Kultura

Wysoki talent

Jakie tajemnice skrywa Adam Driver

Adam Driver jako konfrater Francisco Garupe w „Milczeniu” Adam Driver jako konfrater Francisco Garupe w „Milczeniu” Gutek Film
Adam Driver jest nieprzewidywalny jak życie. Budzi przerażenie w roli głównego rozgrywającego w kontynuacji „Gwiezdnych wojen”. Ale równie zjawiskowy jest jako anielski misjonarz w „Milczeniu”, które już można kupić z POLITYKĄ.
Adam Driver w „Przebudzeniu mocy”EAST NEWS Adam Driver w „Przebudzeniu mocy”

W ciągu paru sezonów mało przystojny drugoplanowy statysta, grywający przeważnie niestabilnych emocjonalnie dziwaków, wdarł się przebojem do aktorskiej czołówki, zaczął współpracować z najwybitniejszymi, m.in. Terrym Gilliamem, Stevenem Soderberghem, Martinem Scorsesem, Spike’em Lee. Zyskał sławę. Mówi się o nim nawet, że to „idol pokolenia milenialsów”.

Krytykom ciężko rozgryźć fenomen Adama Drivera. Ani on charyzmatyczny, ani wedle stereotypów męskiego piękna urodziwy. W zasadzie sprawia wrażenie aż do znudzenia przeciętnego, zamkniętego w sobie introwertyka. Wysoki, ale jakby miał za chwilę upaść. Jajowaty, kanciasty owal głowy, zmysłowe usta, delikatnie podkrążone, wąskie oczy, wyraźnie odsłonięte czoło i długie, niechlujnie zaczesane do tyłu, kruczoczarne włosy nadają mu lekko ospały, odpychający wygląd człowieka borykającego się z masą kompleksów. Stanowczo nie budzi zaufania. Z drugiej strony w jego szorstkiej i pozbawionej wdzięku urodzie czai się jakaś tajemnica. Pod maską gniewnego, wiecznie naburmuszonego brzydala daje się wyczuć ponadprzeciętną wrażliwość. Nie żarliwe, ale jednak uduchowienie.

Z tak niepokojącym wyglądem Driver właściwie nie powinien wychodzić z aktorskiej niszy. Wybornie sprawdzał się w smacznych, wyrazistych epizodach podkręcających groteskowy wydźwięk scenek, do których zwykle był angażowany. W „Co jest grane, Davis?” braci Coen dał się zapamiętać jako najbardziej zasępiony wykonawca przeboju „Please Mr. Kennedy”. Siedząc sztywno wyprostowany w kowbojskim kapeluszu zasłaniającym mu chmurne czoło, mamrotał coś do siebie, bulgotał, pojękiwał, zadziwiająco dobrze akompaniując Justinowi Timberlake’owi i Oscarowi Isaacowi. W czarno-białym dramacie „Frances Ha” w reżyserii Noah Baumbacha o 27-letniej tancerce walczącej o przetrwanie na Broadwayu, zamiast swobodnie i grzecznie prowadzić z nią dialog, prowokował, melodyjnie przeciągając, a niekiedy przesadnie akcentując samogłoski.

Najwięcej takich absurdalnych numerów miał okazję wyciąć w serialu HBO „Dziewczyny”, który przyniósł mu sporą popularność, utrwalając wizerunek irytującego niezguły („neandertalczyka z nagą klatą” – jak pisały o nim media społecznościowe). Nieobliczalnego – głównie w scenach seksu – niekryjącego się ze swoimi upodobaniami do BDSM partnera głównej bohaterki.

Brutalny i niewinny

A jednak po zagraniu w sześciu sezonach „Dziewczyn” i zdobyciu za to aż trzech nominacji do nagrody Emmy został okrzyknięty amantem w nie tylko jaskiniowym typie. W wywiadach wciąż musi znosić pytania o to, jak się czuje w roli nowego symbolu seksu. Fabryka snów też szybko się o niego upomniała. Trzy lata temu ogłoszono, że to właśnie jemu przypadła rola syna Hana Solo i Lei Organy w „Przebudzeniu Mocy”, siódmym epizodzie sagi „Gwiezdnych wojen”, dającym początek trzeciej trylogii rozgrywającej się trzy dekady po wydarzeniach przedstawionych w „Powrocie Jedi”.

Został następcą swego dziadka Dartha Vadera, pogromcą rycerzy Jedi, ojcobójcą i czarnym charakterem. Driverowi nie przeszkadzało, że przez znaczną część filmu musi nosić paskudną maskę w kształcie powiększonej głowy komara. Tym większe wrażenie robi scena spotkania na moście z Hanem Solo, w trakcie której ją zdejmuje. Wtedy w całej okazałości objawia swoje groźne, marsowe oblicze, zaskakując młodym wiekiem, udając słabego i naiwnego. Peter Bradshaw, wpływowy recenzent „Guardiana”, uznał kreację 34-letniego dziś Amerykanina (którego znów zobaczymy w tym samym wcieleniu w „Ostatnim Jedi”) za popisową. Komplementował jego okrutnie złośliwy i kapryśny talent, bardzo pasujący do roli wyniosłego Bena Solo, okazującego wrogom pogardę, który po wstąpieniu do zakonu rycerzy Ren posługuje się pseudonimem Kylo Ren.

Według J.J. Abramsa, reżysera „Przebudzenia Mocy”, to rzucające się w oczy u Drivera rzadkie połączenie brutalności, niewinności oraz kumulacji nieokreślonych bliżej seksualnych komplikacji przesądziło o powierzeniu mu tej niewdzięcznej roli. Komentując swoją decyzję na łamach „New York Timesa”, Abrams przyznał, iż liczył, że będzie zaskakiwany przez aktora oryginalnymi pomysłami. Chodziło o to, by widz podobnie jak autor filmu nie mógł przewidzieć, co w danej chwili zrobi Kylo Ren. To pomagało budować napięcie.

Dla Martina Scorsese, który obsadził Drivera w drugoplanowej roli w swoim najbardziej osobistym dramacie „Milczenie”, decydujące okazało się coś przeciwnego. Wyciszenie i łudzące wręcz fizyczne podobieństwo aktora do zakapturzonych mnichów pojawiających się na płótnach flamandzkich, holenderskich i włoskich mistrzów późnego baroku. Z zapadniętymi policzkami, wychudzony, z charakterystyczną bródką oraz nadającymi mu staroświecki wygląd wąsikami idealnie pasował do roli portugalskiego konfratra Francisco Garupe, udającego się z tajemną misją do XVII-wiecznej Japonii.

Driver za kierownicą

Kręcone m.in. na skalistych wybrzeżach Tajwanu religijne widowisko o Bogu patrzącym w milczeniu na ludzkie cierpienie i ludziach próbujących to milczenie zrozumieć potwierdziło gotowość Drivera na tego typu wyzwania. Wyszły też na jaw jego inne wyjątkowe umiejętności i poświęcenie. Pracował bez wytchnienia, zrzucił kilkanaście kilogramów, nie godził się na udział dublerów w najtrudniejszych scenach tortur w lodowatej morskiej otchłani. Oceniając w wywiadach efekty ich spotkania, reżyser bez wahania chwalił go za odwagę i wszechstronność. Scorsesemu imponował sposób, w jaki młody aktor pracuje z kamerą. I on sygnalizował interesującą, wyjątkową kombinację sprzecznych cech osobowości Drivera, dodającą mu mroku, głębi i psychologicznej dwuznaczności.

Ale to Jim Jarmusch, legenda niezależnego kina, zaryzykował najwięcej, proponując Driverowi brawurową rolę w pełnometrażowej fabule, opartej niemal wyłącznie na obserwacji jego niezwykle plastycznej sylwetki i twarzy. Scenariusz „Patersona” powstał w hołdzie nowojorskiej szkole poetów: Ronowi Padgettowi, Davidowi Shapiro i najsłynniejszemu z nich Frankowi O’Harze. Został przez Jarmuscha napisany w bardzo specyficzny sposób. Praktycznie żadnych spektakularnych wydarzeń. Niemal bez dialogów. Same powtarzające się codzienne czynności, opisywane przez reżysera tak lakonicznie, że bardziej chyba się nie da. Przykładowo: zawartość trzech kluczowych scen reżyser ujął w trzech krótkich zdaniach informujących o tym, że bohater, subtelny poeta amator zarabiający na życie za kierownicą miejskiego autobusu, z uwagą przysłuchuje się różnym osobom.

Driver świetnie rozszyfrował, kim jest Paterson, outsider, anachroniczna postać, którą miał zagrać. Aby zrozumieć lepiej jej motywację, zapisał się na kurs jazdy autobusem po wąskich uliczkach 140-tysięcznej dzielnicy nazywającej się tak samo jak jego bohater (położonej niecałe 15 km od Manhattanu, gdzie kręcono zdjęcia). Okiełznał drzemiącą w sobie dzikość. Odnalazł spokój, właściwy rytm. Zaufał wewnętrznemu głosowi podpowiadającemu, jak naturalnie sportretować dość nieoczywistą przemianę niczym niewyróżniającego się pracownika fizycznego w wyrafinowanego, dojrzałego artystę. Mimo pozorów monotonii „Paterson” jest przepiękną, snutą niespiesznie opowieścią o poetyckich inspiracjach i przebiegu procesu twórczego. Widz ma wrażenie, że odkrywa wraz z bohaterem tajemnicę alchemicznego procesu wyłuskiwania arcydzieła z bezbarwnych okruchów życia.

W rzeczywistości Driver nie posiada aż tak rozwiniętej poetyckiej natury. Śpiewał wprawdzie w kościelnym chórze (jego ojczym jest pastorem Kościoła baptystycznego), lecz w młodości, zamiast pisać wiersze, wolał przesiadywać przy tanim winie. Wolny czas spędzał, włócząc się z kolegami po zaułkach niespełna 50-tysięcznego miasteczka Mishawaka w północnej części stanu Indiana. Do ulubionych rozrywek należało wspinanie się na wieże radiowe, podpalanie śmietników i organizowanie turniejów, w których młodzi naśladowali styl walk z filmu „Fight Club”.

Marzenie o aktorstwie pojawiło się niespodziewanie. Niewykluczone, że na skutek nieudanej przygody z koszykówką. Gdy Adam zaczął opuszczać się w nauce, matka, niedoszła prawniczka, postawiła mu ultimatum. Albo szkoła, albo sport. Wybrał kurs teatralny. Wystąpił z powodzeniem w czterech szkolnych przedstawieniach, a kiedy skończył 17 lat, złożył papiery do Juilliard, słynnej nowojorskiej akademii muzycznej, posiadającej również prestiżowy wydział aktorski. Ku swemu zdumieniu, nie został przyjęty. Rodzice nie mieli dla niego litości. Chcąc zahartować syna na trudy życia, nauczyć go niezależności, zaczęli domagać się od niego pokrywania kosztów utrzymania. Zamieszkał w przybudówce na zapleczu domu rodzinnego z obowiązkiem płacenia 200 dol. miesięcznego czynszu. Imał się różnych zajęć. Sprzedawał odkurzacze, brał zlecenia telemarketingowe. W końcu się zbuntował i kupionym za grosze wysłużonym lincolnem ruszył na podbój Hollywood. Zdołał dotrzeć do Teksasu. Tam samochód odmówił mu posłuszeństwa. Odłożył ambitne plany, wrócił.

Zdrowy dystans

Wtedy wydarzyło się coś, co biografowie nazywają ponownymi narodzinami Adama Drivera. W odpowiedzi na ataki terrorystyczne na World Trade Center i Pentagon do głębi zszokowany 18-latek w patriotycznym odruchu podjął decyzję o wstąpieniu do piechoty morskiej. Przejęty ideą pomocy i służenia ludziom wylądował w bazie Camp Pendleton w Kalifornii. Dzięki codziennym intensywnym ćwiczeniom, spośród których obowiązek zaliczenia biegu na dystansie 3 mil wydawał się najłatwiejszy, okrzepł fizycznie, z chudzielca zmienił się w atletę. Jako wyszkolony marines nie trafił jednak na front do Iraku. Ustrzegł go przed tym pechowy wypadek na górskim rowerze, w wyniku którego złamał mostek i o mały włos nie stracił życia. Po długiej rekonwalescencji w 2004 r. został zwolniony z armii.

„Psychicznie byłem wtedy wrakiem” – wyznał w wywiadzie udzielonym amerykańskiemu „Newsweekowi”. Obwiniał się, że zawiódł w momencie, gdy go najbardziej potrzebowano. Przykrył to sztuczną pewnością siebie. Po roku spędzonym na uniwersytecie w Indianapolis spróbował wrócić na scenę i zdawać ponownie do Juilliard. Tym razem się udało. Horyzont jego ambicji kończył się na Broadwayu.

Teraz, choć nie występuje już w teatrze, filmowy grafik wypełniony ma na kilka sezonów naprzód. Ubiegają się o niego nie tylko hollywoodzkie studia. Niebawem pojawi się m.in. u Terry’ego Gilliama w długo wyczekiwanym projekcie „The Man Who Killed Don Quixote”, gdzie – jak łatwo się domyślić – zagrał główną rolę. W najbliższych planach ma współpracę ze Spike’em Lee, Leosem Caraxem i Sylvestrem Stallone. Żyje skromnie. W 2013 r. poślubił koleżankę ze studiów Joanne Tucker. Nie słychać, aby woda sodowa uderzyła mu do głowy.

Ci, którzy dobrze go znają, twierdzą, że rzadko okazuje entuzjazm. Ma ogromny dystans do aktorstwa, jeszcze większy do siebie. Za największy grzech uważa w tym zawodzie pychę i oderwanie od rzeczywistości. Nawet gdy wszyscy są pewni, że ujęcie się udało, on jeden nie kryje dezaprobaty, co częściowo tłumaczy, dlaczego inni tak bardzo lubią z nim pracować. Na słowa podziwu, że tak szybko i nieoczekiwanie znalazł się na szczycie, ma prostą odpowiedź: to tylko chwilowe grzanie się w blasku ułudy. „Fajnie – mówił w jednym z wywiadów – że aktorstwo inspiruje tak wielu ludzi, ale ta cała reszta to bzdura”.

Polityka 50.2017 (3140) z dnia 12.12.2017; Kultura; s. 94
Oryginalny tytuł tekstu: "Wysoki talent"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Wojewódzki z Matą o „Patointeligencji” i „Patoreakcji”

Mata, autor „Patointeligencji”, który właśnie opublikował nowy utwór z równie mocnym tekstem: – Społeczną rolą artysty czasami jest wystawienie się na strzał. Ja się czuję z tym dobrze, to zamieszanie czemuś służy.

Kuba Wojewódzki
03.04.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną