Kultura

Piękne bestie

Hellboy i inne potwory Guillermo del Toro

Główna bohaterka „Kształtu wody” grana przez Sally Hawkins Główna bohaterka „Kształtu wody” grana przez Sally Hawkins DDY&FSP
Meksykański reżyser Guillermo del Toro od dziecka kochał potwory. Teraz swoją miłością zaraził Hollywood – jego „Kształt wody”, z aż 13 nominacjami, jest faworytem tegorocznych Oscarów.
Potwór z „Labiryntu fauna”Ronald Grant Archive/BEW Potwór z „Labiryntu fauna”
Tytułowy bohater filmu „Hellboy”Ronald Grant Archive/BEW Tytułowy bohater filmu „Hellboy”
Guillermo del ToroJason LaVeris/FilmMagic/Getty Images Guillermo del Toro

Artykuł w wersji audio

Uznanie krytyków przyniósł mu „Labirynt fauna”, nominowany do Oscara jako najlepszy film nieanglojęzyczny, a do tego uhonorowany przez Akademię statuetkami za scenografię, charakteryzację i zdjęcia. Miłośnicy kina wysokobudżetowego i efektownego pokochali go natomiast zwłaszcza za dwa filmy o komiksowym bohaterze Hellboyu oraz za rozbuchany wizualnie „Pacific Rim”.

Pozornie trudno pogodzić wrażliwość „Labiryntu...”, czyli osadzonej w Hiszpanii generała Franco mrocznej baśni, z festiwalem efektów specjalnych, jakim jest „Pacific Rim” – fabułą o kolosalnych potworach bijących się z ogromnymi robotami. Tak samo dziwić może zestawienie mrocznego „Kręgosłupa diabła”, którego bohaterem jest duch zamordowanego chłopca, z kręconym na wyraźnym luzie „Hellboyem”. Tym bardziej konfundować mogą słowa samego del Toro, który mówi: „Ciągle kręcę ten sam film, na który składają się wszystkie moje filmy”.

Gdzie jest klucz do tego wszystkiego? W dzieciństwie reżysera. W domu młodego Guillermo w Guadalajarze było mnóstwo książek, a on czytał je byskawicznie, zwykle jedną w dwa dni. Jako najważniejszą wymienia przy tym podręcznik „How to Look at Art”, który nauczył go rozumieć i doceniać sztukę, oraz... 10-tomową encyklopedię medyczną „Health Medicine Encyclopedia” – ta sprawiła, że zaczął fascynować się ludzkim ciałem, a przede wszystkim jego zmianami i deformacjami. Możliwe, że z tego wyrosła również jego miłość do horroru, zarówno w prozie, jak i komiksie, a także w filmie – po dziś dzień wielbi takie klasyki, jak „Potwór z Czarnej Laguny” czy „Frankenstein” z rolą Borisa Karloffa.

Do dziś pozostaje kulturalnym wszystkożercą, który z równą pasją będzie opowiadał o malarstwie i wyższości symbolistów nad prerafaelitami, jak i o anime, klasykach horroru, Tołstoju i Stephenie Kingu. W kinie zaś najbardziej kocha Alfreda Hitchcocka i stare baśnie Disneya.

Fizyczną emanacją rozpalających jego serce fascynacji jest tak zwany Bleak House (Mroczny Dom), czyli położone w spacerowej odległości od rezydencji reżysera w Kalifornii muzeum, biuro, a zarazem gabinet osobliwości – del Toro gromadzi tu książki, komiksy, obrazy i grafiki, rzeźby, rekwizyty ze swoich, i nie tylko swoich, filmów, najróżniejsze gadżety, i te związane z kulturą, i po prostu dziwne. To tam Meksykanin pracuje, zwykle w tzw. Deszczowym Pokoju, którego okno jest zawsze przyciemnione i zawsze spływają po nim strużki wody, tak że ma się wrażenie, iż na zewnątrz szaleje ulewa. Tu pisze i szkicuje, w towarzystwie między innymi naturalnej wielkości rzeźb H.P. Lovecrafta i Edgara Allana Poego, a także aktora Borisa Karloffa, uchwyconego w momencie charakteryzowania go na potwora z filmu „Frankenstein”. Swój reżyserski dorobek porównuje właśnie do Bleak House: mamy tu wiele tematycznych pokoi, od komiksowego, przez pokój sztuki, po pokój horroru gotyckiego, ale wszystko składa się w jedną całość.

Pod maską potwora

W efekcie wchłaniania takiej kulturalnej mieszanki Guillermo del Toro wykształcił w sobie różne wrażliwości i, jak sam to określa, niektóre filmy kręci, jakby miał lat 80, a niektóre jak gdyby był 8-latkiem. Przy czym nawet w tych drugich jest jednak inny od reżyserów-geeków, z którymi bywa porównywany, jak J.J. Abrams, Joss Whedon czy zwłaszcza Peter Jackson (pracowali razem przy „Hobbicie”) – podczas gdy oni tworzą, przetrawiając popkulturę i do niej się odwołując, Meksykanin miesza ją z tzw. sztuką wysoką. Dlatego jego filmy można czytać jak obrazy symbolistów, rozszyfrowując poszczególne ujęcia – na przykład wielkie młyńskie tryby w pokoju kapitana Vidala w „Labiryncie fauna” czytać trzeba jako metaforę jego życia w cieniu ojca, po którym został mu szczególny zegarek.

Można też te filmy analizować wizualnie, bo do każdego nowego tytułu del Toro dobiera inną paletę barw: „Labirynt fauna” jest sinoniebieski, „Pacific Rim” żółto-niebieski, „Crimson Peak” biało-czerwono-czarny, a najnowszy „Kształt wody” to przede wszystkim zgniła zieleń i ciemny błękit. Za swój najpiękniejszy film reżyser uważa „Hellboya 2: Złotą armię”, gdzie dominowały kolory jesieni, złoto i czerwień.

Wizualna strona filmów jest kluczowa – wszystkie projekty del Toro najpierw powstają w formie notatek i rysunków w notesach, swoją karierę zaczynał natomiast jako ekspert od efektów specjalnych, opracowujący między innymi potwory do meksykańskiego serialu telewizyjnego będącego odpowiednikiem słynnej „Strefy mroku”. Co ważne, sam często tworzone przez siebie maski monstrów zakładał. I jest w tym jakiś symbol, bo jeżeli spojrzeć na karierę tego reżysera, potwory towarzyszyły mu od zawsze.

Wspomniany „Hellboy” to dobry przykład jego podejścia: spośród komiksowych herosów szczególnie ukochał tego, który sam jest potworem. Więcej – dodał mu wątek miłosny, w oryginale Mike’a Mignoli nieobecny, czym go „uczłowieczył”. W kontynuacji zaś dołożył kolejnych nieludzkich herosów, księcia Nuadę i leśnego boga, żywiołaka, w teorii „tych złych”, w praktyce jednak pięknych i na swój sposób bohaterskich, bo przeciwstawiających się zachłanności świata ludzi. Podobnie ogromne kaijū w „Pacific Rim” miały w sobie coś zachwycającego, w horrorze „Crimson Peak” naprawdę źli byli ludzie, a duchom raczej się współczuło, w „Labiryncie fauna” natomiast tytułowy bohater miał być, wedle założeń del Toro, jednocześnie przerażający i fascynujący. „Kształt wody” to ukoronowanie tego trendu: w filmie tym potwór zakochuje się w kobiecie, a jego niezwykłość i magnetyzm zestawiane są z szarością i podłością ludzi.

Del Toro do tego stopnia pokochał monstra, że – wedle jego własnej relacji – gdy przedstawiał Lucasfilmowi swoją koncepcję na film z uniwersum „Gwiezdnych wojen”, miała to być fabuła z Jabbą (to ten, który wygląda jak ogromny ślimak) na pierwszym planie. Żartował, że postać ta fizycznie najbardziej przypomina jego samego.

Gdyby Disney kręcił horrory

Fabuły del Toro to bardzo pokręcone baśnie, w których są i księżniczki (Ofelia w „Labiryncie”, Nuala w „Hellboyu”, Nyssa w „Blade”), i książęta (wspomniany Nuada, Nomak w „Blade”), są najróżniejsze monstra, ale zazwyczaj to nie herosi na białych koniach walczą o dobro, ale raczej to przed nimi trzeba się bronić. Charakterystyczną cechą jego fabuł jest też ogromna rola dziecięcej perspektywy – albo czyni bohaterką „Labiryntu...” młodą Ofelię, albo w „Kręgosłupie...” ducha spotyka przebywający w sierocińcu Carlos, a jeżeli nawet dzieci nie są na pierwszym planie, można być pewnym, że wprowadzona zostanie znacząca młoda postać („Mutant”) albo odwołania do dzieciństwa protagonisty (relacja ojciec–syn w „Hellboyu” i waga czytanej małemu Piekielnemu Chłopcu legendy w „Złotej armii”), albo kluczowym dla fabuły okaże się coś sięgającego czasu dorastania bohaterów – w „Crimson Peak” i „Pacific Rim” była to więź między rodzeństwem.

Jest więc prawda w stwierdzeniu Meksykanina, że ciągle kręci ten sam film. Powracają te same tematy: losy wyrzutków, bezsens wojny, portrety ludzi, którzy nie zawsze są bohaterami, a najczęściej wręcz odwrotnie. Jest u del Toro wreszcie tęsknota za jakimś ukrytym pięknem, niezwykłością, którą odkryjemy i która przemieni nasz brudny i pełen bólu świat. Czy będzie to labirynt, w którym mieszka prastary Faun, czy humanoidalny wodny potwór, który sam dostrzeże naszą wyjątkowość i pokocha pełniej niż ludzie.

Mylące mogą być różne scenografie, różne fantastyczne światy, do których Guillermo del Toro nas zabiera. Bo nie dla nich opowiada swoje historie. Jak sam mówi – „fantastyka to doskonały sposób na rozszyfrowywanie rzeczywistości”.

Konsekwencja w jego filmach jest z kolei tak wyraźna, ponieważ w swojej karierze del Toro uparcie realizował własne wizje. Z wyjątkiem „Mutanta”, który był nieudanym ćwiczeniem w kompromisie, Meksykanin zawsze szedł własną ścieżką, na początku kariery odrzucając choćby kolejne propozycje kręcenia epatujących przemocą, krwawych i efekciarskich horrorów, a później wybierając „Labirynt fauna” (który wpędził go w długi i był potwornie trudny do sfinansowania) zamiast lukratywnej propozycji ekranizowania komiksu o Fantastycznej Czwórce, co z pewnością przyniosłoby mu górę pieniędzy, ale nie dawało artystycznej wolności.

Oczywiście czasami w zapatrzeniu w swoje pasje bywa ślepy, jak choćby w przypadku „Crimson Peak”, czyli filmu tak doskonale naśladującego ukochane przez del Toro wiktoriańskie horrory, że niczym wiktoriańska powieść grozy rozwlekłego. Krok po kroku realizuje jednak swoje dziecięce marzenia, przenosząc na wielki ekran pasje młodości – zekranizował już „Hellboya”, nakręcił horror jakby spod pióra Poego, w „Pacific Rim” jego kaijū niczym Przedwieczni u Lovecrafta wynurzali się z głębin oceanu, a choć po wielu latach nie udało mu się uzyskać finansowania na filmową wersję „W górach szaleństwa” autorstwa tegoż Lovecrafta i nie udało mu się nakręcić swojej wersji „Frankensteina”, to właśnie rozpoczął prace nad nową wersją „Fantastycznej podróży” z 1966 r., przy którym to filmie będzie współpracował ze swoim wielkim przyjacielem Jamesem Cameronem.

Rzecz jasna i pomysł na „Kształt wody” źródło ma w dzieciństwie del Toro – wtedy to Meksykanin zakochał się w „Potworze z Czarnej Laguny”. Wraca tu również malarstwo, tym razem z postacią Gilesa, a przetrzymujące potwora rządowe laboratorium przypomina komiksowe Biuro Badań Paranormalnych i Obrony z „Hellboya”. Sam romans to rzecz jasna disneyowska „Piękna i Bestia”, miłość do starego kina del Toro wyraził zaś licznymi nawiązaniami do musicali ze złotej ery Hollywoodu, podlewając wszystko kilkoma nieco surrealistycznymi scenami.

Bohaterami są wyrzutkowie, „odmieńcy”, tu reprezentowani niby przez humanoidalnego stwora, któremu odmawia się człowieczeństwa, a tak naprawdę przez główną bohaterkę, niemowę, jej czarnoskórą przyjaciółkę i sąsiada geja, którzy zderzają się z rzeczywistością Ameryki lat 50. W powieści „Kształt wody”, napisanej przez reżysera wspólnie z Danielem Krausem, dochodzi jeszcze wątek emancypacji kobiet, rozbudowany w opowieści o żonie filmowego czarnego charakteru Stricklanda.

Oscarowy faworyt?

Jest „Kształt...” charakterystyczną dla Meksykanina mroczną baśnią, głęboko zakorzenioną jednak w rzeczywistości, jak w „Labiryncie fauna”. Ale ze wszystkich filmów del Toro ten jest najbardziej „jego”; nie dobudowuje kolejnego pokoju w Mrocznym Domu reżysera, ale jest tym domem. Znajdziemy tu horror jak w „Kręgosłupie diabła”, magiczny realizm niczym w „Labiryncie”, podszyty grozą romans rodem z „Crimson Peak”, a wreszcie radość kina, lekkość i humor „Hellboya” i „Pacific Rim”. Najwyraźniej meksykański reżyser doszedł do takiego punktu w swojej karierze, gdzie w końcu ktoś dał mu odpowiedni budżet na realizację swojej w pełni autorskiej wizji kina, nie pytając choćby o to, czy główna bohaterka na pewno musi być niema i czy nie dałoby się więcej mówić tu w dialogach niż muzyką, gestami czy cytatami ze starych filmów. Na takie pytanie reżyser odpowiedziałby pewnie, że nie lubi dialogów, są dla niego najtrudniejszym elementem scenariusza, i dodałby: „Gdybym miał wybór, chciałbym żyć w czasach niemego kina, bo to było najczystsze kino”.

Zaufanie to najwyraźniej się opłaciło, bo choć to nie będzie jeden z tych obrazów, które przyniosą studiu miliardowe zyski, 13 oscarowych nominacji i Złoty Lew na festiwalu w Wenecji potwierdzają, że na dziwaczne kino według przepisu Guillermo del Toro jest nie tylko miejsce, ale i głód.

***

Cytaty z Guillermo del Toro pochodzą z książki „Guillermo del Toro Cabinet of Curiosities: My Notebooks, Collections, and Other Obsessions” autorstwa reżysera i Marca Zicree.

Polityka 6.2018 (3147) z dnia 06.02.2018; Kultura; s. 80
Oryginalny tytuł tekstu: "Piękne bestie"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Lefebryści. Schizmatycy w łonie Kościoła katolickiego

Papież Franciszek i jego poprzednik Benedykt XVI wykonali pewne gesty wobec tradycjonalistycznego Bractwa św. Piusa X. Czy może dojść do pojednania? I jakie pole manewru mają obie ze stron, skoro każda z nich uważa, że to ta druga powinna się nawrócić?

Roman Graczyk
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną