Kultura

Max od kraks

„Mad Max” powraca na ekrany

Josh Helman i Tom Hardy w czwartej, najnowszej wersji „Mad Maxa” Josh Helman i Tom Hardy w czwartej, najnowszej wersji „Mad Maxa” Jasin Boland / Warner Bros. Entertainment
Do kin wchodzi superprodukcja „Mad Max: Na drodze gniewu”. Ale czar pierwowzoru tytułowego mściciela polegał na tym, że był bohaterem filmu niskobudżetowego, stworzonego na peryferiach i zupełnie przypadkiem.
Mel Gibson w pierwszym filmie serii, który rozpoczął błyskawiczną karierę aktora.Everett Collection/EAST NEWS Mel Gibson w pierwszym filmie serii, który rozpoczął błyskawiczną karierę aktora.

Za sukcesem pierwszego „Mad Maxa” z 1979 r. (autorzy sequela, wchodzącego w piątek 22 maja do kin, chcieliby ten sukces powtórzyć) stało kilkadziesiąt osób zajmujących się filmem amatorsko. Kręcili w weekendy, w australijskim Outbacku. Wśród nich był legendarny kaskader Grand Page, który dla filmu rzucił jednostkę komandosów. W drodze na plan zdjęciowy „Mad Maxa” Page miał jedyny poważny wypadek w 30-letniej karierze. Futurystyczny koszmar kręcono na wylotówkach z Melbourne i Page uderzył motorem w samochód. Złamał nogę, ale z produkcji się nie wycofał. Miał być dublerem właściwie nieznanego wtedy aktora Mela Gibsona.

Gibson – jako praktykujący katolik – wyobrażał sobie, że Mad Max to właściwie „Jezus w kombinezonie motocyklowym”. Główną rolę dostał przypadkiem – podrzucił na casting Steve’a Bisleya (który zagrał drugiego policjanta Goose’a). Ale sam też zaintrygował filmowców – twarz miał posiniaczoną i podrapaną po nocnej zakrapianej alkoholem bijatyce, a oni szukali właśnie kogoś trochę zmarnowanego.

Czas kaskaderów

Spontaniczność była zaletą pracy przy tym filmie. Gibson przyszedł na plan pierwszego dnia i z miejsca zobaczył, jak Grand Page, z nogą w gipsie, wsiada za kierownicę, przejeżdża autem przez przyczepę kempingową, następnie zahacza o stojącego w poprzek drogi busa. Rozwinął tak dużą prędkość, że dwutonowy samochód dostawczy odbił się od ziemi i w powietrzu zawirował kilkakrotnie wokół własnej osi. Wszystko trwało kilka sekund, a ujęcie zostało wykorzystane w pierwszych minutach filmu.

W Australii, w której rocznie kręcono wtedy kilkadziesiąt filmów klasy B, nie obowiązywały jeszcze ostre przepisy chroniące kaskaderów. Jak to ujął Grand Page: „nie trzeba było wzywać ekipy ratunkowej, gdy przed kamerą zapalało się zapałkę”. Ludziom zdarzały się bardzo poważne wypadki przy pracy, ale sam Page bez szwanku wyszedł nawet z wykorzystanego w „Mad Maxie” przypadkowego ujęcia, w którym oberwał kołem motocykla w głowę. Zgodnie z kaskaderskim kodeksem dubler miał pozostać anonimowy i dobrze wykonaną pracą nad efektem specjalnym wzbudzić u widowni podziw nie dla swoich umiejętności, tylko dla odwagi szalonego Maxa. To się udało.

Film odniósł na świecie sukces artystyczny i finansowy, który gwałtownie wyrwał Hollywood ze stanu uśpienia. Ludzie chcieli oglądać science fiction nakręcone w Australii: mieszaninę sadystycznej przemocy i pięknie nakręconych pościgów samochodowych, przy których siedem części „Szybkich i wściekłych” to karambol w przedszkolnym pudle z samochodzikami na baterię. „Mad Max” wyprodukowany za 400 tys. dol. australijskich zarobił na świecie 100 mln dol. amerykańskich. Najlepszy stosunek wpływów do kosztów w historii kina – wynik pobity dopiero przez inną niskobudżetową produkcję „Blair Witch Project”.

Minęło 36 lat od wyświetlania pierwszej części we wszystkich 400 popularnych tam kinach samochodowych w Australii oraz na ekranach na całym świecie. Reżyser George Miller wraca teraz czwartym filmem z serii. „Mad Max: Na drodze gniewu” powstawał ponad dekadę, miał nieporównanie większy budżet, zupełnie inne możliwości techniczne, a na ekranie nie pojawi się w nim okryty złą sławą po antysemickich komentarzach Mel Gibson.

Nowy „Mad Max” nie tylko nie jest niepoprawny politycznie, ale zaskakująco zmienia akcenty: To nie prawie niemy i dręczony przez demony przeszłości tytułowy bohater (Tom Hardy), ale kierująca ciężarówką Imperator Furiosa (Charlize Theron) jest najsilniejszą postacią, w czym krytycy widzą wątki feministyczne. Z drugiej strony – autorzy nie stracili uwielbienia dla brutalności i manifestacji siły. To znów starcie psychopatycznego watażki z ludźmi z resztką zasad. Cała fabuła, zredukowana do minimum, jest właściwie jednym długim pościgiem uzbrojonymi monster truckami.

Film pokazany został poza konkursem w trakcie trwającego właśnie festiwalu w Cannes, gdzie został dobrze przyjęty. Jest to o tyle zabawne, że pierwszy „Mad Max” o udział w tej imprezie w ogóle nie zabiegał, w odróżnieniu od poważnych, historycznych, australijskich produkcji z tamtego czasu: „Pikniku pod wiszącą skałą” czy „Mojej wspaniałej kariery”.

Reżyser zamiatał szkło

Fabuła oryginalnego „Mad Maxa” była prosta: policjant Max Rockatansky dokonuje wendety na członkach gangu motocyklistów (w ich rolę wcielili się ludzie z owianego złą sławą Hell’s Angels). George Miller na pomysł tej historii wpadł podczas półtorarocznej pracy w szpitalu w Sydney, gdzie jako lekarz miał do czynienia głównie z ofiarami wypadków samochodowych. Praca na oddziale intensywnej terapii i opowieści poszkodowanych spowodowały, że stał się mało wrażliwy na widok poważnych obrażeń ciała. Tę zawodową przypadłość przekuł w serię filmów pokazujących krwawe sceny bez podawania ich psychologicznej przyczyny.

„Interesował go bohater, który w bardzo brutalnym świecie stara się uniknąć brutalnej strony swojego charakteru” – pisze Marek Haltof w „Kinie australijskim”. Mad Max bardzo przypomina roninów Akiry Kurosawy, ludzi Dzikiego Zachodu z filmów Johna Forda, a nawet bohaterów spaghetti westernów Sergio Leone. Widzom łatwo było tę historię odnieść do znanych z popkultury opowieści o ostatnich sprawiedliwych. Ta uniwersalność odbioru filmu okazała się dla reżysera sporym zaskoczeniem.

Miller zainwestował w produkcję pierwszego „Mad Maxa” prywatne pieniądze zarobione podczas dyżurów w karetce. Poświęcił też samochód – jego niebieska mazda bongo rozbita została w jednej z pierwszych scen kaskaderskich. Sam zamiatał po zakończeniu zdjęć rozbite szkło z asfaltu.

Reżyser nie wystąpił o grant z Australijskiego Instytutu Sztuki Filmowej, który aktywnie wspierał wtedy artystyczne produkcje. Pieniądze zebrał sam. Nie było to trudne, bo na antypodach, gdzie odradzał się przemysł filmowy, powstało w latach 70. i 80. łącznie 488 tytułów. Były to produkcje 10-krotnie tańsze niż filmy hollywoodzkie. Ledwie połowa była jednak na tyle dobra, by trafić do kin czy na kasety wideo. Powstawały za to filmy trochę dziwne, o wartkiej akcji, pełne strzelanin i scen erotycznych, które zbiorczo opisywano mianem ozploitation – australijski odpowiednik blaxploitation, taniego kina afroamerykańskiego w USA.

„Mad Max” nie był pod tym względem wyjątkowy, doskonale wpisywał się w nurt „murder, rape and mayhem” (morderstwa, gwałty i chaos). „Jeżeli dorastałeś, oglądając australijskie kino klasy B, to zakodowałeś sobie w głowie, że po pierwsze, tam wszędzie jest pustynia, a po drugie, wszędzie są grupy chuliganów w samochodach, na które w rzeczywistości nigdy by ich nie było stać – mówi Quentin Tarantino w dokumencie Marka Hartleya „Not Quite Hollywood: The Wild, Untold Story of Ozploitation!”.

Co w takim razie spowodowało, że to właśnie „Mad Max” został zapamiętany? „Na planie zdaliśmy sobie sprawę, że musimy kręcić tak, żeby nam efekt zdjęć też sprawiał przyjemność, żebyśmy sami chcieli zapłacić 5 dol., by »Mad Maxa« obejrzeć” – mówił w archiwalnym nagraniu producent Byron Kennedy. Filmowcy w porozumieniu z policją zakładali blokady na drogach, by nie było ograniczenia prędkości, bo samochody miały zamontowane przyspieszające ich jazdę rakiety wojskowe. Auta dachowały i wchodziły w zaplanowane kolizje z motocyklami. W jednej z kręconych scen operator David Eckby siedział za motocyklistą i trzymał oburącz kamerę, gdy jednoślad rozwijał prędkość 180 km/h. To takie tempo, że podczas zwykłego kichnięcia przejeżdża się ponad 100 metrów. Nie ma już mowy o szybkim reagowaniu na drodze. Kaskaderzy jeden po drugim łamali podczas intensywnej pracy obojczyki, w ekipie powstało wrażenie, że produkcja wymyka się Millerowi spod kontroli.

„To było jak front wojenny – mówił reżyser w dokumencie Hartleya. – Nie wiedziałem, skąd przylecą kule, nie wiedziałem, co siedzi w głowach ludzi, z którymi pracowałem. Do teraz nie wiem też, jak z tego powstał film, który okazał się takim sukcesem”. Po dobrze przyjętej przez publiczność premierze pojawiły się w Australii głosy zarzucające Millerowi uprawianie „pornografii brutalności”. Były recenzje sugerujące, że ludzi, którzy zrobili ten film, powinno się powyciągać z domów na ulice i powiesić.

Rozkwitła postapokalipsa

Dużym wsparciem dla reżysera był właśnie Kennedy, który przed założeniem wspólnej firmy producenckiej jeździł z Millerem w karetce. Ów główny partner reżysera kilka lat później zginął w wypadku helikoptera, przed nakręceniem trzeciego z serii filmów o Mad Maksie. Miller przeżył jego odejście tak mocno, że z filmowania „Mad Maxa pod Kopułą Gromu” chciał początkowo zrezygnować. I również dlatego porzucił na długo pomysł nakręcenia czwartej części przygód Rockatansky’ego, dokonując wolty gatunkowej. Wyreżyserował w tym czasie „Czarownice z Eastwick”, sequel „Babe – świnka w mieście” i obie części animacji „Happy Feet: Tupot małych stóp”.

Jednak proste pomysły na opowieści osadzone w świecie po kataklizmie nuklearnym, w którym toczy się wojna o paliwo i o wodę, w końcu do niego wróciły. Może dlatego, że podobnymi historiami żywi się dziś cała kultura popularna. Nic dziwnego, skoro zawierają ponurą przepowiednię dotyczącą gwałtownego upadku cywilizacji i walki o przetrwanie, którą coraz poważniej rozpatrują nie tylko twórcy science fiction, ale też autorzy mainstreamowej prozy (Cormac McCarthy) i naukowcy z poważnych instytutów próbujących oszacować niebezpieczeństwa grożące ludziom w przyszłości. A George Miller zawsze dobrze się czuł, kręcąc sceny w postapokaliptycznym świecie.

Powrót na plan „Mad Maxa” po 30 latach był dla niego dziwnym doświadczeniem. Chciał kręcić w Australii, ale nie pozwoliła mu na to natura. Po intensywnym deszczu jałowa ziemia udająca postapokaliptyczne tereny zakwitła. Ekipa musiała więc czekać na rozwój sytuacji. Rośliny zostały, charakterystyczna czerwona gleba już nie wróciła. Plan serii przeniesiono więc poza granice Australii, do Namibii.

Tom Hardy, który gra teraz Mad Maxa, mówił, że dużo łatwiej mógł się zmierzyć z postacią mityczną, z historią tak mocno określoną, gdy trafił na pół roku na plan mieszczący się w środku najstarszej na świecie pustyni. O innych filmach z serii przypominać mogła mu tylko obecność Hugh Keays-Byrne’a, aktora grającego zarówno w pierwszej, jak i w czwartej części filmu czarny charakter.

Miller nie porzucił swoich pomysłów ze sfery wizualnej, których kiedyś nie rozumieli doświadczeni operatorzy. Przykładem było słynne ujęcie z pierwszej części „Mad Maxa” – z kamerą przyczepioną z przodu pędzącego samochodu. Takie chwyty uczyniły z Australijczyków mistrzów w kręceniu pościgów. I to się w nowym filmie nie zmieniło, bo chociaż możliwości techniczne były tym razem praktycznie nieskończone, Miller wszystkie sceny pościgów kręcił bez użycia efektów komputerowych, korzystając ze specjalnych samochodów wiozących obracające się dźwigi z kamerami. Duży budżet wykorzystał za to w inny sposób: wreszcie mógł zapewnić kaskaderom znacznie większe bezpieczeństwo pracy.

Polityka 21.2015 (3010) z dnia 19.05.2015; Kultura; s. 96
Oryginalny tytuł tekstu: "Max od kraks"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Już milion ofiar koronawirusa na całym świecie!

SARS-CoV-2 okazał się bardziej zabójczy niż grypa, malaria czy AIDS. Skrócił też życie swoich ofiar średnio o 11 lat.

Marcin Rotkiewicz
27.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną