Janusz Głowacki swoje życie najlepiej opowiedział sam

Wyróżniał się
Zmarł Janusz Głowacki, autor, który ze swobodą łączył literaturę, dramat i film. A status duszy towarzystwa w artystycznej Warszawie potrafił odtworzyć na emigracji, w Nowym Jorku.
Janusz Głowacki (1938 – 2017)
Rafał Siderski/Dziennik/Forum

Janusz Głowacki (1938 – 2017)

„Rejs” wydobywał absurd ówczesnego życia jak chyba żadne inne dzieło przemycające krytykę komunistycznej mentalności, nowomowy i propagandy.
POLFILM/EAST NEWS

„Rejs” wydobywał absurd ówczesnego życia jak chyba żadne inne dzieło przemycające krytykę komunistycznej mentalności, nowomowy i propagandy.

audio

AudioPolityka Bartek Chaciński Aneta Kyzioł Justyna Sobolewska Janusz Wróblewski - Wyróżniał się

Nikt nie wiedział, ile dokładnie ma lat. Od lat wyglądał podobnie, białe koszule, rozpięte płaszcze, szal zawiązany z fantazyjną nonszalancją, wyglądał jak salonowy lew, bon vivant polskiej literatury, który nie przestał nigdy być młodym chłopakiem. Można go było spotkać w kawiarni Czytelnik, w której z dawnego grona odeszli już Holoubek, Bereza, Konwicki, przy ul. Bednarskiej czy na Nowym Świecie, no i, oczywiście, w Nowym Jorku, bo przecież był tym polskim autorem, którego sztuki grano w Ameryce.

Cenzura była bezradna

O miejskim, kawiarnianym życiu kulturalnym niewiele dałoby się powiedzieć bez wspomnienia o Januszu Głowackim. Kiedyś to on przysiadał się do Antoniego Słonimskiego, później to jego obecność była znacząca. – Był przede wszystkim barwną postacią na tle szarzyzny dawkowanej na kartki – wspomina satyryk i felietonista POLITYKI Ryszard Marek Groński. – Wyróżniał się.

Swoje życie najlepiej opowiedział sam. W książce „Z głowy”, która ukazała się w 2004 r.: „Kiedy po raz pierwszy powiedziałem matce (była redaktorką Czytelnika, a potem Iskier – red.), że chcę pisać opowiadania, najpierw mnie przytuliła, potem gwałtownie odepchnęła i wyszła, trzaskając drzwiami. Wydawała okropne książki i bała się, że będzie musiała mnie wydawać”. Wspomina, że długo wszystko, co napisał długopisem, dyktował matce, która teksty Głowackiego jako pierwsza czytała i oceniała. „Rozmaici życzliwi znajomi wiedzieli, że matka jest redaktorką w wydawnictwie, więc opowiadali, że to niemożliwe, żebym to ja pisał. Bo jestem playboy i chodzę po Nowym Świecie w rozpiętej do pasa koszuli. I się zaklinali, że to matka wszystko za mnie robi. Dopiero kiedy zacząłem pisać rozmaite świństwa, zawahali się, no bo tego to już by pani Głowacka nie napisała”. Musiał zresztą znaleźć sobie kogoś innego do przepisywania, bo matka protestowała: „Przykro mi, Janku, ale ja tego nie napiszę”.

Głowacki karierę pisarską zaczynał od opowiadań i felietonów drukowanych w tygodniku „Kultura”. Debiutanckie opowiadanie „Wielki brudzio” wzbudziło wielki opór, do redakcji przyszło ponad sto listów z wyzwiskami. Pierwotnie miał to być reportaż poświęcony tzw. bananowej młodzieży, jednak „Koncepcja wielkiego bruderszafta” okazała się debiutem prozatorskim, który zadecydował o przyszłości autora. Cenzura zdjęła bowiem tekst, ale po interwencjach szefów pisma w biurze prasy i wydziale kultury KC udało się wynegocjować, że będzie się mógł ukazać, jeśli zostanie odkonkretniony, zamieniony w literacką fikcję. „W ten sposób w jednej chwili zmieniłem się z prostego reportażysty w ambitnego prozaika” – wspominał pisarz w książce „Z głowy”.

Jego najgłośniejsze opowiadania z tomów „Wirówka nonsensu”, „Nowy taniec la-ba-da” czy „My sweet Raskolnikow” były – jak określał je Tadeusz Nyczek – „smutno-śmiesznymi groteskami opisującymi rzeczywistość PRL-u jako cyrk udający filharmonię, zaś środowisko służyło mu najwyżej za dobry wzór. Pisywał w »Kulturze«, gdzie pracował, felietony, w których stawiał na głowie największe ideologiczne świętości socjalizmu. Miał morderczą metodę: nie walić wprost, tylko zagłaskać na śmierć. Z poważną miną pochwalał największe głupstwa. Cenzorzy bywali bezradni, naród rył ze śmiechu”.

Teatr: zdecydował Jaruzelski

Swojego miejsca w teatrze szukał na wiele sposobów. Mimo że brat matki, Kazimierz Rudzki, świetny aktor, nie ukrywał, że nie widzi w siostrzeńcu materiału na Hamleta, Głowacki dostał się do warszawskiej PWST. Skąd jednak już po roku został wyrzucony – zgodnie z przewidywaniem wuja, za brak talentu. A dodatkowo – za cynizm. Pisywał potem przez jakiś czas recenzje teatralne, w których – jak żartował – odgrywał się na swoich dawnych profesorach. Od wczesnych lat 70. próbował dramatopisarstwa, ale o pójściu w tę stronę na poważnie znów okoliczności zdecydowały za niego.

W grudniu 1981 r. Głowacki poleciał do Londynu na premierę swojej sztuki „Kopciuch”. Akcja działa się w zakładzie poprawczym dla dziewczyn, tematem była okrutna manipulacja, jakiej wobec pensjonariuszek dopuszczają się opiekunowie i reżyser kręcący o nich film. Sztukę, która została odebrana jako metafora totalitaryzmu, wystawił w prestiżowym Royal Court Theatre Danny Boyle, przyszły reżyser filmów „Trainspotting” i oscarowego „Slumdog. Milioner z ulicy”. Premiera odbyła się trzy dni po ogłoszeniu stanu wojennego w Polsce. Na spektakl waliły tłumy, którym kraty w spektaklowym poprawczaku zrymowały się ze zniewoloną, uwięzioną Polską. „Guardian” i „Times” okrzyknęły „Kopciucha” (angielski tytuł „Cinders”) najlepszą produkcją teatralną roku, przywołując skojarzenia z prozą Franza Kafki. „Dzięki akcji generała Jaruzelskiego i krzywdzie narodu polskiego w jednej chwili zamieniłem się z nikomu nieznanego prowincjonalnego pisarza w zupełną znakomitość” – komentował ironicznie po latach Głowacki.

Pozytywne recenzje zaowocowały zamówieniami z teatrów na kolejne sztuki, co pomogło pisarzowi podjąć decyzję o pozostaniu na emigracji. Dzięki znanemu dramaturgowi Arthurowi Millerowi nawiązał kontakty z nowojorskim środowiskiem teatralnym i w efekcie „Kopciuch” w 1984 r. miał premierę w Joseph Papp Public Theatre. Reżyserował John Madden, późniejszy laureat nagród za filmowego „Zakochanego Szekspira”, a w obsadzie błyszczał Christopher Walken.

Trzy lata później podobny sukces odniosło „Polowanie na karaluchy”, pozbawiony kombatanctwa i przez to wzruszający portret polskich emigrantów, wyrzuconych z PRL pisarza i aktorki, wykorzenionych, zagubionych i walczących o przetrwanie w Nowym Jorku, obojętnym zarówno na ich dramat, jak i sławę w kraju. W inscenizacji Arthura Penna („Bonnie and Clyde”, „Mały Wielki Człowiek”) w Manhattan Theatre Club wystąpili Dianne Wiest i Ron Silver, w przedstawieniu francuskim grał Jean-Louis Trintignant.

To jest mój Nowy Jork

„New York Times” w pożegnalnym tekście wspomina dziś Głowackiego jako autora, który potrafił „w gorzki, ironiczny sposób pokazać życie imigrantów”. Ponad 30 lat temu w rozmowie z tą samą gazetą definiował: „Emigrant to ktoś taki, kto stracił wszystko z wyjątkiem akcentu”.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną