Kultura

Granie na badanie

Jak się układa współczesne radiowe playlisty

Justin Timberlake Justin Timberlake Clément Prioli/Starface / Forum
„To dla ciebie gra twoje radio” – słowa przeboju Budki Suflera nigdy nie były bardziej aktualne. Radia mamy dziś takie, jakich chcą słuchacze.
Taco HemingwayKrzysztof Kaniewski/Reporter Taco Hemingway
Sylwia GrzeszczakTomasz Adamowicz/Forum Sylwia Grzeszczak
David GuettaImago/Gribaudi/Image Photo/EAST NEWS David Guetta

Znacie państwo „Tamtą dziewczynę” Sylwii Grzeszczak? Tę, która ma siłę, by marzyć? Bo „This One’s For You” Davida Guetty zapewne kojarzycie z oprawy muzycznej transmisji Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. A piosenkę Justina Timberlake’a, który nakazuje nam tańczyć, tańczyć, tańczyć, bo tego uczucia powstrzymać się nie da? To może chociaż „Deszcz na betonie” Taco Hemingwaya? O tym, że jej „skóra pachnie jak ostatnie dni wakacji”?

Lato się kończy, wypadałoby identyfikować jego największe przeboje. Kiedyś wakacyjne hity nie tylko kojarzyli, ale śpiewali wszyscy, dzisiaj niekoniecznie – bo zmieniły się i potrzeby odbiorców, i propozycje artystów, i wreszcie radia, które stanowią pomost łączący jedno z drugim.

Wczasoumilacz

Stworzenie przeboju na lato to rzecz równie opłacalna, co wykreowanie hitu świątecznego. Gra idzie nie o kilka tygodni czy miesięcy popularności, ale o cykliczny powrót na fale radiowe, a więc i do kasy wypłacającej tantiemy. Nic dziwnego, że artyści usilnie próbują wylansować perfekcyjną ścieżkę dźwiękową do letniej kanikuły. – Każde lato ma przynajmniej kilka przebojów. W tym roku to na pewno Sylwia Grzeszczak, Kungs i Justin Timberlake, ale takich piosenek, które będą się kojarzyć z tymi wakacjami, jest dużo więcej. Podobnie jak z potrawami, latem mamy ochotę na lżejsze rzeczy – mówi Joanna Sołtysiak, dyrektor muzyczna Radia ZET.

Czy istnieje przepis na wakacyjny przebój? Na przebój: nie. Gdyby ktoś go miał, nie zawahałby się go użyć, nagrywając wyłącznie dobre piosenki. Na wakacyjny – owszem. Są pewne reguły, które utwór powinien spełniać, by za pośrednictwem radia i kurortowych didżejów stać się wczasoumilaczem. A więc tonacja dur, tempo żwawe i słowa o tym, że jest dobrze.

– Powstają w większej ilości niż kiedyś – uważa Zbigniew Zegler, radiowiec od zawsze, do niedawna szef muzyczny publicznej Jedynki. Jego zdaniem już od wczesnej wiosny pojawiają się piosenki, które mają nam się kojarzyć z letnią beztroską. W praktyce oznacza to pogodny nastrój i aranżację wykorzystującą instrumenty kojarzące się z ciepłymi krajami i np. takimi gatunkami muzycznymi jak calypso. – Ewentualnie gwizdki. Do tego tekst o plaży, słońcu czy, ogólniej, o lecie. I koniecznie taneczny beat. Niby to proste i niezmienne od lat, ale jednak podstawą pozostaje, jak w każdej udanej kompozycji, dobra melodia i ponadprzeciętne wykonanie.

Jak poznać, która kompozycja jest naprawdę udana? Cierpliwym można polecić sprawdzenie, jak przeboje tego sezonu radzić sobie będą w następnej dekadzie. Ślad po nich zaginie czy dołączą do żelaznego kanonu? W przypadku najstarszego i najbardziej rozpoznawalnego letniego programu w polskim eterze, czyli „Lata z Radiem”, mowa m.in. o szlagierach z repertuaru Boney M, obu Iglesiasów, hiszpańskiej formacji Baccara („Yes Sir, I Can Boogie”) czy Urszuli („Dmuchawce, latawce, wiatr”). Co więc żądny sukcesu artysta powinien zrobić, by dopisać swój tytuł do tej kanonicznej listy? Są różne teorie.

Wyciąganie z doła

„Szokująca wiadomość: duże stacje radiowe są do bani i grają bez przerwy te same piosenki” – oto wprowadzenie do rozmowy z Portią Sabin, szefową niezależnej amerykańskiej wytwórni płytowej Kill Rock Stars, do niedawna jedną z prominentnych postaci Amerykańskiego Stowarzyszenia Muzyki Niezależnej (A2IM). W wywiadzie dla The Media Show Sabin mówi to, co wszyscy wiedzą: im więcej ludzi słucha radia, tym bardziej zadowoleni są reklamodawcy, a popularne piosenki przyciągną więcej słuchaczy niż niepopularne.

Dalej jest ciekawiej, choć równie przewidywalnie. Sabin wspomina o osobistych relacjach ludzi z dużych wytwórni płytowych z radiowcami i sugeruje istnienie tzw. payoli, czyli płacenia za granie. Mówi, powołując się na anonimowe źródła, że za zamieszczenie piosenki na playliście komercyjnej amerykańskiej radiostacji trzeba dać 4 mln dol. A więc dyktatura kapitału, spisek i korupcja? Przyjemniej wierzyć w te wszystkie straszne rzeczy niż w fakt, że radiowe playlisty to wypadkowa przepisów prawa, kondycji współczesnej sceny muzycznej oraz naszych gustów.

Bo upodobania słuchaczy mierzy się i waży za pomocą coraz doskonalszych narzędzi, a potem wyciąga średnią. Radio – które w Polsce w latach 90. stało silnymi osobowościami, co łatwo sprawdzić w wydanej niedawno książce „Decybelowy obszar radiowy” Wojciecha Lisa – mniej dziś przypomina redakcję w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, bardziej ośrodek badania opinii społecznej.

Adam Czerwiński, dyrektor muzyczny RMF FM, hegemona wśród polskich rozgłośni komercyjnych, szacuje, że samych tylko propozycji polskich piosenek dostaje do kilkudziesięciu tygodniowo. Tymczasem na playliście krakowskiego radia co tydzień jest miejsce dla trzech nowych utworów, w tym jednego rodzimego. A przecież propozycje od wydawców i samych artystów to jeszcze nie wszystko. Pracownicy redakcji muzycznej, obecnie pięcioosobowej, sprawdzają również, co pojawia się na iTunes, YouTube czy Spotify, o czym ludzie mówią, co zyskuje popularność na Facebooku. Zaglądają we wszystkie miejsca, w których żyje muzyka, i dyskutują o tym, co znaleźli.

Gdy w wyniku tych preselekcji udaje im się opracować listę propozycji, rozpoczynają się eliminacje. – Bardzo ważne są nasze badania – przyznaje Czerwiński. – Losowo wybrana, kilkusetosobowa grupa słuchaczy RMF FM odpowiada na pytania: czy dana piosenka im się podoba i czy chcieliby jej słuchać w radiu. Prezentujemy im refreny, po kilkanaście sekund. W ten sposób co tydzień badamy kilka do kilkunastu nowości. Ale kilka razy w roku robimy też duże badanie całej bazy, kilku tysięcy utworów, również obecnych na antenie od wielu lat. Także tych, które kiedyś były grane, ale się znudziły, bo niektóre z nich po jakimś czasie wracają.

Utwór, który przechodzi przez sito, prezentowany jest na antenie dwa razy dziennie. I wciąż uważnie obserwowany: Czy rośnie liczba osób, którym się podoba? A może wręcz przeciwnie?

RMF FM jest stacją, którą najbardziej interesują słuchacze w wieku 25–39 lat, a więc ludzie aktywni zawodowo, najlepszy kąsek dla reklamodawców. – Dosyć dużo o nich wiemy, np. że oczekują od nas muzyki, która pozwoli im przyjemnie spędzić dzień. Żeby przyjemnie im się pracowało, jechało samochodem, żeby poprawić im trochę nastrój, kiedy mają doła. My robimy radio dla słuchaczy, nie dla jakiejkolwiek misji, więc jesteśmy od tego, żeby sprawić im przyjemność – bez ogródek mówi Czerwiński. – RMF FM ma ponad 8 mln słuchaczy i największy zasięg dzienny w Europie, a to oznacza, że oczekiwania słuchaczy się uśredniają. Nie każdemu podoba się to samo, ale jesteśmy w stanie wypracować grupę utworów wspólną dla wszystkich.

Polskie noce

Innego rodzaju wyzwanie stoi przed człowiekiem, który decyduje, jakie piosenki powinna puszczać radiowa Jedynka. To po pierwsze rozgłośnia publiczna, a więc z edukacyjną misją wpisaną w założenia programowe. Po drugie, odbiorcy Jedynki są skrajnie różni pod względem demografii, a więc i upodobań. Znalezienie złotego środka bywa karkołomnym zadaniem.

– Kluczem było wyselekcjonowanie piosenek sprzed lat, które uwielbiają starsi, a dla młodszych nie brzmią archaicznie, takich jak standardy Andrzeja Zauchy, Ewy Bem czy Andrzeja Dąbrowskiego. Z drugiej strony nowości nie powinny być zbyt nowoczesne w formie. Tu akurat w sukurs przyszły mody na brzmienie retro, którym ulegli artyści zagraniczni, tacy jak Mark Ronson, Amy Winehouse i John Newman, także rodzimi, na przykład Ania Rusowicz, Mrozu, Ania Dąbrowska – Zegler odsłania kulisy swojej pracy dla Jedynki.

Ustawodawca zaproponował rozwiązanie, które nikogo nie zadowala – 33 proc. emitowanych piosenek musi być śpiewanych po polsku, z czego 60 proc. w czasie największej słuchalności. Artyści twierdzą, że to mało, i domagają się podniesienia obowiązkowej kwoty. Skarżą się nie tylko na to, że radia, wypełniając ustawowe minimum, nie wpuszczają na antenę ani pół polskiej piosenki ponad to, do czego są zobowiązane, ale również na to, że rodzimy repertuar upychany jest na antenie nocą i bladym świtem, a więc nie trafia do swojego potencjalnego odbiorcy. Radiowcy twierdzą, że wszelkie odgórne próby wymuszania zmian repertuarowych są wylewaniem dziecka z kąpielą, bo słuchacze wolą zagraniczne hity.

Z kolei autorzy polskich piosenek z angielskim tekstem siedzą w kącie i pochlipują cicho, bo za nimi nikt się nie ujmie. Ustawa dotyczy tylko utworów z tekstami polskojęzycznymi, a to oznacza, że anglojęzyczny musi konkurować o miejsce na antenie z największymi przebojami z importu. – Nie ma żadnych szans – mówi Adam Czerwiński. Po czym zostawia niewielką furtkę na chwalebne wyjątki: Brodka, Dawid Podsiadło, Margaret. Musi być co najmniej tak dobry jak najlepsze piosenki zagraniczne.

Szklankę do połowy (a już na pewno w jednej trzeciej) pełną widzi dyrektor muzyczna Radia ZET: – Polska muzyka ma się w radiu całkiem nieźle. Na szczęście poziom piosenek się poprawił, bo były czasy, gdy nie było za bardzo z czego wybierać – mówi Sołtysiak. – Ostatnio ukochanym artystą naszych słuchaczy jest Dawid Podsiadło, ale także Sylwia Grzeszczak, Ewa Farna czy tegoroczny debiutant Piotr Zioła. To młodzi, bardzo utalentowani ludzie. Oczywiście pozycja takich zespołów jak Perfect, Wilki czy Ira jest niezagrożona. Przy ich piosenkach dorasta kolejne pokolenie.

Moi rozmówcy zwracają uwagę na to, że dobra kompozycja potrafi obronić się bez ustawowego wsparcia. Przestrzegają przed kolejnymi próbami zaostrzenia ustawy wspierającej twórczość polskojęzyczną, za którymi lobbuje – także ostatnio – środowisko ich twórców. – Oczywiście dobrze byłoby całą tę nadpodaż coraz lepszej muzyki prezentować jak największemu audytorium. Z drugiej strony coraz mniej Polaków słucha radia. Niektóre osoby wybierają serwisy streamingowe w internecie, inne słuchają muzyki z płyt. Nakazywanie stacjom radiowym grania więcej piosenek, których słuchacze nie wybierają, wydaje się mało racjonalne – komentuje Zegler.

Jazz fajny (nie) jest

Z punktu widzenia większości prywatnych stacji nie liczą się gatunki, tylko przebojowość. Adam Czerwiński potrafi jednak wskazać co najmniej dwa gatunki muzyczne, które słuchacze RMF FM odrzucają. Z różnych powodów. Pierwszy z nich to… disco polo. – To ciekawe, bo ludzie słuchają tego na weselach, bawią się przy tym, ale w radiu tego nie chcą. Jesteśmy radiem, którego dobrze słucha się w większej grupie, nawet osób w różnym wieku, a disco polo, podobnie jak ostrzejszy rock, mogłoby konfliktować.

Nie przyjął się też w Polsce funk wraz z pochodnymi, choć miał mocnych orędowników. – Popularność nawet największych gwiazd, jak Jamiroquai, w latach 90. ograniczała się wyłącznie do trendsetterów z dużych ośrodków, a więc ludzi z mediów czy agencji reklamowych. Dlatego w pewnym momencie można było odnieść wrażenie, że słucha tego cała Polska. Zrobiliśmy badania i okazało się, że nic z tego. Nawet Red Hot Chili Peppers mieli ograniczony zasięg i przebojami były ich ballady – mówi szef muzyczny RMF FM. – Dlatego choć dziś zwracamy się do słuchaczy, którzy dorastali w latach 90., nie mamy w bazie ani jednej piosenki Jamiroquai. Ale trzeba też przyznać, że powoli polski słuchacz otwiera się na takie dźwięki, czego dowodem obecność na antenie piosenek Pharrella Williamsa czy Bruno Marsa.

Zbigniew Zegler podpowiada dwa inne gatunki muzyczne, w sprawie których polskie radiostacje znacząco milczą. To country i jazz. Z tym pierwszym nikt w Polsce nie odważył się nawet eksperymentować, choć mniej lub bardziej kowbojskie piosenki emitowane są chętnie nie tylko w Ameryce, ale też w sąsiednich Niemczech czy w Czechach. O ile jednak polska scena country nigdy nie wyrosła ponad środowiskową niszę, o tyle w jazzie jesteśmy potęgą. Bez reprezentacji w eterze. – Cały czas trudno w to uwierzyć – przyznaje Zegler. – Wydawać by się mogło, że lekko snobistyczny odbiorca, oczekujący szlachetnego, niekoniecznie prostego przekazu, chętniej posłucha w swoim nowym bentleyu Coltrane’a czy Hancocka niż Eneja. A jednak to tak nie działa.

Ale nie tylko Coltrane ma kłopoty z dostaniem się na playlisty dużych stacji. Sołtysiak wspomina słabe wyniki badań pierwszych piosenek Adele, dziś oczywiście ukochanej przez wszystkie radia. – Polski gust opiera się głównie na rocku i popie. Bardzo mocno było to widać w 2008 r., kiedy na całym świecie furorę robiła Amy Winehouse. Zrobiliśmy badania – nie podoba się. Może to maniera wokalna? Badamy kolejny przebój – też nie bardzo… – relacjonuje Adam Czerwiński.

Stare na dłużej

Jeszcze jedno często zadawane pytanie brzmi: dlaczego polskie radiostacje fundują nam muzyczny „Dzień świstaka”, obsesyjnie wracając do utworów już znanych, w dodatku coraz częściej do tych, które święciły triumfy w latach 90.? Tu sprawa jest bardziej skomplikowana, niż się na pozór wydaje. – Wrażenie, że stacje grają starszą muzykę, może wywoływać fakt, że dziś inaczej rozgrywa się przebój. Cykl życia piosenki jest krótszy i bardziej dynamiczny. Jeśli piosenka ma potencjał, gra ją wiele stacji radiowych, jest w zasadzie wszędzie: w radiu, w TV, w serwisach streamingowych, w internecie. To powoduje, że szybko staje się hitem, ale też może dużo szybciej się ograć i znudzić. Dlatego współczesne hity wymienia się dużo częściej niż stare piosenki – tłumaczy Joanna Sołtysiak z Radia ZET.

Z kolei obecność niektórych evergreenów na antenie RMF FM nosi znamiona samosprawdzającej się przepowiedni. – Zawsze kierujemy się do grupy 2539, ale przecież co roku to jest inna grupa. Dzisiaj to zupełnie inni ludzie niż 15 lat temu, więc mają inne gusta. Ale jednym i drugim podoba się U2 i Sting. Wszystkim podobają się Queen, Tina Turner, Lady Pank, „Nothing Else Matters” Metalliki… Wiąże się to zapewne z tym, że wielu młodych ludzi dorasta, słuchając RMF FM – mówi Adam Czerwiński.

Zbigniew Zegler przypomina natomiast, że chodzi o pieniądze. Dla reklamodawców słuchacze, którzy z sentymentem wspominają siebie sprzed 20 lat, są najatrakcyjniejsi. Potencjalnie mają największą siłę nabywczą. A wspomina im się najprzyjemniej, kiedy słuchają piosenek z tamtych czasów. – Ale wrażenie, że muzyka z lat 90. dominuje, bierze się też stąd, że będąc w zbliżonym wieku do tej najatrakcyjniejszej grupy, lepiej kojarzymy te piosenki niż współczesne przeboje.

Okazuje się więc, że – niezależnie, czy radia do lat 90. wracają, czy też nie – z pewnością sami sobie jesteśmy winni.

Polityka 36.2016 (3075) z dnia 30.08.2016; Kultura; s. 76
Oryginalny tytuł tekstu: "Granie na badanie"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną