Kawiarnia literacka: Renata Lis

Ja, sarna
Nikt nie zrozumiał życia pod terrorem lepiej niż Nadieżda Jakowlewna.

„W porę zrozumiałam, że nie wolno mieć dzieci” – zapisała Nadieżda Mandelsztam w drugiej księdze „Wspomnień”, których część pierwsza – wydana po polsku ze skrótami jako „Nadzieja w beznadziejności” – była kiedyś legendą drugiego obiegu. W czasie, do którego odnosi się to zdanie, autorka była żoną poety Osipa Mandelsztama; ich wspólne życie toczyło się pod panowaniem Lenina i w ciągu pierwszych kilkunastu lat rządów Stalina, z wielkim terrorem włącznie.

Myśl, że w strasznych czasach lepiej nie mieć dzieci, jest oczywista – w końcu sarna odwleka poród, jeśli warunki zewnętrzne nie sprzyjają życiu, tymczasem w Rosji chronicznie brakowało pożywienia, a dzieci zamieniano w małych agentów i używano do dyscyplinowania rodziców na wiele obrzydliwych sposobów. Ciekawe jest co innego – to, że decyzja o zawieszeniu prokreacji przybiera tu postać suwerennego aktu upodmiotowionej woli: to ona, Nadieżda, nie pytając nikogo o zdanie, uznała, że nie należy mieć dzieci, i przez 20 lat małżeństwa rzeczywiście ich nie miała. Zrobiła tak, jak robią sarny. A że nie wynaleziono jeszcze pigułki antykoncepcyjnej, Nadieżda Jakowlewna zaś, jak sama pisze, nie wierzyła w „miłość bez łóżka”, to czy myśl o aborcji, której musiała poddać się lub poddawać, będzie nieuprawniona? Nie wydaje mi się. Kobieta – wciąż zmuszana praktycznie rozwiązywać problemy, które mężczyźni stwarzają na poziomie teoretycznym – nie może nie zapytać: ale jak ona sobie radziła? Nie sądzę też, aby były to sprawy, o których nie wypada mówić głośno – nie w kraju, w którym reprodukcyjnych praw kobiet władza używa regularnie jako narzędzia brutalnej socjotechniki, wywołując coraz ostrzejsze napięcia społeczne bez oglądania się na czyjekolwiek dobro.

Co o niej wiemy? Najpierw przez 20 lat była żoną, potem przez ponad 40 – wdową po Osipie, który w 1938 r. zginął z głodu i zimna w łagrze przejściowym Wtoraja Rieczka pod Władywostokiem jako osobisty wróg Stalina. Stała się symbolicznym ucieleśnieniem kobiety-męczenniczki, która towarzyszy twórcy-mężczyźnie w jego wędrówce, choćby była to droga na katorgę. Tak u nas istniała – wpisana w dobrze znany patriarchalny wzór. Wierna po grób i za grób, całkowicie podporządkowana misji męża, strzegąca jego dorobku jak źrenicy oka, w każdej chwili gotowa do najwyższych poświęceń. Pisarz powinien mieć dobrą wdowę – mawiali literaci w Związku Radzieckim. Ona nią była – wdową nie tylko dobrą, ale wręcz idealną: wdową wdów.

Przechowała wiersze Osipa we własnej pamięci i przeniosła je przez czas potopu na suchy ląd – do późnych lat 50. i 60. Ocaliła je w dosłownym, fizycznym sensie. Męża natomiast nie tyle ocaliła, ile po prostu stworzyła – zwłaszcza pierwsza księga „Wspomnień” zdaje sprawę z wytwarzania Mandelsztama, choć proces ten naturalnie wykracza poza książkę i obejmuje całe życie zmarłej w 1980 r. Nadieżdy Jakowlewny. To, co zrobiła dla swego ukochanego Osi, to coś więcej niż przywrócenie imienia ofierze stalinowskiego terroru – ona go na nowo urodziła: wysnuła z pamięci i z ciała, w którym pozostawił ślad, a trochę też – piórem – namalowała.

W młodości – jeszcze jako Nadia Chazina – zajmowała się malarstwem, choć później nie traktowała swojej twórczości poważnie: cień męża okazał się zbyt głęboki. Zresztą nie było warunków do malowania – najpierw z nim, potem sama wiodła życie wyjętego spod prawa wygnańca-zbiega. Przez większość swoich lat była bezdomna – wciąż przenosiła się z miejsca na miejsce, zmuszona walczyć o fizyczne przetrwanie. Jednak drugą księgę „Wspomnień” rozpoczęła od rozdziału, który nosi tytuł „Ja”, i oświadczyła, że tym razem będzie mówiła o sobie. Wielu miało jej to za złe. Jak śmiała – ona, wdowa po poecie, który powinien zastąpić jej wszystko? Potrafił ją docenić Warłam Szałamow – dla niego „Wspomnienia” warte były więcej niż poezja Osipa. Dostrzegł w nich wybitne osiągnięcie osobiste i literackie oraz jedno z najważniejszych świadectw epoki.

To prawda – nikt nie zrozumiał życia pod terrorem lepiej niż Nadieżda Jakowlewna. Jednak nie mniej ciekawe są jej uwagi o życiu z Mandelsztamem: trzeźwe i cierpkie jak wszystko, co wyszło spod jej pióra, i bardzo genderowe. Porwanie Europy, chwytanie na lasso, poskramianie – takie metafory przesłaniają raczej smutną rzeczywistość ubezwłasnowolnienia, jakim okazał się dla niej ten związek. „Chciał – opowiada we »Wspomnieniach« wdowa – żebym zawsze czekała na niego i tylko na niego jak narzeczona św. Aleksego (...). Nie rozumiałam różnicy między mężem a przypadkowym kochankiem i prawdę mówiąc teraz też nie rozumiem. (...) Moje pokolenie, które osobiście zniszczyło małżeństwo, co nawet teraz uważam za nasze osiągnięcie, nie uznawało żadnych przysiąg wierności”.

W emancypacyjnych fragmentach drugiej księgi przemawia do nas istota wewnętrznie wolna, świadoma swoich kobiecych przewag i kobiecej mocy, której nikt nie jest jej w stanie odebrać. Patriarchalne narowy Mandelsztama są dla niej jak pogoda, na którą nie ma się wpływu, i tak samo nieistotne. Zderzone z siłą kobiety, tracą jakiekolwiek znaczenie. Znajdując oparcie we władzy stwarzania świata, jaką obdarzyła ją matka natura, kobieta potrafi przetrwać patriarchat tak samo jak potrafiła przetrwać totalitaryzm. Co ostatecznie zawiera się w tym właśnie zdaniu: „W porę zrozumiałam, że nie wolno mieć dzieci”. Ja, sarna.

(Cytaty w przekładzie Jerzego Czecha)

***

Renata Lis – wydała dwie parabiografie pisarzy: „Ręka Flauberta” i „W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu”, obie nominowane m.in. do Nagrody Literackiej Nike. Przetłumaczyła też z rosyjskiego książkę Leonida Bieżyna o wyprawie Czechowa na Sachalin pt. „Droga na wyspę katorżników”. Ostatnio ukazała się jej książka eseistyczna „Lesbos”.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną