośnym dramacie „All Is Lost”.materiały prasowe Robert Redford samotnie walczący z żywiołem w głośnym dramacie „All Is Lost”.
W „Locke’u” przeciwnikiem unieruchomionego w samochodzie bohatera jest jego psychika.materiały prasowe W „Locke’u” przeciwnikiem unieruchomionego w samochodzie bohatera jest jego psychika.

W ostatnich latach pojawiło się już co najmniej kilka arcyciekawych tytułów, które zaskakują solowymi występami w ascetycznych, pozbawionych fajerwerków fabułach. Przy czym nie chodzi o znany wytrawnym kinomanom awangardowy nurt nazwany neomodernizmem (współtworzony przez takich autorów, jak Aleksander Sokurow, Bela Tarr, Bruno Dumont, Tsai Ming Liang czy Carlos Reygadas), gdzie skromna, najwyżej kilkuosobowa obsada to norma. Tylko o należące do main­streamu popularne widowiska, których zamyślenie, rezygnacja i wyciszenie odcinają się od hałaśliwej popkultury, zdominowanej przez nastawione na szybki zysk Hollywood. W takich filmach jak „Locke” – surowych, refleksyjnych, skupionych na jednostce – niektórzy krytycy chcieliby dostrzec symptomy przełamywania impasu, w jakim znalazły się kręcone za setki milionów dolarów bezmyślne rozrywkowe superprodukcje. Zredukowany do mięśni i instynktu zabijania człowiek występuje tam najczęściej w roli dodatku do serii nużących efektów specjalnych.

Opozycją są wycyzelowane, przemyślane w każdym ujęciu filmy, zwykle opisujące pułapkę, w jakiej się znaleźli ludzie postawieni w ekstremalnej sytuacji. To kino nie proponuje łatwych rozwiązań. Dominującym wrażeniem jest poczucie klęski. Podważa świętą zasadę komercji, nie oferując happy endu, co też działa jak kubeł zimnej wody wylany na rozpalone głowy publiczności przyzwyczajonej do beztroski. A jednocześnie ta ostatnia chce je oglądać.

Samotne starcie

W głośnym, niestety nieznanym jeszcze w Polsce, dramacie „All Is Lost”, z dobiegającym osiemdziesiątki Robertem Redfordem w roli głównej (przez półtorej godziny nie odzywa się ani jednym słowem), grany przez niego stary, słabnący, zdany tylko na siebie mężczyzna próbuje ratować się z opresji po katastrofie jachtu na wzburzonym oceanie. Redford, niegdyś amant i uwodziciel, nie ukrywa swoich zmarszczek. Jest bezsilny, słaby i kompletnie bezradny w starciu z żywiołem. Zawodzi go instynkt, ciało, technika. Ugina się i – jak w sztukach Becketta – kończy wyciem i skomleniem, a tego wrażenia nie przekreśla nawet symboliczna scena ratunku w postaci „boskiej” dłoni wyciągającej go z morskiej otchłani.

W oscarowej „Grawitacji” Sandrze Bullock wprawdzie udaje się wyjść cało z opresji, wydostaje się z uszkodzonej stacji kosmicznej i powraca szczęśliwie na ziemię, ale cały film jest jednym wielkim krzykiem rozpaczy w obliczu ogromu i chaosu nieludzkiego kosmosu. W „Gerrym” wycieńczeni bezładną wędrówką Matt Damon i Casey Affleck gubią się na pustyni, co również nie może się skończyć dla nich dobrze. Żadna z tych postaci nie posiada nadnaturalnych zdolności, za to każda próbuje stawić czoło nie mniej potężnym demonom co Hulk czy Fantastyczna Czwórka. Tyle że – jak w życiu – choć nie ustają w wysiłkach, zawsze majaczy przed nimi widmo nieuchronnej przegranej.

W „Locke’u” przeciwnikiem unieruchomionego w samochodzie bohatera jest jego psychika. Słabość, nieodpowiedzialność oraz wina, którą decyduje się wreszcie przyjąć na swoje barki i odpokutować. Gra go zakatarzony, zasłonięty brodą Tom Hardy, aktor o nieprawdopodobnej wręcz umiejętności fizycznego dopasowywania się do skrajnie różnych typów osobowości. W thrillerze „Rock’N’Rolla” wcielił się w przystojnego geja. W szaleńczym kryminale „Bronson” był nierozpoznawalny jako łysy, odsiadujący wyrok psychopata, umięś­niony niczym strongman. W popularnej „Incepcji” zagrał charyzmatycznego oszusta, który – opanowawszy sztukę wnikania w cudze sny – wykrada informacje. W trzeciej części trylogii o Batmanie, „Mroczny Rycerz powstaje”, stworzył niepokojącą kreację demonicznego, bezwzględnego łotra Bane’a. A w „Locke’u” jest na przemian zimny, uwodzicielski, wzruszający, gwałtowny i głęboki.

Patrząc na tłumiącego wybuchy wściekłości Hardy’ego, można uwierzyć, że nie ma nic bardziej fascynującego od ludzkiej twarzy. Zesztywniałe od nerwów oblicze aktora przypomina pole bitwy, skrywające sprzeczne emocje i twardy charakter granej przez niego postaci: inżyniera budowlanego, który samowolnie opuszcza miejsce pracy i nie wraca do czekającej na niego wieczorem żony, ponieważ ma do załatwienia honorową sprawę, która zrujnuje mu karierę oraz szczęście życia rodzinnego.

Twarz w centrum

Nad tym, czy sama ludzka twarz, wyrażająca całą paletę emocji, nadaje się na bohatera pełnometrażowej fabuły, zastanawiano się oczywiście dużo wcześniej. Lody przełamywał pół wieku temu Andy Warhol. 35-minutowe zbliżenie szczytującego mężczyzny wprawdzie trudno nazwać jakimś spektakularnym widowiskiem, niemniej w „Blow Job”, wyreżyserowanym przez Warhola w 1963 r., robiło to wrażenie. Kobiecy orgazm – pomijając pornografię – rejestrowano też wielokrotnie, nie przypominam sobie jednak, aby poświęcono mu odrębny film. Piękny hołd tajemnicom kobiecej emocjonalności złożył za to niedawno irański klasyk neomodernizmu Abbas Kiarostami. W półtoragodzinnym dramacie „Shirin” z 2008 r. kamera ani na chwilę nie opuszcza twarzy Juliette Binoche. Treścią tego fascynującego dzieła jest obserwacja sposobu reagowania aktorki na ekranizację staroperskiego poematu. Trudno to nazwać intymnym monodramem, gdyż obok niej na sali kinowej siedzą inne kobiety, niemniej w centrum nieruchomego kadru znajduje się zawsze jej twarz.

Nakręcony w ciągu tygodnia przez znanego brytyjskiego scenarzystę Stevena Knighta „Locke” nie zarobił wielkich pieniędzy. Wyświetlały go kina studyjne. Ten sam los podzieliła większość minimalistycznych tytułów, w tym znakomity thriller science fiction „Moon” Duncana Jonesa z Samem Rockwellem – samotnym kosmonautą nadzorującym produkcję cennego paliwa na Księżycu. Dystrybutorzy uznali, że takiej ekstrawagancji widownia nie zniesie. Światowa krytyka była jednak zgodna: zarówno „Moon”, w którym dopatrzono się wpływów „Solaris” oraz atmosfery powieści Dicka, jak i „Locke” to filmy dojrzałe, łamiące granice kina gatunkowego, nowatorskie i godne zainteresowania. Nawet jeśli bohater jest zapuszkowany i gada ciągle przez telefon, ani przez chwilę nie odczuwa się nudy – chwalił „The Wall Street Journal”, uznając „Locke’a” za jeden z najlepszych obrazów 2014 r.

Podróż do jądra człowieczeństwa

Brak oddechu, klaustrofobia, literackie dialogi, nienaturalnie skondensowana dramaturgia to najczęściej powtarzające się zarzuty pod adresem niezależnych twórców, którzy zamiast na efekty specjalne, wybuchy czy mrożące krew w żyłach pojedynki, stawiają na realistyczną dekorację, domyślność, erudycję, wrażliwość widzów. Generalnie na portretowanie prawdziwych ludzi, zmagających się z fizjologią, chorobami, cierpieniem itd. Zdaniem ich oponentów stosunkowo rzadko – mistrzem jest tu Roman Polański – udaje się przełamać stereotyp teatralnej konwencji. W „Locke’u”, choć akcja od początku do końca umiejscowiona jest we wnętrzu samochodu sunącego nocą po brytyjskich autostradach, ograniczenie przestrzeni nie razi. Teatralności sytuacji się nie odczuwa. Mistrzowsko napisany i odegrany scenariusz ukazuje przepastną otchłań sumienia, jakiej na próżno szukać w innych filmach. Haris Zambarloukos, operator, nieprzypadkowo stara się oddać psychodeliczny klimat jazdy do jądra człowieczeństwa, nawiązując do słynnej, świetlnej sekwencji podróży w czasie z „2001: Odysei kosmicznej”. Zarówno pod względem realizacyjnym, jak i aktorskim jest to majstersztyk. Klaustrofobiczna atmosfera staje się zaletą. Mimo bardzo skromnych środków reżyserowi Stevenowi Knightowi udało się utrzymać napięcie do samego końca, podobnie jak cztery lata temu Rodrigo Cortésowi w „Pogrzebanym”, hiszpańskim filmie święcącym triumfy na wielu festiwalach (zdobył w sumie 14 nagród, w tym Złotą Żabę na Camerimage).

Już sam pomysł, aby opowiedzieć o tym, co się dzieje z człowiekiem, który budzi się zamknięty w trumnie, przyprawia o dreszcze. „Pogrzebany” nie jest jednak prymitywnym horrorem, żerującym na panicznym lęku doznania śmierci za życia. To nadzwyczaj udany eksperyment, dzieło o ambicjach artystycznych, sięgających zdecydowanie bardziej spraw ziemskich, społecznych, a nawet politycznych. Pierwsza niespodzianka – jest to thriller, niemal kino akcji, w którym kamera nie opuszcza zakopanego pod ziemią ani na sekundę. Druga – poza głosami słyszanymi w słuchawce telefonu komórkowego nie ma w filmie innych sygnałów życia. Od czołówki aż do napisów końcowych śledzimy los tylko jednego człowieka: najemnika, kierowcę ciężarówki (gra go z poświęceniem Ryan Reynolds), i jego desperacką, na granicy obłędu, bezsilną walkę o uwolnienie. Trzecią niespodzianką jest antywojenna wymowa „Pogrzebanego”. Okazuje się bowiem, że pułapka, w której się znalazł, to nic innego jak okrutna zemsta za amerykański terror w Iraku.

Minimalistyczne kino znakomicie nadaje się do odreagowywania także innych traum. Kilka lat temu pewny siebie młody człowiek, amator ekstremalnych przygód, wyruszył samotnie na wyprawę w niedostępne zakątki Gór Skalistych w stanie Utah. Nie informując o tym nikogo, bez telefonu komórkowego, pokonując na rowerze olbrzymie odległości, wpadł w pułapkę. Na pustkowiu, w wąwozie, jego rękę przygniotła skała. Podjęcie jakiejkolwiek akcji ratunkowej okazało się niemożliwe. Przez pięć dni, bez żywności, zdany tylko na siebie walczył o przeżycie. „127 godzin” Danny’ego Boyle’a dokonuje błyskotliwej, utrzymanej w tempie telewizyjnej reklamówki, rekonstrukcji tych wydarzeń, w centrum sytuując zmagania z dziką, groźną naturą. Mężczyzna nienawidzący hałaśliwej, sztucznej, tłumiącej pierwotne instynkty, doskonale zorganizowanej cywilizacji marzy o przejściu najsurowszej szkoły przetrwania, która dawałaby mu okazję do sprawdzenia się i dowiedzenia, na co go stać. Gdy wreszcie tego doświadcza, przekonuje się, że świat, od którego ucieka, również ma swoją wartość.

Zrealizowany cztery lata temu dramat nie był kolejną wersją historii zjedzonego przez niedźwiedzie Timothy’ego Treadwella, bohatera poetyckiego dokumentu Wernera Herzoga „Grizzly Man”. Boyle nakręcił atrakcyjną wizualnie przygodówkę, bez ambicji poruszania głębszych, filozoficznych pytań. W „127 godzinach” uwagę przykuwa przede wszystkim dynamiczny sposób opowiadania, ostra rockowa muzyka, szybko montowane ujęcia oraz wyrazista gra Jamesa Franco. Wszystko po to, by zrównoważyć monotonię obcowania w zasadzie tylko z jednym aktorem przez półtorej godziny. Wyszło nadspodziewanie dobrze.

Sen po „Śnie”

Filmy pokroju „Locke’a”, mimo ambitnych założeń, nie piętrzą zbyt wygórowanych oczekiwań przed widzami. To kino – jeśli można tak powiedzieć – masowe, niemal dla każdego. W przeciwieństwie do wspomnianego nurtu neomodernizmu, którego wyżyłowanie formalne w połączeniu z awangardowymi zapędami reżyserów może stanowić poważne wyzwanie. Różnicę widać doskonale na przykładzie „Arirang” Koreańczyka Kim Ki Duka, ni to fabule, ni to egzotycznym dokumencie, bardzo podobnym tematycznie do dzieła Stevena Knighta.

Kilka lat temu na planie „Snu” Kim Ki Duka zdarzył się przykry incydent. Aktorka odgrywająca scenę samobójstwa niemal straciła życie. Reżyser wziął winę na siebie. Chcąc zrozumieć, co się właściwie stało, odpokutować, skazał się na wygnanie. Zamieszkał samotnie w górskiej chatce bez toalety, ogrzewania, bieżącej wody. Dręczony wątpliwościami i wyrzutami sumienia zaczął pić, stracił ochotę do dalszej pracy. Po dwóch latach wegetacji znalazł się na granicy szaleństwa, w pułapce, o której wcześniej opowiadał m.in. w pamiętnym baśniowym moralitecie „Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna”. „Arirang” jest właśnie zapisem drogi prowadzącej do samooczyszczenia. Spowiedzią reżysera. Intymnym dokumentem nakręconym kamerą cyfrową bez czyjejkolwiek pomocy z zewnątrz. Roztrząsanie grzechów, analizowanie słabości, wypominanie współpracownikom nielojalności, zdrady ideałów prowadzą Kim Ki Duka do pytań głębszych: czym jest sztuka, śmierć, utracona przyjaźń, jaką się płaci cenę za krzywdzenie innych, co jest najważniejsze w życiu. „Arirang” przestaje być dokumentem, zamienia się w medytację, autorską fantazję na temat ożywczej siły wyobraźni i mocy kreacji. A przy tym jest filmem jednego człowieka na zupełnie innym poziomie – reżysera, scenarzysty i aktora.

Polityka 38.2014 (2976) z dnia 16.09.2014; Kultura; s. 87
Oryginalny tytuł tekstu: "Kino jednego aktora"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Agnieszka Graff i Elżbieta Korolczuk dla „Polityki”: Prawica nauczyła się grać w gender

Rozmowa z Agnieszką Graff i Elżbietą Korolczuk o kobietach, które na ulicach pokazują nowy feminizm, i mężczyznach zakażonych ultrakonserwatyzmem.

Katarzyna Czarnecka
01.12.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną