Kultura

Dzikość idzie z człowieka

Wojciech Smarzowski o swoim najnowszym filmie „Wołyń”

Kadr z filmu „Wołyń” Kadr z filmu „Wołyń” materiały prasowe
Rozmowa z Wojciechem Smarzowskim o jego filmie „Wołyń”.
Kadr z filmu „Wołyń”materiały prasowe Kadr z filmu „Wołyń”
Wojciech Smarzowski (ur. 1963 r.) – jeden z najwybitniejszych polskich reżyserów.Wojciech Stróżyk/EAST NEWS Wojciech Smarzowski (ur. 1963 r.) – jeden z najwybitniejszych polskich reżyserów.

Artykuł w wersji audio

Janusz Wróblewski: – Przez ponad 70 lat nikt nie odważył się nakręcić filmu o rzezi wołyńskiej. Dlaczego pan podjął się tego zadania?
Wojciech Smarzowski: – Z dwóch powodów. Pierwszy to reakcja na film „Róża” o gwałtach na kobietach i czystkach etnicznych na Mazurach w 1945 r. Ta reakcja, w kilku przypadkach bardzo emocjonalna, uświadomiła mi potrzebę kina historycznego o wydarzeniach przemilczanych, zamiatanych pod dywan. Drugi powód to moje podejście do kina. Nie mam nic przeciwko kinu rozrywkowemu, natomiast jeżeli chodzi o moją pracę, to szkoda mi czasu na rzeczy błahe.

Powodów osobistych brak?
Wychowałem się na Podkarpaciu, więc o banderowcach swoje się nasłuchałem. No i nie tak dawno, już w trakcie zdjęć i bez żadnej konkretnej przyczyny, przypomniałem sobie stronę główną dowodu osobistego mojego ojca. Urodził się w Borysławiu, w województwie lwowskim. Moi dziadkowie, a jego rodzice, musieli wiedzieć, co się działo na Wołyniu w 1943 r. i co za chwilę miało nastąpić u nich. W 1944 r. przenieśli się na Podkarpacie, uciekli przed rzezią. Ale nie miałem okazji porozmawiać z nim o tym.

Bezpośrednim impulsem powstania filmu była lektura opowiadań Stanisława Srokowskiego zebranych w tomie „Nienawiść”?
Nie. Pierwszym impulsem były relacje świadków przeczytane w „Karcie”. Wtedy moja wiedza na temat rzezi była mocno nieuporządkowana, czysto emocjonalna. Dopiero potem zacząłem czytać książki. Wyszło ich sporo. Większość za komuny, więc trzeba było szukać między wierszami.

W opowiadaniach Srokowskiego najbardziej urzekło mnie to, że są pisane z perspektywy dziecka. Naiwność takiego postrzegania świata w zderzeniu z tematem po prostu mnie poraziła. Odwiedziłem pisarza we Wrocławiu. Poprosiłem o zgodę na wykorzystanie w scenariuszu niektórych motywów jego prozy. Dopytywał się o miejsce akcji filmu. Uświadomił mi, że „rzeź wołyńska” jest pojęciem zawężającym temat, sprowadzającym zbrodnie popełnione na Polakach do jednego województwa. Tymczasem na Wołyniu zginęło 60 tys. Polaków, w pozostałych województwach kresowych znacznie więcej.

Akcja filmu dzieje się na południu powiatu wołyńskiego. Jakie to ma znaczenie?
Wołyń stał się poligonem doświadczalnym nacjonalistów ukraińskich. Poszedł na pierwszy ogień, bo Polacy stanowili tam tylko 16 proc. ludności, a teren województwa był rozległy i Niemcy mieli mniejszą kontrolę nad tym, co się działo na wsiach. Ich siły były skoncentrowane w miastach i wzdłuż strategicznych szlaków kolejowych.

Umiejscowienie akcji filmu na południu województwa wynikało z tego, że chciałem również pokazać „pogrzeb Polski”, który poprzedzały napady na wracających z przegranej kampanii wrześniowej polskich żołnierzy. Te zdarzenia miały miejsce w województwie tarnopolskim. Tak samo zależało mi na pokazaniu śmierci poety Zygmunta Rumla, polskiego dowódcy wojskowego, oficera Armii Krajowej. Został zamordowany 10 lipca 1943 r. koło wsi Kustycze na Wołyniu. Żeby zachować wiarygodność w sensie faktograficznym, musiałem osadzić akcję w tych właśnie okolicach. Konsultacje ze Stanisławem Srokowskim były dla mnie bardzo ważne, bo ustawiły film. Jednak to był dopiero początek. Nastąpiły kolejne i na różnych szczeblach: historycznym, językowym, etnograficznym, wojskowym itd.

Na czym polegały kłopoty produkcyjne „Wołynia”?
Po pierwsze, tamtych Kresów już nie ma, trzeba było adaptować i budować w trochę większym zakresie, niż zakładaliśmy. Po drugie, są sceny, które na ekranie trwają kilka minut, a my kręciliśmy je kilka dni. Nie dlatego, że wolno pracowaliśmy, tylko ich stopień trudności był duży. Udział dzieci też nie przyspieszał realizacji. Do tego sporo scen masowych, zwierzęta na planie, pirotechnika, wybuchy, zabezpieczenia itd.

Ale ważniejszy od pieniędzy był, delikatnie mówiąc, niepopularny temat. Część firm i instytucji, które zazwyczaj wspierają polskie kino, na hasła: rzeź, Wołyń, ludobójstwo, w ogóle nie podjęła tematu, a wśród tych, którzy deklarowali udział, dwóch koproducentów wycofało się tuż przed samymi zdjęciami. Już na starcie brakowało nam 2 mln zł. Korzystając z okazji – chciałbym podziękować wszystkim, którzy nie tak dawno wsparli fundację filmu Wołyń. Ta pomoc była dla mnie bardzo ważna i budująca.

Gdy ubiegał się pan o dotację w PISF, trwał Majdan. Teraz mamy wojnę rosyjsko-ukraińską. Czy to dobry moment na powstanie takiego filmu?
Pracę zacząłem w 2012 r., a więc jeszcze przed Majdanem. Ale to nie ma znaczenia, bo nigdy nie było dobrego momentu na nakręcenie takiego filmu. Za komuny nie wolno było drażnić Wielkiego Brata. Po 1989 r. także nie był dobry, ponieważ budowaliśmy przyjacielskie relacje z Ukrainą. Teraz, wiadomo, wojna w Donbasie, więc też jest zły. Jako artysta musiałem to odwrócić, bo dla mnie moment był idealny. Idealny, bo jedyny. Nie wiem, ile przede mną lipców, ale wiem, że za chwilę mogę nie mieć sił robić tak trudnego kina. Poza tym – i to chyba najważniejsze – żyją jeszcze naoczni świadkowie, Kresowiacy, którzy pamiętają tamte wydarzenia.

Ale oba narody – polski i ukraiński – pamiętają je inaczej. Dla nas to było ludobójstwo. Dla nich akt patriotyzmu.
Ukraińska doktryna moralnej równoważności ma swoich zwolenników w Polsce. Świadczą o tym listy polskich intelektualistów do ukraińskich: „przepraszamy i prosimy o wybaczenie”. Kryje się za tym tzw. symetria, czyli założenie, że obie strony w tym samym czasie dopuszczały się takich samych zbrodni i okropieństw. Że po obu stronach padła podobna liczba ofiar. Stawia się znak równości pomiędzy napaścią i rzezią a odwetem i zemstą. Liczenie ofiar jest istotne dlatego, żeby o nich pamiętać i żeby odzyskały swoje miejsce w historii. Nie po to, żeby się mścić. Bo pojednanie nie oznacza zapominania. Dopiero wtedy słowa „przepraszamy i prosimy o wybaczenie” będą miały wagę.

A tak nie mają? Na czym miałoby pańskim zdaniem polegać to przepracowanie tematu? Na rozdrapywaniu ran?
Bez dobrej woli po obu stronach się nie uda. Grupy historyków z Polski i Ukrainy powinny przeanalizować dowody, dokonać niezbędnych ekshumacji. Pięć, dziesięć lat – tyle, ile trzeba. Ważne, żeby w ich pracę nie mieszali się politycy. Wnioskom przyjrzałaby się niezależna, międzynarodowa komisja. Bez udziału stron ewentualnie zainteresowanych zaognianiem konfliktu – Rosjan czy Niemców. Potem byłyby odwołania, ale kiedyś wreszcie finalna wersja trafiłaby do polskich i ukraińskich podręczników szkolnych. Czy takie idealistyczne wyobrażenie ma szansę na spełnienie? Oby, bo historia nierozliczona jest niebezpieczna.

Wojna informacyjna toczy się po obu stronach. Niebezpieczeństwo ulegnięcia nieprawdziwej (także sowieckiej) wersji propagandowej było duże?
Zanim przystąpiliśmy do zdjęć, scenariusz filmu był wielokrotnie konsultowany przez różnych historyków. Tak samo zresztą jak wersja montażowa. Wcześniej przy żadnym filmie tak nie chuchałem na zimne, jak przy „Wołyniu”, chociaż ani przez moment nie miałem wątpliwości, że film wzbudzi kontrowersje i atak nastąpi.

W jednym z wywiadów mówił pan, że „nie ma jednej prawdy o tych wydarzeniach”. Jaką prawdę pan przedstawia i co jest w niej kontrowersyjnego?
Pokazałem prawdę, w którą sam wierzę. Najważniejszą przyczyną ludobójstwa na Kresach była fascynacja skrajnym nacjonalizmem. To punkt siódmy Dekalogu Ukraińskiego Nacjonalisty: „Nie zawahasz się spełnić największej zbrodni, kiedy tego wymaga dobro sprawy”, i punkt ósmy: „Nienawiścią i podstępem będziesz przyjmował wrogów Twojego Narodu”. Nacjonalizm Doncowa określał, kto jest wrogiem, a konsekwencją tego była „krwawa niedziela”. Ale w filmie opowiadam także o ukraińskiej goryczy niezrealizowanych aspiracji niepodległościowych. O niezadowoleniu z polityki II RP wobec Ukraińców. O tendencji do polonizacji, o rozbieraniu cerkwi na Chełmszczyźnie w 1938 r., o szkolnictwie, ale także o stosowanym przez UOW od lat 20. terrorze, czyli o szeregu zamachów na Polaków i na Ukraińców, którzy opowiadali się za polsko-ukraińską współpracą. Opowiadam o akcjach odwetowych oraz o tych Ukraińcach, którzy z narażeniem własnego życia ratowali Polaków. Dlatego ten film nie jest wymierzony w Ukraińców. To film, który pokazuje, do czego może nas doprowadzić skrajny nacjonalizm. A to już brzmi niepokojąco aktualnie, prawda?

W niedawnym projekcie uchwały ukraińskiego parlamentu czytamy o „polonizacji, pacyfikacji, deportacji i fizycznym wyniszczeniu mieszkańców Galicji Wschodniej, Wołynia”. My tymczasem mówimy o 130 tys. zamordowanych i ludobójstwie Polaków. Jak to wyważyć?
Trzeba oddzielać to, co działo się do 1943 r. i później, przy akcji Wisła. Wydaje mi się, chociaż nie mam pewności, bo jestem reżyserem, a nie historykiem, że za często na Ukrainie wszystko jest wrzucane do jednego worka. Cały czas jest uśredniane, wyrównywane, rozmywane i stawiane w szerszym kontekście. A jednak dość istotne jest, co było na początku.

Co było na początku?
Właśnie. Jak daleko się cofać? Ja założyłem, że mogę się cofnąć do czasu, który mogliby jeszcze pamiętać moi bohaterowie. Czyli do początku XX w., do działalności Symona Petlury. Pora na dygresję. Zarzucamy – zarzucam – Ukraińcom selektywne podejście do historii, ale popatrzmy w nasze lusterko: czy my, Polacy, naprawdę jesteśmy gotowi, żeby rzeczowo i na argumenty, bez emocji rozmawiać o Jedwabnem, o innych wsiach i miasteczkach Podlasia, w których doszło do pogromów, albo o dokonaniach żołnierzy wyklętych o pseudonimach Ogień i Bury? A potem umieścić uczciwe adnotacje w podręcznikach szkolnych? Szczerze? Bardzo w to wątpię.

Wróćmy do filmu. Cały czas rozmawia pan ze mną jak z historykiem, a ja nie mam okazji powiedzieć najważniejszego: Nie nakręciłem podręcznika historii. Nakręciłem film fabularny. Nakręciłem kino o miłości. Historię, która – mam nadzieję – wzruszy i poruszy emocjonalnie. Historię, po której widzowie wrócą do domu i przytulą swoje dzieci. A przy okazji, mam nadzieję, że będą chcieli poszerzyć swoją wiedzę. Bo film, oprócz niezbędnych emocji podczas projekcji, powinien zmusić do refleksji i sprowokować szerszą dyskusję.

Wajda często podkreślał, że nakręcił film nie o zbrodni katyńskiej, tylko o kłamstwie katyńskim. A pan?
„Wołyń” kończy się w 1943 r. Film jest autorski, ma charakter epicki, ale nawet w tak szerokiej formule nie dało się opowiedzieć wszystkiego o wydarzeniach na Kresach. Samoobrona, deportacje, późniejsza akcja Wisła – każdy z tych tematów zasługuje na osobny film. Mój „Wołyń”, kończąc się tam, gdzie się kończy, stawia pytanie, jak żyć po końcu świata.

Mówienie źle o Banderze na Ukrainie jest zakazane i karane. Czy dlatego ta postać nie pojawia się w filmie?
Wiemy, że Ukraińcy budują swoją tożsamość polityczną i narodową na historii Bandery. Nie dlatego nie pokazuję jej na ekranie. Po prostu Bandera nie jest bohaterem filmu, chociaż jego duch jest w filmie więcej niż wyczuwalny.

Ukraińcy zabijali z pobudek patriotycznych?
Motywacje były różne. W jednej ze scen pada pytanie, co dla chłopów jest ważniejsze: wolna, niezależna Ukraina czy morgi pola? Jedni się bali, o siebie albo o swoje rodziny, a drudzy robili to z przyczyn materialnych, dla zysku. Inni nie zabijali i ponosili konsekwencje. Mam nadzieję, że nigdy ani ja, ani nikt z nas, nie będzie musiał takich wyborów dokonywać.

Zamiast przywódców UPA są w filmie agitatorzy rozsiewający ideologię nacjonalistyczną. Do likwidacji narodu polskiego nawołują wprost popi. Jaka była rola duchowieństwa w procesie rozbudzania nienawiści?
Kluczowa. Świadomość chłopów kształtowała cerkiew. Ukraiński ruch nacjonalistyczny, który narodził się w połowie XIX w. w Galicji Wschodniej, miał poparcie Kościoła grekokatolickiego. Duchowni, a także ich synowie, byli często liderami tego ruchu. Bandera też był synem księdza, kapelana wojskowego i działacza nacjonalistycznego. Arcybiskup grekokatolicki Andrzej Szeptycki wspierał nacjonalizm ukraiński oraz błogosławił formacjom faszystowskim. Część duchownych prawosławnych i grekokatolików była kapelanami UPA.

Postawa polskich księży w filmie też nie budzi sympatii.
Nie zgodzę się z tym. Jeden nawołuje do samoobrony, próbuje ratować ludzi. Drugi jest księdzem endeckim. Na Ukraińców patrzy z ambony. To znaczy z góry.

Przeważała ta druga opcja?
Oczywiście wszystko jest kwestią wyważenia proporcji, ale chciałem pokazać, że Ukraińcy czuli się obywatelami drugiej kategorii. Jednak rozmawiając z Kresowianami, wiele razy słyszałem, że Ukraińcy byli od nich biedniejsi, bo odstawali organizacyjnie. Z jednego morga pola Polak wyciągał dużo więcej. Ukraińcy natomiast uważają, że byli traktowani gorzej, że odbierano im ziemię.

Po obejrzeniu „Wołynia” można i chyba należy również zadać pytanie, czy Polacy sami sobie zgotowali ten los?
Absolutnie nie. Choćby nie wiem jak druga strona czuła się pokrzywdzona, to nic nie tłumaczy okrucieństwa. Co innego niechęć, walka, nawet pogromy, a co innego systematyczne bestialstwo. Nic tego nie usprawiedliwia i nigdy tego nie zrozumiem.

Dlaczego Polaków nie wygnano, tylko zabito?
To jest pierwsze pytanie, które sobie zadałem. Przestraszyć, postraszyć, wyrzucić, wypędzić, zabić… Ale mordować i czerpać z mordowania przyjemność? Co trzeba mieć w sobie, żeby rozcinać brzuchy ciężarnym kobietom, piłować na żywca piłą czy nabijać dzieci na płoty? Przerażające.

W filmie to bestialstwo jest jakby zakodowane w pogańskich obrzędach i obyczajowości wschodniej. Ucinanie warkocza pannie młodej, zabawa z rzucaniem płonących stogów siana na weselu, to wszystko wraca później w formie koszmaru.
Chyba u Babla wyczytałem, że na początku XX w. chłopi zabawiali się obdzieraniem byka ze skóry i patrzeniem, jak cierpi, ale nie zgadzam się, że dzikość idzie ze wschodu. Dzikość idzie z człowieka. W czasie kiedy na Wołyniu popi święcili siekiery i piły, w innej części Europy księża katoliccy święcili noże chorwackich Ustaszy, którzy podrzynali nimi gardła Serbów. Przykładów, do czego zdolny jest człowiek, jeżeli uzbroi się go w odpowiednią ideologię i da nawet milczące przyzwolenie na zbrodnię, niestety, nie brakuje: Bałkany 50 lat później i Srebrenica, w której z kolei Serbowie mordowali Bośniaków, rzeź w Nankinie w latach 30., zbrodnie Pol Pota i Czerwonych Khmerów w Kambodży, wcześniej ludobójstwo Ormian oraz Hutu i Tutsi w Rwandzie w 1994 r., o tym może więcej mógłby powiedzieć arcybiskup Hoser. Te i wiele innych. Pewnie mniej tej dzikości zbiera się u tych, którzy czytają książki, a więcej u tych, którzy książek nie czytają, chociaż jest w filmie „Wołyń” scena, która temu przeczy.

Co pan czuł, opisując to wszystko w scenariuszu, a potem tłumacząc aktorom, jak mają grać?
Moja praca była rozciągnięta na cztery lata. Były momenty, w których nie mogłem się pozbierać emocjonalnie. Ale jak układałem plan scenariusza, to musiałem emocje wyłączyć. Miałem wahania, robiłem przerwy na konsultacje. Łapałem dystans. Potem, już w trakcie zdjęć, najtrudniej było przeprowadzić przez to zło dzieci. Odpowiedzieć im na pytania, które pan mi teraz stawia. Pomagał psycholog, ich rodzice. Do każdego trzeba było podejść inaczej.

Wróćmy jeszcze do mitu Kresów jako utraconej Arkadii. Jeśli dobrze odczytałem pańskie intencje, z filmu wyłania się dość szokujący obraz Polaków jako obcych na tych terenach, z ukraińskiego punktu widzenia – kolonizatorów.
Nie patrzyłem na to w ten sposób. Owszem, próbowałem pokazać temat z dwóch stron, ale przede wszystkim utożsamiałem się z Polakami z Kresów, którzy przeżyli tę historię. Film otwiera wesele, ważną jego częścią jest robienie grupowego zdjęcia. Zadowoleni Polacy i uśmiechnięci Ukraińcy po raz ostatni obok siebie. Może to nostalgia, ale mimo zgrzytów, które od pierwszych minut zaczynają się pojawiać, takie współistnienie było punktem wyjścia do tej opowieści.

Zapytam inaczej: rzeź wołyńska była spontanicznym powstaniem ludowym czy planowaną zbrodnią?
To nie było powstanie ludowe, to była okrutna, perfekcyjnie zorganizowana akcja z kulminacją w niedzielę 11 lipca 1943 r., kiedy UPA zaatakowała na Wołyniu jednocześnie prawie sto miejscowości i wymordowała w ciągu jednego dnia tysiące Polaków.

Co z tego wynika dla nas w 2016 r.?
Musimy o tym rozmawiać, nie po to by jątrzyć i szukać zemsty, tylko żeby wyciągać wnioski i budować lepszy świat. Trzeba też przywrócić pomordowanym na Kresach Polakom miejsce w historii. Czasy są takie, że teraz filmy, a nie książki kształtują świadomość. Być może „Wołyń” będzie zaczątkiem szerszej dyskusji. Jeżeli nie będą się w nią mieszać politycy, to wierzę, że spełni funkcję mostu, a nie muru.

Film zostanie pokazany na Ukrainie?
Wierzę, że tak. Reakcje na pewno będą skrajne. Mam nadzieję, że przynajmniej część Ukraińców uzna, że film jest uczciwy. Nie będzie to duża grupa. Pewnie „Wołyń” pokażą Rosjanie, chociaż i oni są w filmie przedstawieni konkretnie. Podobno w Rosji „Róża” jest na czarnej liście, ale z tym filmem może być inaczej. Toczą wojnę z Ukrainą. Każde słowo przeciwko banderowcom, co bezustannie wypominają nam Ukraińcy, wspiera Putina. Wychodzi więc na to, że też jestem człowiekiem Putina.

Jak się pan z tym czuje?
Nieswojo.

rozmawiał Janusz Wróblewski

***

Wojciech Smarzowski (ur. 1963 r.) – jeden z najwybitniejszych polskich reżyserów, także operator, scenarzysta, laureat Paszportu POLITYKI. Studiował filmoznawstwo na UJ, absolwent łódzkiej Filmówki. Tworzy gniewne i bolesne portrety polskiego społeczeństwa, poczynając od „Wesela”, jego pierwszej pełnometrażowej fabuły. Autor m.in. wielokrotnie nagradzanej „Róży”, „Domu złego”, „Drogówki” i „Pod Mocnym Aniołem”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Destrukcyjne relacje w rodzinie

Poradnik dla skrzywdzonych przez rodziców.

Anna Tylikowska
13.11.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną