Depardieu we francuskim „House of Cards”

Święty potwór powraca
Gérardowi Depardieu już żaden skandal czy wypowiedź nie zaszkodzą. I tak jest jedyną francuską gwiazdą, która może firmować pierwszy europejski serial Netflixa. Widownia? 85 mln widzów w 190 krajach.
W serialu „Marseille” Depardieu gra mera Marsylii.
Davis Koskas/Netflix

W serialu „Marseille” Depardieu gra mera Marsylii.

„Bycie uzależnionym tylko od alkoholu jest totalnie smutne! Przecież są jeszcze narkotyki, są dupy, kiełbasa z czosnkiem, świńska golonka i jest św. Augustyn!”
Anton Novoderezhkin/TASS/Forum

„Bycie uzależnionym tylko od alkoholu jest totalnie smutne! Przecież są jeszcze narkotyki, są dupy, kiełbasa z czosnkiem, świńska golonka i jest św. Augustyn!”

Gérard Depardieu z Ramzanem Kadyrowem w jego rezydencji w stolicy Czeczenii, luty 2013 r.
Rasul Yarichev/Reuters/Forum

Gérard Depardieu z Ramzanem Kadyrowem w jego rezydencji w stolicy Czeczenii, luty 2013 r.

Francuskie „House of Cards” – tak mówi się o „Marseille”, którego wszystkie osiem odcinków Netflix prezentuje od 5 maja. Ale skojarzenia z „Hrabim Monte Christo”, którego akcja toczyła się w tych samych plenerach, też są na miejscu. Osadzony w wielokulturowej i wielorasowej Marsylii, gdzie dzielnice willowe sąsiadują z arabskimi blokowiskami, gettami biedy, beznadziei i przemocy, serial łączy opowieść o polityce i walce o władzę z historią zemsty, także rodzinnej.

To sześciogodzinny thriller w odcinkach i w gwiazdorskiej obsadzie – zachęca reżyser Florent Emilio-Siri. – W kinie lat 60. i 70., mojego ulubionego okresu, chodziło głównie o charaktery, o złożonych, interesujących bohaterów, ich psychikę, relacje. Teraz szansę na zaprezentowanie skomplikowanych bohaterów, pokazanie ich z wielu stron daje telewizja i seriale.

Akcja toczy się wokół wyborów na mera Marsylii. Ustępujący po ćwierćwieczu rządów Robert Taro na swojego następcę namaszcza młodego Lucasa Barrèsa (Benoît Magimel), od lat niemal członka rodziny. Zanim odejdzie, zamierza jeszcze przeprowadzić w radzie miejskiej projekt przekształcenia miejskiej mariny w nowoczesne centrum biznesowo-rozrywkowe, z hotelami i kasynem. Cios nadchodzi z najmniej spodziewanej strony i zmusi mera do ponownej walki o władzę. W pierwszej scenie serialu widzimy go wciągającego kokainę. W drugiej wchodzi na trybunę honorową wypełnionego po brzegi stadionu Olympique Marseille. – Potrzebowaliśmy do tej roli kogoś równie wielkiego i pełnego sprzeczności jak Marsylia. A Gérard Depardieu to przecież l’ogre génial – genialny potwór – tłumaczy Emilio-Siri. „L’ogre génial” to wariacja na temat przydomka „le monstre sacré” – święty potwór, którym Francuzi od lat określają swoją gwiazdę. Nie tyle ze względu na gabaryty, które w ostatnich latach pozwalają Depardieu grać olbrzyma Obélixa w ekranizacjach komiksów René Goscinny’ego niemal bez charakteryzacji, na jego niewyparzony język i coraz trudniejsze do zaakceptowania zachowania, wybory i decyzje.

Francja arogancja

Niedawno w radiu France Inter skarżył się, że jedyne, co ludzie o nim wiedzą, to to, że sikał w przejściu między rzędami w samolocie, jest Rosjaninem i napisał list ze skargą do premiera Francji. Trochę się pomylił. Równie głośno, co o jego pijackich ekscesach, przyjaźni z Putinem i ucieczce do Rosji (potem do Belgii) przed zapowiadanym przez François Hollande’a 75-proc. podatkiem, było o jego przyjaźni z Fidelem Castro i udziałach w spółce wydobywającej na Kubie ropę naftową. Także o honorowym obywatelstwie Czeczenii nadanym przez kolejnego z przyjaciół, którzy demokrację rozumieją w inny sposób niż Europa Zachodnia – Ramzana Kadyrowa. Również o wspólnych projektach muzycznych i filmowych z córką prezydenta Uzbekistanu. Po wypowiedzi: „Kocham Rosję i Ukrainę, która jest częścią Rosji”, ukraińska służba bezpieczeństwa uznała aktora za „zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego” i zabroniła mu wjazdu do kraju.

Pod koniec minionego roku pojawiła się informacja, że ma zagrać Józefa Stalina w filmie Fanny Ardant, koprodukowanym przez rosyjski Mosfilm. A w lutym błysnął podczas festiwalu w Berlinie. Zaczął od krytyki szefów festiwalu w Cannes („To prawda, że w Berlinie macie wielki festiwal, podobnie jak w Toronto czy Sundance, czego nie powiedziałbym o Cannes”), pośmiał się z Oscarów, promujących kino „produktów”, opowiadające sztuczne historie i ich faworyta – „Zjawy” Inarrítu, z jego epickim planem „z karawanami, gorącem itd.”. By na koniec zapytać retorycznie: „Jak nie czuć się bardziej Rosjaninem niż Francuzem, mając takiego prezydenta, jakiego mamy we Francji?”.

Wcześniej zaszokował, przyjmując rolę wzorowaną na postaci Dominique’a Strauss-Kahna, szefa Europejskiego Funduszu Walutowego i lidera francuskiej lewicy, którego kandydaturę na prezydenta Republiki zniszczył seksoholizm, orgie i oskarżenie o gwałt na pokojówce, w filmie Abla Ferrary „Witamy w Nowym Jorku”. „On w gruncie rzeczy najlepiej rozumie bohatera, bo żył jak on. Mógłby być tym facetem...” – uzasadniał wybór Depardieu reżyser. A aktor tłumaczył, że rolę przyjął, bo DSK jest dla niego symbolem dzisiejszej Francji – aroganckiej i bucowatej.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną