Kultura

Tortury literatury

Torturowanie w literaturze

Powieści, które niekoniecznie są thrillerami z modnego ostatnio gatunku domestic noir, a które skupiają się na przemocy domowej, jest coraz więcej. Powieści, które niekoniecznie są thrillerami z modnego ostatnio gatunku domestic noir, a które skupiają się na przemocy domowej, jest coraz więcej. Mirosław Gryń / Polityka
Recepta na temat dla amerykańskiego bestsellera? Wykorzystywanie dziecka, dręczenie i bicie. Obok tego nie sposób przejść obojętnie, choć często okazuje się tylko efekciarstwem.
Czytelnicy często tęsknią za tym, żeby książka ich pochłonęła doszczętnie, była jak narkotyk.Mirosław Gryń/Polityka Czytelnicy często tęsknią za tym, żeby książka ich pochłonęła doszczętnie, była jak narkotyk.

Trudno sobie wyobrazić większe nagromadzenie cierpienia niż w „Małym życiu” Hanyi Yanagihary, które ukazało się w Polsce przed dwoma laty. Od tego czasu pojawiły się kolejne głośne amerykańskie debiuty, m.in. Gabriela Tallenta „Moja najdroższa” (przeł. Dariusz Żukowski) czy „Nasz chłopak” Daniela Magariela (w znakomitym przekładzie Dobromiły Jankowskiej). Doczekaliśmy się też miniserialu na podstawie powieści Brytyjczyka Edwarda St. Aubyna „Patrick Melrose”, w której motyw gwałtu na dziecku jest szczególnie ważny (a w serialu wręcz najważniejszy, bo warstwa literackiej ironii, niestety, gdzieś się gubi).

Powieści, które niekoniecznie są thrillerami z modnego ostatnio gatunku domestic noir (pisaliśmy o nim w POLITYCE 18/16), a które skupiają się na przemocy domowej, jest coraz więcej. I jak w przypadku choćby „Mojej najdroższej”, którą poleca Stephen King, trafiają szybko na listy bestsellerów. Trudno się przecież nie przejąć historiami przemocy wobec dzieci, bo to mogłoby wręcz oznaczać, że jesteśmy niewrażliwi. Przy takich tematach wartość literacka schodzi na drugi plan. Okazuje się, że ten najpotworniejszy temat staje się gwarancją rozgłosu.

Głębokie cięcie

Czytelnicy często tęsknią za tym, żeby książka ich pochłonęła doszczętnie, była jak narkotyk. Yanagihara w „Małym życiu” potrafiła przykuć uwagę czytelnika. Powoli poznawaliśmy przeszłość Jude’a, który się ciął i myślał o sobie jako potworze. Ta powieść pozwalała czytelnikowi zrozumieć, jak może czuć się ktoś, kto zamierza przypalić sobie kawałek ciała i zastanawia się, jak to zorganizować, żeby wyglądało na wypadek. Chodzi o to, że w tym „małym życiu” Jude’a liczył się tylko cień przeszłości, którego nie mógł się pozbyć. Jednak kilka rzeczy budziło opór. Obserwowanie, jak zadawał sobie cierpienie. Było w tym coś perwersyjnego, co zmuszało czytelnika do pozostawania w tym świecie. Ale nagromadzenie potworności, cierpień, które dotknęły Jude’a, sprawiało zarazem wrażenie nieprawdopodobnego nadmiaru.

Książka „Małe życie” wzbudziła w Stanach wielkie emocje, ogłoszono ją najgłośniejszą powieścią 2015 r., a kiedy jeden z recenzentów ją skrytykował, sam wydawca pouczył go, że jest niewrażliwy, bo książka przecież działa terapeutycznie. Otóż jednak nie. Wielkie cierpienie nie gwarantuje jeszcze wielkiej literatury. Ten wysoki poziom napięcia można odbierać jako szantaż emocjonalny wobec odbiorcy. Czytelnicy podzielili się na tych, którzy wielbili tę powieść, i tych, którzy poczuli się szantażowani. Dorota Masłowska mówiła w POLITYCE, że tę książkę znienawidziła, bo zmarnowała jej tydzień życia. Wykończyły ją te wszystkie opisy gnijących ran, psychicznych i fizycznych, gwałtów, pobić i egzem. Tego było za wiele.

Ostrze między nogami

W powieści „Moja najdroższa”, która w Stanach była wydarzeniem zeszłego roku, mamy z kolei ojca samotnie wychowującego 14-letnią córkę Turtle. Mieszkają na odludziu w zapuszczonym domu. Ojciec siedzi na werandzie, czyszcząc broń i popijając piwo, czasem czyta jeszcze Kartezjusza. I opowiada córce o końcu świata. Ćwiczy ją nieustająco, każe jej wisieć na belce jak najdłużej – albo wytrzyma, albo spadnie na nóż, który trzyma między jej nogami. „Przesuwa ostrzem w górę, a ona słyszy, jak dżins pęka z trzaskiem”. Rozpaczliwie stara się wykrzesać z siebie resztkę sił i nie spaść. On mówi: „Lepiej się trzymaj, kruszynko. Nie chcesz się teraz puścić, dziewczyno”. A wtedy jej palce ześlizgują się z belki i spada prosto na ostrze. To tylko jedno z ćwiczeń przetrwania, które jej funduje ojciec. Poza tym przychodzi w nocy, powtarzając: „moja, jesteś moja” na zmianę z „ty brudna suko”.

Turtle przejmuje od niego przekonanie o tym, że do niczego się nie nadaje, że jest najgorsza, między nogami ma upokarzającą dziurę, ale dla swojego ojca wyjątkowa. Przejmuje od niego kult broni i przekonanie, że ludzie dookoła nie rozumieją ich wyjątkowości, zwłaszcza kobiety wydają jej się głupie i fałszywe. Niemal cała powieść to opisy dręczenia Turtle: „Jesteś moja – mówi Martin, po czym bierze zamach i uderza ją w ramię, a ona upada twarzą w błoto. Nie czuje ręki, bark wydaje się złamany. Próbuje wstać, wspiera się na dłoni, dźwiga, ale w tym momencie on wciska ją butem z powrotem w ziemię. Unosi pogrzebacz, a ona myśli: uciekaj, uciekaj, jeśli ci życie miłe, ale leży przygwożdżona do gruntu i myśli musisz, musisz, lecz nie może się ruszyć. Wtedy on uderza ją w tylną część ud, a ona wierzga w spazmach”.

Książka przyjęta była w Stanach z wielkim aplauzem, ale pojawiły się też głosy krytyczne. Protesty budził stereotypowy portret nastolatki, która jest ofiarą, ale i obiektem pożądania innych chłopców, bo wpisuje się stereotyp dziewczyny-ninja, twardej, której nic nie złamie. Staje się płaską postacią i od pewnego momentu można się spodziewać, że nadejdzie czas zemsty, jak w komiksach o superbohaterach. Brakuje za to wiarygodnego portretu nastolatki gwałconej przez ojca. Amerykańska krytyka odwoływała się do wielu książek napisanych przez ofiary, kobiety, i narzekała na zawłaszczenie ich głosu przez „białego mężczyznę”. Można do tego dodać, że widać w tej książce wzorowanie się na ciemnym klimacie i brudnym realizmie powieści Cormacka McCarthy’ego. Niemal cała fabuła to rozciągnięte w czasie powtarzalne rytuały dręczenia i samooskarżania się ofiary. Co gorsza, Tallent ma skłonność do nadawania scenom gwałtu wymiaru erotycznego, co wydaje się szczególnie efekciarskie, bo cóż może być bardziej spektakularnego niż opis współżycia ojca z córką. Tym bardziej że jest to dla autora temat jak każdy inny. Bo – jak sam opowiadał – planował napisać powieść o katastrofie ekologicznej, ale wyszło mu co innego.

Dzieci potworów

W powieści „Patrick Melrose”, która jest fabularyzowaną opowieścią autobiograficzną Edwarda St. Aubyna, mamy sfery tabu – narrator, ofiara molestowania, nie opowiada o wszystkim. Ofiara ma prawo do przemilczenia, zasłony – zresztą wszystko obraca się wokół ujawnienia tajemnicy. Bohater/narrator nosi w sobie tę niewypowiedzianą historię długo, żyje ciągle przeszłością, która może odejść dopiero wtedy, gdy opowie swoją krzywdę przed oprawcą – ojcem (choćby w myślach) i przed matką, która go nie potrafiła ochronić. Nieopowiedzianym w szczegółach aktom gwałtu u St. Aubyna towarzyszy jaszczurka na ścianie. Bardzo dobrze pisarz pokazuje ten jedyny sposób ucieczki ofiary, która nie może uciec, ale może przenieść swoją świadomość gdzie indziej, choćby na jaszczurkę. Siłą powieści Aubyna (świetnie przełożonej przez Łukasza Witczaka) jest to, że o udrękach życia opowiada ze zjadliwym humorem. Potworności, które wyrządził bohaterowi ojciec, są częścią świata „antyków, feudalnych snobów, ptasich móżdżków, leśnych dziadków”. A opis arystokratycznego przyjęcia, na którym pojawia się siostra królowej, to majstersztyk okrutnej ironii. Aubynowi udało się napisać powieść całkiem poważną o wyzwalaniu się od ojca, o tożsamości i rozpaczy (i jej przekraczaniu, bo u Aubyna powaga i lekkość mieszają się w idealnych proporcjach). „Czując książkę w kieszeni płaszcza, wyobraził sobie, jak wyciąga ją niczym pistolet i zabija dilera ambitnym pierwszym zdaniem: »Jest tylko jeden problem filozoficzny prawdziwie poważny: samobójstwo«”. Jedną z wielu warstw tej powieści jest opowieść o uzależnieniu od narkotyków i alkoholu – od wszystkiego, bo Patrick Melrose nie jest w stanie unieść rzeczywistości bez używek. I na takiego zapitego ojca patrzą jego dzieci.

„Nasz chłopak”, debiut Daniela Magariela, przynosi z kolei obraz dzieciństwa w cieniu ojca narkomana i jego niekończących się podstępów. Ojciec rozgrywa braci przeciwko sobie. Narrator, młodszy z braci, obiecuje sobie, że nigdy mu nie uwierzy, ale ciągle daje się nabierać. A to dlatego, że zabiega o odrobinę uwagi, czeka na wyróżnienie, znak, że jest dla rodzica ważny. Dzieci potworów żebrzą o ochłap ich miłości albo chociaż zainteresowania. Magariel dobrze pokazuje tę codzienną grę i niekończące się oszustwa.

Uczestniczymy też w seansach okrucieństwa, które są trudne do zniesienia: „Co się z tobą, kurwa, dzieje? – syknął. Wyciągnął pasek ze szlufki, zamachnął się. Po pierwszym uderzeniu wiedziałem, że uderzył klamrą. W tej sekundzie, kiedy sięgnąłem ręką do tyłu, by zablokować drugi cios, ból wżarł mi się w palec, przeszedł po ręce aż do szyi. Ojciec rzucił pasek, obiema rękami ścisnął mnie za gardło tak mocno, że otworzył mi usta, z których kapała ślina. Łzy i smarki spływały do ust. Ojciec trzymał mnie centymetry od lustra, grożąc, że rozwali mi twarz. Położyłem dłonie na szkle, żeby się obronić, gdyby naprawdę spróbował. Brakowało mi paznokcia. Odpadł po uderzeniu klamrą”.

Czytelnik musi w tym uczestniczyć, jest okiem patrzącym na cierpienie. Owszem, można potem powiedzieć, że to dobry, mocny obraz koszmaru. Powieść Magariela jest niewątpliwie ciekawym debiutem, natomiast przedwczesne wydają się porównania do Cormacka McCarthy’ego, George’a Saundersa czy Raymonda Carvera. Tutaj mamy książkę zbudowaną wokół jednego, wstrząsającego z założenia tematu, i dzięki niemu działa wstrząsająco. Trudno jednak porównywać ją z powieściami wymienionych autorów, które są bardziej wielostronne. I nie tylko to je różni. Otóż ta najlepsza literatura, fikcja, często nie pokazuje, nie mówi tego, co najstraszniejsze, zawiesza głos, poczucie straszności istnienia przychodzi nie przez bezpośrednie obrazy zadawania cierpienia. Carver nie dopowiada, a i tak trudno udźwignąć rzeczywistość jego powieści. McCarthy w najbardziej ponurej i jednej z najlepszych swoich powieści „W ciemność” co rusz kieruje wzrok czytelnika gdzie indziej, rozprasza uwagę, a i tak nie możemy się pozbierać. U Yanagihary, Tallenta czy Magariela widzimy wszystko, widzimy potwory w akcji. Jest to może bardziej efektowne, ale zbyt łatwe.

Polityka 27.2018 (3167) z dnia 03.07.2018; Kultura; s. 76
Oryginalny tytuł tekstu: "Tortury literatury"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Polska jako jedyna w Unii nie udostępnia szczepionki HPV

Szczepionka, którą od 12 lat uznaje się na świecie za wybawienie od raka szyjki macicy, w Polsce jest nadal moralnie podejrzana. Wyparowała też z naszego rynku, za co sami jesteśmy sobie winni.

Paweł Walewski
26.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną