Minister Gliński chce kupić „Damę z łasiczką”. I znowu wizerunkowo strzela sobie w stopę
Pomysł ministra kultury jest z jednej strony zrozumiały, z drugiej – absurdalny.
Portret damy z gronostajem – obraz olejny Leonarda da Vinci.
mat. pr.

Portret damy z gronostajem – obraz olejny Leonarda da Vinci.

Zacznijmy od próby zrozumienia. Przede wszystkim mieści się ów pomysł w szeroko rozumianej filozofii obecnego rządu, by to, co się tylko da, nacjonalizować.

Okazuje się, że ofiarą takiego myślenia paść mogą nie tylko banki czy wielkie formy, ale też dzieła sztuki. Wykupienie kolekcji byłoby także mocnym akcentem w lansowanej polityce historycznej władzy, która przez wszystkie przypadki, wręcz z ekstazą, lubi odmieniać takie słowa jak „tożsamość”, „dziedzictwo”, „tradycja”.

Można też zrozumieć lekkie zirytowanie Glińskiego związane z faktem, że właściciel obrazu, czyli Fundacja Czartoryskich, zbyt ostentacyjnie podkreśla fakt, że obraz jest jej, a nie całego narodu, własnością. A co za tym idzie, coraz częściej postępuje wbrew czemuś, co nazywamy interesem publicznym.

Pomysł Glińskiego jest, częściowo, zrozumiały

Zaczęło się od nazbyt częstego (zdaniem zaniepokojonych konserwatorów) wypożyczania dzieła za granicę, za odpowiednim rzecz jasna wynagrodzeniem. Później zaszokowała wiadomość o wycofaniu obrazu wraz z całą kolekcją z wieloletniego depozytu w Muzeum Narodowym w Krakowie. W końcu ruszył, jak na razie niekończący się, remont siedziby Fundacji, a zbiory zostały rozproszone po całym kraju i nie wiadomo, kiedy znów będzie je można razem zobaczyć („Dama” trafiła na Wawel).

W tym sensie zakup kolekcji niewątpliwie pozwoliłby na mądre zarządzanie jej losami, na uspokojenie sytuacji i na znalezienie docelowego domu dla pięknej pani ze zwierzątkiem.

Trudno jednak nie wyrazić zdziwienia. Po pierwsze, zastanawia fakt prasowego przecieku z negocjacji o zakupie kolekcji. Tego typu transakcje przygotowuje się w największej tajemnicy, a ogłasza z momentem podpisania umowy kupna. Być może był to tzw. przeciek kontrolowany, którego intencją było wywarcie presji na Fundację Czartoryskich.

Czy Polskę stać na „Damę z łasiczką”?

Liczono być może na spontaniczne, społeczne poparcie dla pomysłu pod hasłem „Dama dla Suwerena”. Jeżeli tak było, to kalkulacje owe okazały się płonne. Mimo że sejmowa komisja finansów publicznych opowiedziała się już za nowelizacją tegorocznego budżetu i utworzeniem rezerwy, z której można by sfinansować zakup kolekcji książąt Czartoryskich, zaciskające pasa społeczeństwo trudno przekonać, że warto z publicznej kasy wysupłać miliard złotych (takie są szacunki) na ów zakup.

Natychmiast powrócił z falą tsunami tradycyjny argument o niedoinwestowanej służbie zdrowia, budowie przedszkoli itp. Oraz – oczywiście – o biedzie w teatrach, przeciekających dachach w muzeach, zapaści edukacji kulturalnej itd. Narodowi trudno pojąć, że władza, która pielęgnuje swój plebejsko-socjalny wizerunek, nagle chce tak obficie nabić kabzę potomkom arystokratów. Na domiar złego za dzieła sztuki?

Wizerunkowo Gliński ponownie strzelił sobie w stopę

60 proc. obywateli przyznaje, że nie zna nazwiska żadnego artysty (nawet Matejki), 53 proc. nigdy w życiu nie było w żadnym muzeum lub galerii, a tylko 1 proc. deklaruje, że uczęszcza tam regularnie. I nawet ci, którym głęboko leży na sercu dobro polskiej kultury, sztuki i dziedzictwa, przyznają, że lepszych pomysłów na wydanie takiej kwoty mają wiele. Tym bardziej że nie ma żadnego niebezpieczeństwa, by „Dama” wyjechała z Polski na stałe, a i bardzo małe jest prawdopodobieństwo, by Fundacja zdecydowała się na odcięcie od niej publiczności.

Wizerunkowo więc Piotr Gliński ponownie (który to już raz?) strzelił sobie w stopę. Ale to już akurat nie moje zmartwienie.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną