Banda czterech: połączeni pasją pisania

Literacka grupa wsparcia
Kto posłuchałby ich rozmów, nie zgadłby, że zajmują się literaturą, a nie choćby stolarką. Wszyscy wyszli ze świata fantastyki, ale każdy jest zupełnie innym pisarzem: Szczepan Twardoch, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak i Jakub Żulczyk.
Szczepan Twardoch
Jacek Kołodziejski

Szczepan Twardoch

Łukasz Orbitowski
Mariusz Martyniak/Matys Studio/Od Deski Do Deski

Łukasz Orbitowski

Wit Szostak
Leszek Zych/Polityka

Wit Szostak

Jakub Żulczyk
Leszek Zych/Polityka

Jakub Żulczyk

Tylko nie pisz, że jesteśmy jakąś grupą literacką i że to jest jakiś nurt w literaturze, bo to nieprawda – zastrzega Jakub Żulczyk. Potem przyznaje, że im dłużej się zastanawia, tym ich relacja wydaje mu się bardziej niezwykła. Nie wszyscy znają się tak samo długo – Żulczyk i Szostak poznali się stosunkowo niedawno. Lubią nawzajem mówić o swoich książkach – już kilka miesięcy temu Wit Szostak, nominowany wtedy do Paszportów POLITYKI, opowiadał z ogniem w oczach o najnowszej książce Łukasza Orbitowskiego „Inna dusza”, która teraz się właśnie ukazała. Twardoch na spotkaniu przez godzinę opowiadał o książkach Wita Szostaka. A zanim ukazał się „Drach” Twardocha, już szły przed nim entuzjastyczne opinie Orbitowskiego i Żulczyka, że to jego najlepsza książka. Podobnie Twardoch czy Orbitowski mówili o „Ślepnąc od świateł” Żulczyka.

Tymczasem z historii literatury pamięta się raczej, kto kogo nienawidził, kto kogo pobił, komu ukradł żonę (gdy nie mógł ukraść sławy), kogo obsmarował w kolejnej książce. „Pisarze są jak pchły. Dostarczają sobie nawzajem tylko odrobinę pokarmu” – mawiał John Dos Passos. Rzeczywiście, pisanie jest zajęciem samotnym, męczącym, pisarze rywalizują ze sobą – wystarczy poczytać dzienniki, w których wyzłośliwiają się na kolegów pisarzy. Nie daj Boże, gdy ktoś dostanie nagrodę!

Wszyscy czterej autorzy byli też nominowani do Paszportów POLITYKI, laureatem został tylko Twardoch. Bywają wspólnie nominowani, tak jak Orbitowski i Szostak do Nagrody im. Sienkiewicza w ramach Pop festiwalu (nominacja dla Wita Szostaka za powieść uniwersytecką była tu nieco egzotyczna). Wszyscy są w dobrym momencie karier pisarskich, zostali docenieni, ich pomysł na literaturę jest coraz bardziej wyrazisty. – Pamiętam taki moment: ja wydałem „Chochoły”, Szczepan „Wieczny Grunwald”, Łukasz „Nadchodzi”, było późne lato, siedzieliśmy na balkonie u Łukasza – przed nami widać było Wisłę i panoramę Warszawy, mieliśmy poczucie, podlane alkoholem, że świat nie jest jeszcze u naszych stóp, ale zaraz będzie. I to przyszło, trochę później, ale przyszło – mówi Szostak.

Są z różnych stron. Żulczyk, jak mówi, jest ze wsi na Warmii, z mazuro-kurpio-repatriantów. Twardoch z konserwatywnego śląskiego rodu, jest kontynuatorem rodzinnej tradycji. Orbitowski z krakowskiej rodziny artystycznej. Szostak – z krakowskiej inteligencji.

– Ze Szczepanem długośmy się obwąchiwali, był wtedy zdeklarowanym konserwatystą i to mi się nie podobało – opowiada Szostak. – Szczepan nie miał szacunku dla etosu, z którego ja wyrosłem (inteligencja katolicka, „Tygodnik Powszechny”, Tischner i Tarnowski), ja dla jego prawicowo-konserwatywnego. Szczepan nie poważał katolicyzmu otwartego i gdybyśmy się mieli spotkać jako przedstawiciele tych etosów, tobyśmy się nie porozumieli. Ale spotkaliśmy się jako ludzie i wynikła z tego przyjaźń.

Znamy się z siłowni

Twardoch z Orbitowskim poznali się ok. 2000 r., byli razem nominowani do jakiejś nagrody SF za opowiadanie. Potem Orbitowski wyjechał do Bostonu i nudziło mu się chyba, więc spędzali z Twardochem długie godziny na Gadu-Gadu. I tak poszło.

– Mam wrażenie, że znamy się od zawsze – mówi Orbitowski. – Żulczyk przyjechał do Krakowa. Jak go poznałem, to walił mnie po plecach i mówił „stary”, a mnie to strasznie denerwowało. Poznali się, jeszcze zanim zaczęli pisać książki, na studiach. Orbitowski miał wtedy z kolegami pomysł, że napisze grę fabularną, RPG. Poznali się, ale nie polubili. Dopiero – jak opowiada Orbitowski – na słynnym zjeździe pisarzy i filmowców w Gdyni, zorganizowanym przez Piotra Mareckiego z Ha!artu (po to żeby pisarze bratali się z filmowcami), coś drgnęło. Orbitowski nałożył sobie tam na talerz kupę mięsa i powiedział, że ten dzień będzie zapamiętany jako dzień, w którym pisarz się najadł. Nikt się nie zaśmiał, oprócz Żulczyka.

Kilka lat później Żulczyk spędzał sylwestra w Kopenhadze u Orbitowskiego: – I wtedy gadałem pierwszy raz przez telefon ze Szczepanem. Udawałem dresiarza, który chce kupić jego samochód. Nabrał się.

Szostak najwcześniej poznał Orbitowskiego. – Umówiłem się z Jackiem Dukajem, a on mówi: „Słuchaj, przyjdzie taki Orbitowski, też pisze fantastykę”. Byłem niezbyt zadowolony. No a potem wszedł Łukasz w dresie, wygolony i umięśniony, i mówi: „Cześć, jestem Łukasz”. Z Jackiem poznałem się na siłowni. Potem okazało się, że Łukasz ma również głębię wrażliwości i erudycji, których ten pierwszy kontakt nie zapowiadał.

Umięśniony Orbitowski na rozdaniu Nagród Mackiewicza wystąpił zresztą jako ochroniarz Twardocha. Wszyscy uwierzyli.

Otarli się o fandom, czytali „Fantastykę”, która w końcu lat 80. i na początku 90. drukowała najlepszą literaturę. Szostak w domu czytał Lema, był pod wielkim wrażeniem projektu mitotwórczego Tolkiena. Wyrastał w przekonaniu, że fantastyka jest poważnym medium. A potem, w latach 90., pojawiły się księżniczki, krasnoludy, gry, przebieranki. Okazało się, że poważna literatura stanowi margines fantastyki. Dla Orbitowskiego – odwrotnie, ważny jest właśnie ten czas, kiedy zalała nas fala taniej sensacji i fantastyki zagranicznej.

– Jestem dzieckiem chłamu: Kinga, Mastertona, Ludluma, Clancy’ego, Forsytha – wylicza. – Miałem 1213 lat, był 1989 r., i nagle wszystkie okładki zrobiły się kolorowe: żołnierze, duchy i zombi. Odłożyłem „Kubusia Puchatka” i wskoczyłem w Kinga i Mastertona. Tak jak Szczepana (zwanego w tym gronie „Przeszczepem”) zbudowali twardzi konserwatyści, tak jak Wita zbudowała myśl ludzka, a Kubę rap, mnie zrobiła literatura sensacyjna i fantastyczna – dodaje Orbitowski. – A poza tym, jeśli ktoś chciał w latach 90. poznać sposoby budowania fabuły, to znalazł je w fantastyce, a nie u Stasiuka.

Spotykali się na konwentach, corocznych zjazdach wielbicieli fantastyki. Z perspektywy Pyrkonu literatura to jest 5 proc., a 95 proc. to gry i przebieranki. Wszyscy później porzucili fantastykę. – Dzisiaj żaden z nas nie jest dla tego środowiska ważny – twierdzi Żulczyk. Są jednak czytelnicy fantastyki, którzy zaczęli czytać ich wtedy i czytają ich nadal. Książki Orbitowskiego, Szostaka i Twardocha nominowane były do prestiżowej nagrody im. Janusza A. Zajdla. Cała czwórka jest rodzajem pomostu między fantastyką a głównym nurtem literatury.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną