Kawiarnia literacka

Budapeszt w Warszawie
Patrzyliśmy na siebie jak Polak i Węgier – czyli dwa bratanki, które zasłużyły sobie na lepszych przywódców.

Niespodziewanie na niedzielnym spacerze przeżyłem tak zwany szok estetyczny. Nie powinno się przeklinać przy dzieciach, ale tym razem nie dałem rady się powstrzymać. Na szczęście mój syn, którego trzymałem za rękę, zamiast powtarzać po mnie przekleństwa, kulturalnie zwrócił mi uwagę: – Tak się nie mówi, przypominam.

Ale jak inaczej zareagować na to, co się pojawiło na warszawskiej Agrykoli? Jak to możliwe, żeby tuż obok parku Łazienkowskiego postawili coś tak koszmarnego? Kto na to pozwolił? Chyba że kosmici przed chwilą wylądowali na tej pięknej polance, wyrzucili kiczowate kosmiczne śmieci i polecieli dalej?

Jak to się mówi: nie wierzyłem własnym oczom. Tym bardziej że z daleka widziałem już nie tylko kiczowate, odpustowe kolory ogrodzenia, ale też motywy religijne – krzyż i skrzydlatego anioła. Czy to kolejna udana inwestycja ojca Rydzyka? Jakieś odwierty, tym razem w centrum Warszawy, na które rząd znowu dorzucił kilka milionów z naszych podatków? Narastała we mnie dobrze znana mieszanka złości, rozbawienia i frustracji, z którą od dwóch lat nie bardzo umiem sobie poradzić. Na szczęście dzieci nie miały tego problemu. Od razu im się spodobało i pobiegły się tam bawić. Z bliska już zobaczyłem napis nad huśtawkami: Polak, Węgier dwa bratanki, i od bitki i od szklanki. Czy to znaczy, że na tym świeżo otwartym nietypowym placu zabaw dzieci powinny bić się ze sobą razem i upijać? Dobrze, że moje przynajmniej nie umieją jeszcze czytać.

Ja tymczasem przeczytałem informację przy wejściu: „Drogie dzieci! Ten plac to prezent dla was z okazji roku kultury węgierskiej 2016/17. Przygotowaliśmy go z wielką radością jako kolejny symbol trwającej setki lat przyjaźni polsko-węgierskiej”.

Co prawda jest już 2018 r., ale nie ma co się czepiać dat, wielka przyjaźń polsko-węgierska wciąż trwa, a najlepszy tego dowód to niedawna pierwsza zagraniczna wizyta nowego polskiego premiera w Budapeszcie.

Nie tylko kolory i napisy były tu nietypowe. Sprzęty do zabawy też. Na przykład beczka-kołowrotek, którą dotąd widziałem tylko w klatkach dla chomików. Tutaj idealnie odtworzona, na ludzką miarę. Dzieci od razu do niej weszły.

Patrzyłem na ten ideologiczny, utrzymany w estetyce cepelii z lat 80., plac zabaw już bez początkowej złości. Może i kryją się za nim dobre intencje, tylko nie to miejsce i nie to wykonanie. Narastało we mnie poczucie, że przyjaźń polsko-węgierska zasłużyła sobie na coś lepszego. Przecież w czasach komunizmu krwawo stłumiona przez radzieckie czołgi węgierska rewolucja 1956 r. zaczęła się od solidarności z naszym Październikiem i z ofiarami poznańskiego Czerwca. A wśród państw Układu Warszawskiego to Węgrzy i Polacy mieli opinię najdzielniej i właśnie najofiarniej walczących o wolność i demokrację.

Za każdym razem, kiedy przyjeżdżam do Budapesztu, Węgrzy z sentymentem opowiadają o tamtych czasach: polskich książkach, filmach i pismach drugiego obiegu. Mówią, że Polska była ich „oknem na świat”, a w latach 80. na polonistykę było więcej chętnych niż na anglistykę. Stąd wybitni profesorowie i tłumacze literatury polskiej. Do dziś polskie książki są często w pierwszej kolejności tłumaczone właśnie na węgierski. A na budapeszteński festiwal literackich debiutantów co roku zapraszany jest autor z Polski. Ostatni raz w Budapeszcie byłem w 2016 r., tuż przed referendum w sprawie kwot uchodźczych, dzięki któremu Orbán chciał udowodnić Unii Europejskiej, że Węgrzy popierają jego antyemigracyjną politykę. Cały Budapeszt był oklejony plakatami informującymi po węgiersku, że np. sprawcami paryskich zamachów terrorystycznych byli uchodźcy (co oczywiście nie jest prawdą). W telewizji od rana do nocy leciała podobna propaganda. To z niej dowiedziałem się, że niedaleko mojego hotelu miał miejsce „zamach terrorystyczny”. Teren wciąż był oklejony taśmą policyjną. Kiedy zapytałem w sklepie obok, co się stało, młoda sprzedawczyni machnęła ręką: – To wybuchło w magazynie, który od dawna stoi pusty. Na dwie godziny przed wybuchem po cichu przyjechała policja i zwinęła bezdomnego, który od dwóch lat spał na schodkach magazynu. Taki to był zamach.

Latem w Szwajcarii poznałem Węgierkę, która pracowała tam jako kelnerka. Kiedy zorientowała się, że jesteśmy z Polski, powiedziała, że bardzo nam współczuje, bo czytała, że w Polsce ma być tak jak na Węgrzech. Miała 28 lat, była po dwóch wydziałach (nauki polityczne i anglistyka), znała trzy języki obce. I wyjechała, ponieważ „dobrze jest na Węgrzech tylko konformistom, no i oczywiście oligarchom i ich bliskim skupionym wokół Orbána”. Z jej klasy w liceum zostały na Węgrzech tylko trzy osoby. W całym kraju brakuje lekarzy, kierowców autobusów, a nawet listonoszy. – My mamy szczęście, bo możemy wyjechać – mówiła. – Jesteśmy młodzi i znamy języki, ale co mają zrobić nasi rodzice?

Patrzyliśmy na siebie jak Polak i Węgier – czyli dwa bratanki, które zasłużyły sobie na lepszych przywódców. Ona nawet trochę mnie pocieszyła. – My, Węgrzy, jesteśmy bierni – powiedziała. – A wy, Polacy, zawsze byliście odważni i waleczni.

Przypomniało mi się to teraz. W czasie kiedy moje bliźniaki na placu zabaw, coraz bardziej zmęczone, kręciły się wciąż w polsko-węgierskim kołowrotku. Pewne, że biegną do przodu, tak naprawdę stały w miejscu.

***

Mikołaj Łoziński – pisarz i fotografik. Socjolog z wykształcenia. Był tłumaczem telewizji francusko-niemieckiej, zarabiał jako malarz pokojowy i asystent niewidomej psychoterapeutki. Debiutował powieścią „Reisefieber” (Znak 2006), za którą otrzymał w 2007 r. Nagrodę Fundacji im. Kościelskich. Laureat Paszportu POLITYKI w 2011 r. za powieść „Książka”. Ojciec bliźniaków. Mieszka w Warszawie.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną