Kawiarnia literacka

Niespokojni
Jak łatwo popaść w zapomnienie albo nie przebić się do „głównego nurtu”, czekać na swoich „odkrywców” i nie doczekać.

Zapominanie jest proste, samo się zapomina, samo lezie ku tyłom głowy i samo znika. A przecież czasem chciałoby się ten proces zatrzymać. Ocalić od – jak u Gałczyńskiego. I to niekiedy bez wyraźnej przyczyny, nie z pragmatyzmu: „przyda się”. Zachować, mimo że do niczego przydać się nie może. Niczemu służyć nie będzie.

Taka sala w Tate Modern – jestem już nieco znużony, naoglądałem się, namyślałem. A tu półmrok. Na ścianach Rothko, pośrodku dwie jakby kanapy bez oparć. Można wygodnie siedzieć i patrzeć. Na jednej z tych kanap starszy Japończyk. W garniturze i z foliową torebką w złączonych dłoniach. Nie chcę mu przeszkadzać, siadam kawałek od niego i patrzę na kolory Rothkowe. Ale jakoś głowa mi co chwila idzie w bok, pasemka obrazów kładą się na twarzy tego mężczyzny. Wstyd przyznać, w tamtej chwili wydaje mi się bardziej interesujący niż malarstwo. Gorzej – wydaje mi się piękniejszy – w tych czerwieniach nierzeczywistych jakoś. Ryzykuję, że przeszkodzę mu w kontemplacji, przysiadam się bliżej. Facet śpi. Z bliska nie ma wątpliwości, choć siedzi prosto, a ręce ma zaciśnięte na foliówce z pamiątkami kupionymi pewnie w sklepie na parterze. Wygląda zachwycająco, stary, zmęczony mężczyzna w ciemnym garniturze i białej koszuli śpiący pośród prac Marka Rothko. Siedzę z nim parę minut, wychodzę po cichu, wiedząc, że chciałbym te kilka minut zapamiętać, innej pointy nie ma.

Byłem w tym Londynie trzy dni (graliśmy dla WOŚP), więc zabrałem ze sobą dwie małe książki. Tak się złożyło (znów bez planu), że obie pisarzy zapomnianych. Nawet jeśli nie całkiem, to na pewno zepchniętych gdzieś w niszę odwiedzaną przez parunastu badaczy literatury. Pisarzy – jak się zdaje – całkowicie niezasłużenie w tej niszy przebywających. „Czarny potok” Leopolda Buczkowskiego był nawet (według notki na okładce) zatwierdzony jako lektura szkolna dla klas IV liceów ogólnokształcących, techników i liceów zawodowych. To musiało być, zanim doczłapałem się do tego etapu edukacji. Żeby dowiedzieć się o tej książce (o istnieniu pisarza w ogóle...), musiałem wypić kiedyś kilka piw z mądrym polskim poetą.

I teraz, zamiast być w Londynie, jestem nagle w Szabasowej, w najokrutniejszym czasie, w języku, który się z tym czasem mierzy. Języku oddzielnym, porwanym, niepoprawnym, czyli pięknym. W zdaniach, które są jak to, co opisują, rozpaczliwe, przestrzelone nagle, zastraszone albo znienacka straceńczo odważne, szalone – bo normalne nie umiałyby opowiedzieć tych historii. Zamiast siedzieć w Londynie, jestem w zimowym lesie, nie mogę złapać oddechu od tego, co mi jest opowiadane i jak mi jest opowiadane. Zastanawiam się, czy czytałem kiedyś coś podobnego i tylko proza Sandauera (nie wyłącznie przez temat) przychodzi mi na myśl. Jednak po chwili – to jest jeszcze „bardziej”, więcej ryzyka w tym pisaniu. Nie ujmując nic „Zapiskom z martwego miasta” – jeśli ktoś z państwa nie zna – koniecznie.

Ostatnie wydanie „Czarnego potoku” to 1994 r., ja swój (starszy) egzemplarz kupiłem przez internet, może to czas, żeby przypomnieć tę genialną książkę? Podobnie jest z drugą, którą zabrałem na ten wyjazd, ale przeczytałem dopiero po powrocie, bo Buczkowski mnie „połknął” tak, że nic innego już nie miało do mnie dostępu. „Niespokojni” Leo Lipskiego wydani zostali w 1998 r. w Wydawnictwie Druków Niskonakładowych. Nazwa wydawnictwa oddaje to, co chcę napisać: jak to jest, że Lipski, Buczkowski, nawet Sandauer nie istnieją poza obiegiem polonistycznym i czy da się to zmienić? Słyszałem upominające się o Lipskiego głosy (POLITYKA 4 – red.), może coś to da? I druga myśl: jak łatwo w takie zapomnienie popaść albo i od początku – nie przebić się do „głównego nurtu”, jak Haupt czekać na swoich „ponownych odkrywców” i często nie doczekać.

Wieczór warszawski posępny, siedzę obłożony książkami zapomnianych pisarzy i myślę o „sprawiedliwości” literackiej, o uznaniu, choćby pośmiertnym, które powinno przyjść, a siedzi jakoś cicho w kącie grafomanów. Myślę o Adamie Mauersbergerze, który gdyby nie, nieduży przecież, szkic Marka Nowakowskiego w „Grisza, ja tiebie skażu…”, zniknąłby pewnie całkiem. A był ponoć kimś na kształt Franciszka Fiszera, geniuszem opowieści, niezrównanym erudytą, który tak sobie wysoko stawiał poprzeczkę, że niemal nic z niego w piśmie nie zostało. Fiszer zresztą też przetrwał w anegdocie międzywojennej, w żarcie po prawdzie, a nie jako myśliciel ciekawy i nietuzinkowy, taki, jak go opisywał Boy… Myślę o różnych zaszczytach, nagrodach spadających zasłużenie lub wcale nie. Ile to warte? Myślę o śpiącym Japończyku w ciszy Rothkowych „Red on Maroon”. Chciałbym napisać, że niebo w Warszawie z zachodzącym słońcem ma podobny kolor, ale nic z tego. Nic nie widać, smog.

***

Paweł Sołtys – lepiej znany jako Pablopavo – wokalista, kompozytor, autor tekstów. Laureat Paszportu POLITYKI w kategorii Muzyka popularna za 2014 r. Karierę muzyczną zaczął w zespole Saduba, był współzałożycielem Zjednoczenia Sound System, a od 2003 r. jest wokalistą Vavamuffin. Stale nagrywa też z grupą Ludziki. Pablopavo jest również bohaterem stworzonego przez Marcina Podolca i Marcina „Flinta” Węcławka biograficznego komiksu „Dym”. Niedawno ukazał się jego debiut literacki, zbiór opowiadań „Mikrotyki”.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną