Kawiarnia literacka

Destylat
Słupsk lubię jeszcze od czasów licealnych, kiedy po raz pierwszy przyjechałem tu oglądać Witkacego...

Jeżdżenie ze spotkaniami autorskimi ma rozliczne zalety: nie tylko poznaje się osobiście swoich czytelników, nie tylko można niejednego wysłuchać w srebrnych strzałach PKP (zwłaszcza przy dwugodzinnym spóźnieniu), ale jeszcze odwiedzić miejsca, do których ma się szczególny sentyment. A Słupsk lubię jeszcze od czasów licealnych, kiedy po raz pierwszy przyjechałem tu oglądać Witkacego – i zachwyciłem się nie tylko fenomenalną kolekcją jego rysunków, ale i niezwykłym zbiorem biżuterii i strojów z krypt ostatnich książąt pomorskich oraz gotyckim kościołem św. Jacka z tychże władców pięknymi epitafiami.

Do kościoła zajrzałem oczywiście i tym razem. I aż mi oko zbielało.

Wnętrze, podzielone od setek lat na dwie części, składa się z obszernego przedsionka i części właściwej, która mieści niemal wszystkie zabytki: wielkie epitafia, renesansowy ołtarz, ambonę, barokowe organy. Ale skarby zamknięte, słabo widoczne (lub, jak organy, niewidoczne) przez kratę opatrzoną napisem „KOŚCIÓŁ OGRZEWANY PROSIMY ZAMYKAĆ DRZWI”. Pozostaje przedsionek, który, jak się okazało, stanowi straszliwą mapę współczesnej polskiej religijności, gdzieś na styku martyrologii, fantazji, agresywnej polityki i najgorszej – by Witkacego zacytować – brzydy.

Sala zorganizowana jest wokół ławek, trochę szkolnych, wyglądających jak z jakiejś nowej, straszniejszej inscenizacji „Umarłej klasy” – na ławkach leży literatura polityczna: egzemplarze „Gościa Niedzielnego” i „Naszego Dziennika”, niektóre kilkuletnie, z odręcznie naniesionymi na pierwszą stronę odsyłaczami do artykułów. Wokół ławek zaś, drukowana na papierze, ryta w kamieniu, odlewana w metalu, chechłana w drewnie i wyklejana z laminowanych kserówek, panoszy się niczym wszechogarniający nowotwór, monumentalna Biblia Pauperum naszych czasów (czasów powszechnej alfabetyzacji, więc nie tylko obrazkowa); coś jakby najbrzydsza i najgorsza gazetka szkolna, którą pamiętacie ze ściany podstawówki, była przez całe lata karmiona sterydami rozpuszczonymi w wodzie święconej, dzięki czemu teraz rośnie, buzuje, oblepia każdy skrawek ściany, wspina się jak trujący bluszcz, pochłaniając resztki zabytkowego wystroju.

Sporą część megagazetki stanowią kamienne tablice, poświęcone – z subtelnością Licheńskiej Szkoły Dekoracji Wnętrz – różnym grupom: zabitym w rzezi wołyńskiej, pomordowanym duchownym, więźniom politycznym, Łupaszce i jego ludziom, Kresowiakom (a nawet urojonym dwustu tysiącom ofiar KL Warschau, wymyślonym przez pewną badaczkę, której nazwisko litościwie pominę). Podobne tablice – owszem, nawet brzydkie i bardzo brzydkie – nadzwyczaj mnie wzruszają w miejscach takich jak warszawski kościół św. Antoniego, gdzie ludzie umieszczali je za komuny: to, co nie mogło być wypowiedziane ani tym bardziej upamiętnione publicznie, znajdowało swoje miejsce w przestrzeni kościoła. Wmurowywanie takich znaków pamięci było wówczas aktem dużej odwagi, zarówno ze strony fundatorów, jak i duchownych, i chwała tym, którzy taką uwagę wówczas mieli. Ale tablice słupskie nie mają z tym nic wspólnego, to wszystko lata ostatnie (co wyjaśnia, czemu wcześniej nie rzuciły mi się w oczy). Odważni ludzie, nie lękając się Straszliwej Władzy Komunistycznej, montowali je już w tym stuleciu. Ale cóż, może nie należy z tego żartować, może po prostu, jak wielu patriotów turbopolskich, nie mogli tego zrobić 30 lat temu, bo byli akurat sekretarzami POP PZPR i nie wypadało.

A dalej leci już wszystko. Objawienia fatimskie; wizerunek Jezusa kolportowany przez sekciarzy od koronacji na Króla Polski; kącik Prymasa Tysiąclecia na szafirowym tle z kilkoma „myślami” (np. „Każda prawdziwa miłość musi mieć swój Wielki Piątek” – co może wyjaśnia, czemu katolicy w Polsce tak się masowo rozwodzą); 32-stronicowa relacja z życia płodowego, zatytułowana krzywym pismem markerowym „ŻYCIE CZŁOWIEKA NAJWIĘKSZĄ TAJEMNICĄ” (dostępu do tajemnicy broni wszakże monumentalna palma, całkowicie zasłaniająca tę część gazetki, więc nadal nic nie wiem o życiu płodowym); paskudne ukrzyżowane Chrystusy: jeden to muskularny wrestler przybity do krzyża w przykucu, drugi jest samym popiersiem z żebrami niefortunnie zarysowanymi jak para dłoni, przez co wygląda, jakby jakiś obcy facet łapał go od tyłu za piersi (#hetoo); reprodukcja „Sądu Ostatecznego” Memlinga z doczepionym figlarnie napisem „AKTUALNOŚCI RADIA MARYJA”; kserówka z „Żądaniami Matki Boskiej Fatimskiej”; kwaterka Żołnierzy Wyklętych (na 1 marca, ale przecież raptem trzy miesiące i znów będzie aktualna), gdzie jako jeden z tychże żołnierzy, tuż pod Inką, wisi Matka Boska Różańcowa nad Duszami Czyśćcowymi; plakat „Kocham Polskę” z orłem rzucającym się z pazurami na Kogoś-Poza-Kadrem (nanieś, kogo chcesz); wreszcie, ponad wszystkim, długi fryz antyaborcyjny ze zdjęciami i cytatami. Dawno temu, w innej rzeczywistości propagandowej, chyba w latach 90., ktoś w retorycznej przesadzie dołożył zdjęcia dzieci z obozów koncentracyjnych i obozów dla uchodźców, jakże dziś niewygodne. Na szczęście skażenie uchodźcami zostało naprawione, bo tuż pod dzieciakami za drutem kolczastym umieszczono blok antyislamski: pobicie Turków pod Chocimiem i Jan III Sobieski pod Wiedniem.

Rozglądam się po raz ostatni. Na ławkach okładki nieaktualnych gazet ze zdjęciami polityków. Na ścianach życie płodowe i fotografia człowieka, który w Dubinkach masakrował dzieci i ciężarne kobiety. I mówię ze smutkiem: „Galilejczyku, przegrałeś”.

***

Jacek Dehnel – pisarz (m.in. powieści „Saturn”, „Lala”, „Matka Makryna”, „Krivoklat”), poeta, tłumacz (Larkin, Verdins) i malarz. Zajmuje się zbieractwem i łowiectwem (gratów), prowadzi blog poświęcony międzywojennemu tabloidowi kryminalnemu „Tajny Detektyw”, nie prowadzi samochodu. Decyzją Rady Języka Polskiego został Młodym Ambasadorem Polszczyzny.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną