Kultura

Szukanie kołtuna

Polskie drobnomieszczaństwo na wystawie

Andrzej Tobis, zdjęcie z cyklu „A-Z (Gabloty edukacyjne)”, rejestrującego czasy gwałtownych przemian ostatnich trzech dekad Polski. Andrzej Tobis, zdjęcie z cyklu „A-Z (Gabloty edukacyjne)”, rejestrującego czasy gwałtownych przemian ostatnich trzech dekad Polski. CSW Kronika w Bytomiu
Polska kołtuneria była niegdyś doskonałą pożywką artystyczną Gabrieli Zapolskiej czy Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Dziś temat podejmuje wystawa „Plica polonica” w Galerii Kronika w Bytomiu.
Piotr Wysocki, „Transeuro 2012”, kadr z filmumateriały prasowe Piotr Wysocki, „Transeuro 2012”, kadr z filmu

Jeśli wierzyć przekazom podróżników, Inuici mają mnóstwo (od 16 według jednych po 120 według innych) terminów na określanie śniegu. Dlaczego? Bo jest dla nich ważny. Trzymając się tej reguły, można podejrzewać, że zjawisko kołtunerii to z kolei żywotna kwestia rodaków używających takich pojęć, jak ciemnogród, filisterstwo, obskurantyzm, dulszczyzna, zaściankowość, zacofanie, drobnomieszczaństwo, prowincjonalizm, ciemnota, parafiańszczyzna itd. Nie mówiąc już o tak archaicznych terminach, jak episjer czy mydlarz.

Bogatemu językowi towarzyszy duża zgodność w definiowaniu fenomenu, punktującego takie przypadłości, jak nietolerancja, przesądy, hipokryzja, ignorancja, powierzchowność i łatwość osądów, ale też instynkt stadny, strach przed ośmieszeniem itd. Schody zaczynają się dopiero wówczas, gdy przychodzi wskazać na kołtuna palcem, gdy chce się go wysupłać z tłumu i postawić w świetle reflektorów. Rozrzut opinii jest rzeczywiście ogromny. Swego czasu Bronisław Wildstein przekonywał, że współczesnych kołtunów szukać należy przede wszystkim na lewej stronie sceny politycznej kraju. Lewica z kolei nie ma wątpliwości, że dulszczyzna to immanentna przypadłość prawicy, szczególnie tej moherowej.

Polowanie na filistrów

Wyciąganiem kołtuna pod pręgierz w Polsce najbardziej ochoczo zawsze zajmowali się twórcy. Złoty okres polowania na filistrów to przede wszystkim przełom XIX i XX w., gdy skutecznie razili ich ostrzem satyry, poza wspomnianą Zapolską, m.in. Włodzimierz Perzyński i Michał Bałucki, zaś August Kisielewski pisał: „Filister to jest zero, nul… to jest coś, co nie jest, a rusza się”. Dużo bardziej wstrzemięźliwi bywali malarze, bo w końcu to mieszczaństwo i drobnomieszczaństwo stanowiło ich główną klientelę, trudno więc kąsać rękę, która karmi.

Dziś twórcy bardzo oszczędnie angażują się w tworzenie portretu nowego polskiego filistra, z jego systemem wartości, zachowaniami, postawami, gustami. Spośród filmowców takie wyzwanie podjął praktycznie tylko Wojciech Smarzowski w „Weselu”. A było to, przypomnę, już 11 lat temu! Inni reżyserzy wolą kręcić obrazy o społecznych obrzeżach: prostytutkach, buntownikach, outsiderach, alkoholikach, ludziach przeżywających duchowe kryzysy. Literatura częściej stara się rzucić snop światła na współczesne drobnomieszczaństwo, dzięki takim książkom jak „Trociny” Vargi, „Niepotrzebne skreślić” Engelkinga czy „Jetlag” Wiśniewskiego. Ale i tu nie doczekaliśmy się jednego, całościowego i epickiego portretu polskiego filistra XXI w.

Paradoksalnie, więcej dowiemy się o naszym dzisiejszym kołtunie z telenowel i B-klasowych kryminałów, mało finezyjnych, ale starających się przynajmniej znaleźć „blisko życia”. Stosunkowo najlepiej radzi sobie z tematem teatr. Dość regularnie pojawiają się spektakle, których twórcy próbują uchwycić fenomen dulszczyzny w III RP. Jak w spektaklu „Szczury” Mai Kleczewskiej (Teatr Powszechny w Warszawie), w „Jeżycjadzie” Weroniki Szczawińskiej czy w kolejnych realizacjach pary Demirski-Strzępka.

Kołtuństwo i „Golgota Picnic”

Zamiast diagnozą rodzimych filistrów twórcy z powodzeniem zajmują się ich prowokowaniem. Działaniami artystycznymi, które zmuszają do wyjścia z domu i głośnego protestowania. Powszechnie więc uważa się, że to właśnie narodowe kołtuństwo stanęło do walki ze spektaklem „Golgota Picnic” i obrusza się na kolejne teatralne akty nagości w spektaklach Krzysztofa Warlikowskiego. Jeszcze częściej przydarza się to rodzimej sztuce, która – można zaryzykować opinię – posiadła wręcz patent na skuteczne drażnienie nadwiślańskich kołtunów naruszaniem kolejnych tabu. Wyspecjalizowała się w tym tzw. sztuka krytyczna, by przypomnieć kolejne afery towarzyszące takim pracom, jak „Łaźnia męska” Kozyry, „Obóz koncentracyjny z klocków Lego” Libery, „Kuszenie” Markiewicza, „Pasja” Nieznalskiej czy „Termofory” Rumasa.

Ale równocześnie ta sama sztuka krytyczna, tak chętnie wadząca się z drobnomieszczaństwem, nie pozostawiła po sobie praktycznie żadnego celnego czy głębszego obrazu owej duchowej formacji. W tej sytuacji twórcą, który chyba najciekawiej (co nie znaczy, że w pełni) ją zdiagnozował, okazał się Marcin Maciejowski, inteligentnie wysupłujący z mass mediów charakterystyczne obrazy naszej zaściankowości i przenoszący je na płótno. Ale i jemu daleko do powstających kilkadziesiąt lat temu „socjologicznych” obrazów Jerzego Dudy-Gracza, który – choć wyśmiewany przez rodzimą awangardę – potrafił idealnie sportretować współczesnego mu kołtuna. I choć dzisiejsze środki artystycznego przekazu (instalacje, akcje, wideo art) wydają się idealne do zmierzenia z wielowymiarowym fenomenem dulszczyzny, widz otrzymuje co najwyżej jakieś okruchy obrazu w niektórych pracach takich twórców, jak Julita Wójcik, Aneta Grzeszykowska czy Cezary Bodzianowski.

Trzeba przyznać, że i bytomska wystawa, choć przygotowana starannie, jest świadectwem sporej bezradności artystów w zderzeniu z tematem. Otwiera ją imponujące zdjęcie największego zachowanego w Polsce kołtuna. Znajduje się w zbiorach Uniwersytetu Jagiellońskiego, pochodzi z XIX w. i mierzy 1,5 metra długości. To właśnie taki dawny gigantyczny dred, często pielęgnowany przez naszych rodaków, nabrał z czasem symbolicznego znaczenia i na stałe kazał kojarzyć się nie tylko ze stanem ducha, ale w ogóle z Polską (po łacinie: plica polonica).

Gdy jednak z dziedziny dawnej pielęgnacji przechodzimy do współczesnej kultury, to okazuje się, że trudno na podstawie dzieł sztuki wyrobić sobie jakieś zdanie o dzisiejszym filistrze. Ekspozycja sugeruje, by jego śladów szukać w polityce. Na zdrowy rozsądek wniosek to trafny, wystarczy przypomnieć sobie niektóre sejmowe debaty. Niestety, artyści nie bardzo potrafią trafić w sedno sprawy. Bo trudno za antykołtuńskie uznać zdjęcia Doroty Nieznalskiej, fotografującej się na grobie jej przodka Romana Dmowskiego, choć sama koligacja jest oczywiście ciekawostką. Podobnie jak nie przekonuje do czegokolwiek fotomontaż Zbigniewa Libery, który zestawił zdjęcia słynnych polskich polityków lat 80. i 90. według jednego tylko kryterium: ich zbiorowej słabości do wełnianych marynarek w pepitkę. To raczej artystyczny żart. Może i nie ma w tym przypadku – w końcu dziś o kołtunie opowiadają najczęściej twórcy rysunków satyrycznych albo memów.

Artystom znów lepiej idzie wtedy, gdy nie muszą tropić kołtuna, ale mogą go tylko prowokować. Jak wspomniana już Dorota Nieznalska na grobie Dmowskiego. Lub Bogna Burska, montująca wideo z obrazów bitwy pod Grunwaldem, wykorzystanych w profesjonalnych i amatorskich ekranizacjach, reklamach, grach komputerowych, rekonstrukcjach historycznych, i stawiająca w ten sposób duży znak zapytania nad tym wielkim narodowym mitem.

Ale wzorcową w tym gatunku pracą jest „Transeuro 2012” Piotra Wysockiego. Otóż w starannie przygotowanym happeningu postanowił on uderzyć w twierdzę męskiego szowinizmu i ciemnogrodu: kibiców piłkarskich. Na jednym z krakowskich stadionów zorganizował prawdziwy mecz piłkarski środowisk LGBT z całą należną oprawą: kibicami, profesjonalnymi strojami, sędziami, trenerami, a nawet sportowym komentatorem. Wywoływanie kołtuna z lasu udaje się jednak coraz słabiej, bo nie słyszałem, by w związku z bytomską wystawą podniosły się jakiekolwiek głosy „słusznie oburzonych obywateli” lub by chłopcy z bejsbolowymi pałkami mieli zamiar zdemolować ekspozycję.

Kołtun w ogródku

Kołtuna najlepiej widać w fotografii. Honoru tytułu wystawy zdają się bronić dwie, złożone z wielu zdjęć, prace Jerzego Lewczyńskiego oraz Andrzeja Tobisa. W obu przypadkach mamy do czynienia z rodzajem zapisu podróży po kraju, który odnotowuje ikonografię polskiej przestrzeni publicznej w czasach gwałtownych przemian ostatnich trzech dekad. Nadal brakuje tam kołtuna, ale za to ujawnia się jego estetyka dekorowania ogródków, malowania domów, kreowania małej architektury.

W ogóle wydaje się, że to właśnie fotografia jest dziś medium, które najlepiej zbliża się do fenomenu naszego drobnomieszczaństwa. Świetne zdjęcia Przemysława Pokryckiego, pokazujące rodaków w sytuacjach odświętnych, prace Łukasza Skąpskiego czy artystek z Zorka Project – to wszystko są próby zmierzenia się ze współczesnym polskim społeczeństwem i jego właściwościami. Nawet pozbawione postaci cykle fotograficzne Wojciecha Wilczyka czy Nicolasa Grospierre’a potrafią powiedzieć wiele o polskim kołtunie, a konkretnie o jego estetycznych wyborach.

Twórcy słabo sobie radzą z kołtunem. I trudno powiedzieć, czy jest to spowodowane tym, że jest on w zaniku. Czy może przestał być atrakcyjnym motywem artystycznym? Opatrzył się, wyblakł, utracił zdolność irytowania? Ale może być i tak, że trudno go znaleźć, wyłuskać ze społeczeństwa, wypreparować jego etykę i estetykę? Stał się niewidoczny, zakamuflował się, rozpłynął w masie, ukrył wśród dotychczasowych wrogów. I dlatego trudno go namierzyć.

W zrealizowanej kilka lat temu przez Agnieszkę Glińską „Moralności pani Dulskiej”, w Teatrze Współczesnym w Warszawie, tytułowa bohaterka to nie zaściankowa obłudnica, ale kobieta racjonalna, wyważona, oszczędna. To wszyscy wokół są histeryczni, głupi, kołtuńscy. W wywiadzie udzielonym przy okazji tej premiery Glińska mówiła: „Interesuje mnie, ile Dulskiej jest w nas? Ile jest jej we mnie? Mogłabym powiedzieć za Flaubertem: »Dulska to ja«. Kołtuński reżyser z kołtuńskimi aktorami robią kołtuńskie przedstawienie w kołtuńskim teatrze”.

Polityka 4.2015 (2993) z dnia 20.01.2015; Kultura; s. 82
Oryginalny tytuł tekstu: "Szukanie kołtuna"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Tata Maty

W przewrotnym sensie jest beneficjentem rządów PiS, gdyż będąc ich konsekwentnym krytykiem, stał się znaczącą osobistością życia publicznego. Niektórzy określają go mianem „opozycyjnego celebryty”, na co Marcin Matczak nieco się zżyma. Ale w sumie nieźle oddaje ono jego status.

Rafał Kalukin
18.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną