Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Kultura

Żywot Polaka zaplątanego

„Obywatel” Jerzego Stuhra: heroizm czy kabotynizm?

„Obywatel” dostał w Gdyni Nagrodę Specjalną „Obywatel” dostał w Gdyni Nagrodę Specjalną Vue Movie Distribution
Jerzy Stuhr zapowiada, że „Obywatel” to komediowe rozliczenie jego pokolenia, z historią w tle. Ale czy pokolenie rozpozna się na ekranie i czy będzie mu do śmiechu?
„Obywatel” choć pod względem artystycznym pozostawia niedosyt, jest filmem ważnym, dotykającym jednego z najczulszych miejsc w układzie nerwowym Polaków.Vue Movie Distribution „Obywatel” choć pod względem artystycznym pozostawia niedosyt, jest filmem ważnym, dotykającym jednego z najczulszych miejsc w układzie nerwowym Polaków.
Bratek to modelowy bohater z przypadku.Vue Movie Distribution Bratek to modelowy bohater z przypadku.
„Trzeba legendy. Janek, ty w mleczarskim środowisku zaś jest legendą” – powie mu kolega.Vue Movie Distribution „Trzeba legendy. Janek, ty w mleczarskim środowisku zaś jest legendą” – powie mu kolega.

Akcja filmu rozpoczyna się tu i teraz. Jak zapisano w scenariuszu: „Rok 2014. Jesień”. Bohatera, noszącego dość pospolite nazwisko Jan Bratek, poznajemy w momencie chwilowego triumfu, gdy występuje w programie telewizyjnym w charakterze świadomego swej misji rzecznika prasowego Metropolii Warszawskiej. Jednak już za chwilę dowiemy się, że jest pechowcem, a nawet pechowcem do kwadratu, gdyż kiedy będzie opuszczał gmach przy ulicy Woronicza, trafi go w głowę wielka litera „P” z umieszczonego na szczycie gmachu logo Telewizja Polska. Mamy zatem pierwszą mocną metaforę – oto bohater, któremu Polska dała po głowie, jeszcze jeden przez Polskę zraniony, nic to, że tylko przez duże „P”.

Leżąc w szpitalu, ze ściśle obandażowaną głową (czego skutki zobaczymy w finale), będzie miał dużo czasu, aby przemyśleć swe życie. Jerzy Stuhr nie opowiada życiorysu Jana Bratka po kolei: dostajemy biografię w strzępach, raz jesteśmy w czasach jego dzieciństwa, potem bliżej współczesności, i znowu cofamy się w przeszłość. Niemniej przed napisami końcowymi obraz układa się w całość, już nie ma najmniejszych wątpliwości, z kim mamy do czynienia. Oto Polak zaplątany w historię, lecz raczej niestawiający jej biegowi oporu. Co najwyżej jest Miłoszowym kamieniem („Lawina bieg od tego zmienia,/Po jakich toczy się kamieniach”), ale gładzonym i polerowanym przez życie. Jego istotny wpływ na bieg dziejów jest mniej więcej taki jak bohatera popularnej komedii Tadeusza Chmielewskiego, któremu wydawało się, że rozpętał drugą wojnę światową i ją zakończył.

Przypadkowy bohater

Do kogo podobny jest Jan Bratek na pierwszy rzut oka? Na plakacie zapowiadającym premierę filmu ma kojarzyć się z Forrestem Gumpem, ale raczej nie ma powodu, by szukać tu głębszych analogii, gdyż ich się nie znajdzie. Zdecydowanie bardziej przypomina Jana Piszczyka z „Zezowatego szczęścia”, tym bardziej że Jerzy Stuhr w 1988 r. grał największego polskiego pechowca w „Obywatelu Piszczyku” Andrzeja Kotkowskiego, kontynuacji arcydzieła Andrzeja Munka. Lecz i z tym podobieństwem sprawa nie wygląda tak prosto, jakby mogło się wydawać.

Munk, pozostający w opozycji do Andrzeja Wajdy i całej filmowej szkoły polskiej, przedstawiał ironiczną wersję historii, nieufnie traktując bohaterstwo na pokaz i naszą skłonność do celebrowania martyrologii. Jan Piszczyk, syn krawca damskiego, drobnomieszczanin, któremu imponują oficerskie mundury, za wszelką cenę chce płynąć z głównym nurtem historii, lecz wciąż trafia na mieliznę. Spóźnia się na wojnę, przypadkowo znajdzie się w oflagu, zwolniony będzie udawał bohatera, lecz szybko zostanie skompromitowany. Po wojnie porwie go, jak sam mówił, entuzjazm nowych czasów, ale i teraz nie zazna spokoju. Niewinny trafi do więzienia, z którego nie będzie chciał wyjść. Boi się wolności, co w realiach lat 50. wcale tak śmiesznie nie brzmi. Krótko mówiąc, Jan Piszczyk jest postacią komiczną, ale i tragiczną zarazem. Śmieszy i wzrusza jednocześnie.

O Janie Bratku nie daje się tego powiedzieć. Jest chwilami nieodparcie śmieszny, ale tragiczny to już nie. Niby ofiara, ale zawsze wie, gdzie leżą konfitury. W czasach studenckich był działaczem młodzieżowym, po 1968 r. wstąpił do partii. Odda legitymację, ale tylko dlatego, że i tak by mu ją odebrano, co otwiera mu drogę do kariery w opozycji. Tu zresztą musimy scenarzyście wierzyć na słowo, iż wiadomość o czynie Bratka zostanie podana w Wolnej Europie, co sprawi, że wszyscy go rozpoznają, kiedy zostaje roznosicielem mleka. „Trzeba legendy. Janek, ty w mleczarskim środowisku zaś jest legendą” – powie mu kolega. Śmiech na sali.

Bratek to modelowy bohater z przypadku. 13 grudnia 1981 r. zostanie przypadkowo zatrzymany przez ZOMO, następnie trafi do obozu dla internowanych, gdzie mu się krzywda nie stanie. W ogóle „internat” u Stuhra to są całkiem znośne wczasy – jedynym problemem osadzonych jest brak firanek w łazience. W połowie lat 80. Bratek będzie jednym z tych obywateli, którym odpowiada ład i porządek wdrażany przez gen. Jaruzelskiego. Reprezentując polityczny realizm, powie podległej pracownicy: „Tak, byłem w Solidarności, ale dzisiaj wiem, że muru w Berlinie nie zburzę i niech to pani zapamięta”.

Wśród wielu zajęć, których będzie się imał, jest też epizod statysty w filmie „Sobieski pod Wiedniem”. Zdjęcia zostają jednak przerwane, asystent reżysera zaś zwraca się do Bratka: „Wypnę panu skrzydła. Nie będą już potrzebne”. Nigdy ich nie nosił.

Kino niemoralnego spokoju

Zanim Stuhr zagrał Piszczyka w filmie Kotkowskiego, wsławił się przede wszystkim „Wodzirejem”, gdzie stworzył typ idealnego konformisty czasów schyłkowego PRL. Niewykluczone, że Jan Bratek gdzieś na swojej drodze spotkał Lutka Danielaka, na przykład wówczas, kiedy został kierownikiem zespołu folklorystycznego Kujawiak. Mogliby się nawet zaprzyjaźnić, wymienić doświadczeniami.

Czy potrafiłby natomiast dogadywać się z bohaterami innych powstałych w tym czasie co „Wodzirej” filmów? Pod względem metrykalnym urodzony w 1947 r. Bratek należy bowiem do pokolenia tworzącego kino moralnego niepokoju, a wcześniej wypowiadającego się w poezji nurtu nazwanego Nową Falą. W tych samych mniej więcej latach studiowali i tworzyli Stanisław Barańczak, Julian Kornhauser, Ryszard Krynicki, Adam Zagajewski. Nic na to nie wskazuje, by Bratek czytał ich wiersze.

Jego rówieśnicy w filmach Kijowskiego, Zanussiego, Kieślowskiego czy Holland bronili, jak to się wówczas mówiło, wartości niezbywalnych, zagrożonych w czasach coraz bardziej realnego socjalizmu. Przegrywali, ale z honorem, wykonując romantyczne gesty, z którymi było im do twarzy. Jan Bratek raczej nie przystaje do tego zbioru. Zamiast moralnego niepokoju wybiera moralny spokój.

Stuhr, scenarzysta i reżyser, dekonstruuje mitologię założycielską pokolenia, do którego sam należy. Bodaj ostatniego pokolenia tak wyraźnie zdefiniowanego ważnym przeżyciem, jakim był Marzec 1968 r. W wywiadzie z Ewą Winnicką, poprzedzającym książkowe wydanie scenariusza, Stuhr tak wspomina ówczesne bliskie spotkania z milicją na Uniwersytecie Jagiellońskim: „I znowu żeśmy lecieli, żeby się dać spałować. Przeszliśmy »ścieżkę zdrowia«. Pod wieczór wszyscy płakaliśmy w Jaszczurach, jak to nas skurwysyny zbiły. Jęczeliśmy, że reżim wodą oblał i pałami potraktował. Jaki ja byłem zadowolony z tych moich siniaków!”.

 

Czyli raczej kabotynizm, a nie heroizm. W podobnej konwencji Stuhr pokazuje wydarzenia z epoki pierwszej Solidarności. Podczas okupacji sali urzędu miasta, gdy szykuje się akcja ZOMO, protestujący postanawiają przywiązać się paskami do krzyża. Bratek nie stanie się częścią tej „grottgerowskiej” grupy, ponieważ nosi szelki. Wiadomo, pechowiec. Ale będzie jeszcze śmieszniej, kiedy jeden z kolegów obleje się sokiem pomidorowym i zacznie jęczeć: „Ludzie! Polaka pobili! Polaków biją!”. Przypomina się bohater opowiadania Sławomira Mrożka „Monica Clavier”, który w międzynarodowym towarzystwie w Wenecji chwalił się niepełnym uzębieniem, tłumacząc, że wybili mu zęby za wolność.

Stuhr w cytowanym wcześniej wywiadzie tłumaczy, iż jest w nim strach Kafki i zarazem kretynizm Szwejka, zaś „ludzie spoza Mitteleuropy nie zrozumieją, że można się jednocześnie bać i śmiać z tego”. W Polsce też niełatwo to zrozumieć.

Sztuka pisania życiorysów

„Obywatel” dostał w Gdyni Nagrodę Specjalną, lecz w pofestiwalowej ankiecie branżowego miesięcznika „Kino” krytycy przyznali mu średnią ocenę 3,2 (w skali 1 do 6). W wielu fragmentach Stuhr idzie na skróty, niepotrzebnie ciągnie bohatera przez wszystkie możliwe sytuacje historyczne, czego efektem jest skrótowość, a czasem zwyczajny banał. Niepotrzebnie też w manierze kabaretowej usiłuje odnieść się do bieżącej polityki (jedna z filmowych ripost: „Ty jesteś tam, gdzie stało ZOMO”). Wizerunek biskupa korzystającego z usług prostytutek, w dodatku mającego szczególnie wyrafinowane żądania, ponad możliwości zatrudnionych, też do subtelnych żartów trudno zaliczyć.

Stuhr „ustawia” sobie z góry oponentów, mówiąc w wywiadach, że trzeba odwagi, by zrobić taki film, i na pewno prawica się na niego rzuci. Nie musi się asekurować. „Obywatel” choć pod względem artystycznym pozostawia niedosyt, jest filmem ważnym, dotykającym jednego z najczulszych miejsc w układzie nerwowym Polaków. Mianowicie życiorysu tych, którzy żyli w minionym systemie, a potem – nie zmieniając adresu ani narodowości – przenieśli się błyskawicznie do zupełnie innego kraju. Jak to ujął sam Stuhr: „Urodziłem się, kiedy żył Stalin, żyję w demokracji. Fascynujące!”. Co było pomiędzy?

Po 1989 r. w sztuce pisania polskich życiorysów nastąpił wyraźny zwrot. Powstało ogólne wrażenie, iż obywatele PRL zajmowali się głównie zwalczaniem narzuconego systemu. Wątki patriotyczne i martyrologiczne zaczęły pojawiać się nawet w biogramach b. komunistycznych działaczy, przypominających sobie nagle krewnych rozstrzelanych w Katyniu. Jednocześnie kwitł kult bohaterów poza wszelkim podejrzeniem: kombatantów, powstańców, działaczy demokratycznej opozycji.

Nieliczne próby pokazania plam na tej panoramie heroizmu nie zyskiwały aplauzu. Bez echa przeszedł nakręcony w 1989 r. film Krzysztofa Zanussiego „Stan posiadania”, w którym reżyser pytał, czy do krainy wolności zabierzemy również tych, którzy „na poprzednim etapie” wolności czynnie zagrażali. Podobnego bohatera pokazał Wojciech Marczewski w „Ucieczce z kina Wolność”. Ciekawy był los powieści Janusza Andermana „Cały czas”, powstałej już w naszym wieku, prezentującej pisarza nieudacznika, w życiu prywatnym wyjątkowego wręcz sukinsyna, nieupiększonego reprezentanta pokolenia ówczesnych 50-latków. Gdy kilka lat później Janusz Morgenstern przeniósł książkę na ekran, ofiarował wspaniałomyślnie bohaterowi szansę odkupienia za grzechy.

Dzisiaj wymagania wobec herosów zdecydowanie wzrosły. Nawet prof. Witold Kieżun, ikona obchodów 70 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, znalazł się w kręgu podejrzanych o współpracę ze służbami. Wysiłki na rzecz skompromitowania życiorysu Lecha Wałęsy właściwie nie ustają. Film Andrzeja Wajdy niczego w tym względzie nie zmienił. Nie mówiąc o lustracji podrzędniejszych aktywistów Solidarności.

Jeżeli przyjmiemy, że Stuhr postanowił zabrać głos w tej kwestii, to zadane przez niego pytanie brzmi: dlaczego wymagamy heroizmu od innych, nie pytając, jak sami przebyliśmy szlak wiodący od PRL do RP? Mógłby nawet dodać kwestię Bohatera „Kartoteki” Tadeusza Różewicza: „Bracia moi, moje pokolenie! Do was mówię”. Jan Bratek wręcz kłuje w oczy antybohaterstwem, lecz czy w swojej posuniętej do granic przeciętności nie przypomina jego rówieśnikom kogoś, kogo dobrze znają? Można się oburzać albo nie.

***

Rówieśnicy Janka Bratka

W 1947 r. urodzili się m.in.: Filip Bajon, reżyser filmowy, Leszek Balcerowicz, ekonomista, Henryka Bochniarz, bizneswoman, Jerzy Bralczyk, językoznawca, Stanisława Celińska, aktorka, Ewa Dałkowska, aktorka, Kazimierz Deyna, piłkarz (zm. 1989), Halina Frąckowiak, piosenkarka, Mirosława Marody, socjolog, Jerzy Popiełuszko, ksiądz (zm. 1984), Wanda Rapaczyńska, menedżer prasowy, Tadeusz Sobolewski, krytyk filmowy, Jerzy Stuhr, aktor i reżyser, Janusz Zaorski, reżyser filmowy, oraz Zdzisław Pietrasik, dziennikarz.

Polityka 45.2014 (2983) z dnia 04.11.2014; Kultura; s. 92
Oryginalny tytuł tekstu: "Żywot Polaka zaplątanego"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Polityka przy stole. Symulator kampanii wyborczej i inne planszówki

Kogo znane na co dzień z ekranów i gazet polityczne spory nadal bardziej ekscytują, niż męczą, może sprawdzić swoich sił w ich wersji pudełkowej. Uwaga – wciągają jak prawdziwe.

Michał Klimko
25.11.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną